Lubię różne tłumaczenia Pisma Świętego, ponieważ często te same wersety okazują się być w nich różnie przetłumaczone, a to prawie zawsze rzuca nowe światło na to, co czytam. Do tej pory były to zawsze tłumaczenia z języków oryginalnych na język, którym się posługuję. Tym razem jednak mam przed sobą tłumaczenie na język oryginalny, z tym że oryginalny używam tu w innym tego słowa znaczeniu. Bo czyż nie jest oryginalnym językiem zapisany taki na przykład fragment Ewangelii?:
„Wtedy Jezus wyjechał do nich z textem: Bez kitu wam nawijam, Syn sam z siebie nie może nic zdziałać, tylko te akcje, które widzi, że uskutecznia też Ojciec, bo Junior robi to samo co Starszy. Starszy kocha Syna i pokazuje mu wszystko, co sam robi, i pokaże mu jeszcze bardziej wyczesane akcje, coby wam kopary opadły. I jak Ojciec martwym daje kopa do życia, tak samo Junior- tym, którym chce. Ojciec nikogo nie sądzi, tylko cały sąd odpalił Synowi. Żeby wszyscy szanowali Syna, tak samo jak Starszego. Jak ktoś nie szanuje Syna, to olewa też Ojca, który go przysłał, proste? Bez ściemy do was nawijam: Ziom, który słucha mojego słowa i daje wiarę Temu, który mnie tu przysłał, ma nieskończone i wypasione życie i nie stanie przed sądem, bo zmienił miejscówę- ze śmierci na życie" [1] (por. J 5,19-24).
Już dosyć dawno temu wróble na internetowym dachu ćwierkały o tej inicjatywie, którą teraz dopiero mam przed sobą. „Dobra Czytanka wg św. ziom'a Janka", bo o niej tu nawijam (tych, którzy nie znają tego słowa zapraszam albo do lektury „Czytanki", albo do wzięcia korepetycji językowych u nastolatków), to wydana w zeszłym roku przez „SELAH TIME" czwarta Ewangelia w wersji uwspółcześnionej, slangowej (więcej o projekcie na stronie: http://www.ziomjanek.pl/). Tekst Dobrej Nowiny wydrukowany jakby w zeszycie w kratkę (albo raczej na wkładach do segregatora), obrócony tak żeby nie trzymał się poziomych linii, ciekawe grafiki stylistycznie pasujące do tekstu, i pomysłowe tytuły rozdziałów (na przykład: „Jezus montuje ekipę", „Rozkminienie Judasza", „Poza Matrixem"), a wszystko utrzymane w czarno- białej tonacji. Intryguje. Może się podobać. Ale nie musi, o czym w dalszej części tekstu.
Na pomysł wpadła, zainspirowana przekładami Biblii na gwarę śląską i góralską, Beata Lasota, z wykształcenia pedagog. Oddaję głos pomysłodawczyni projektu: „Pomyślałam, że bardzo fajnie byłoby to samo zrobić z młodzieżą. Rozdałam fragmenty tekstu Biblii do przetłumaczenia młodym osobom, którymi wtedy się zajmowałam. Dwie dziewczyny oddały mi ciekawie przetłumaczone próbki przekładu. Postanowiłyśmy dalej nad tym pracować. Później do grupy dołączyli inni- głównie studenci. Obecnie Ekipa Ziom'a Janka to kilkanaście osób" [2].
Jak można się domyślać, tego typu przekład wywołał żywe reakcje, od pochwał do mocnej krytyki. Ks. Andrzej Draguła, duszpasterz młodzieży i współorganizator „Przystanku Jezus", który na łamach „Tygodnika Powszechnego" w toczącej się debacie wywołanej „Czytanką" bronił pomysłu slangowego przekładu, pisał: „Autorki przyznawały z zażenowaniem, że nie spodziewały się tak żywiołowego odbioru ich pomysłu i tego, iż stanie się on przedmiotem debaty językoznawców i teologów. W ich przekonaniu - i trzeba się z tym zgodzić - „Dobra Czytanka" już odniosła sukces. Jest nim chociażby wzbudzenie publicznej debaty o tłumaczeniu Pisma Świętego, o Słowie Bożym, młodzieży i ewangelizacji. Gdyby nawet miało to być jedyne osiągnięcie projektu, to i tak jest ono wystarczające" [3]. Oprócz wyżej wspomnianego księdza w debacie zorganizowanej przez krakowski tygodnik wzięli udział: prof. Stanisław Koziara z Komisji Języka Religijnego przy Radzie Języka Polskiego PAN, teolog ksiądz (wtedy jeszcze) T. Węcławski oraz Wojciech Kudyba, wykładowca literatury współczesnej i członek Komisji Języka Religijnego PAN.
Ten ostatni zauważył, że „gwałtowny rozwój pop-kultury sprawia, że pogłębia się przepaść między językiem religijnym i codziennym. Pierwszy silnie manifestuje związek z kręgiem kultury wysokiej, drugi- poddany presji kultury masowej - ulega coraz głębszej laicyzacji. Nie wydaje się, aby istniała inna metoda przezwyciężenia obcości obu kodów niż dialog między nimi. Stawką jest nie tylko przywrócenie mowie religijnej utraconej świeżości i komunikatywności, ale także ewangelizacja pop-kultury (...) czasem myślę, że być może los europejskiego chrześcijaństwa zależy właśnie od tego, czy uda się nam ochrzcić kulturę masową [4].
Natomiast sama Komisja Języka Religijnego przy Radzie Języka Polskiego Polskiej Akademii Nauk (jest to 38-osobowa komisja specjalistów powołana 9 września1996 roku; od maja 2000 roku działa na mocy „Ustawy o języku polskim" z dnia 7 października 1999 roku i jest instytucją opiniodawczo-doradczą w sprawach używania języka polskiego) wydała "Uwagi o współczesnych przekładach Biblii na język polski", w których poddała ostrej krytyce tłumaczenie Biblii na slang młodzieżowy (ale dostało się również innym przekładom: „Biblii Ślązoka" Marka Szołtyska oraz Nowemu Testamentowi w gwarze podhalańskiej). Według Komisji o tej wyżej wymienionej skomplikowanej nazwie (podobno jednak możliwej do zapamiętania, przynajmniej przez jej członków): „problematyczna wydaje się w ogóle celowość »przekładów« (trawestacji, adaptacji) na gwary i języki o ograniczonym zasięgu społecznym. Zatwierdzone przez władze kościelne i uznane przez opinię filologów, używane w liturgii i nauczaniu przekłady biblijne na polski język literacki, mimo własnej specyfiki stylowej, nie są wszak tak niezrozumiałe, aby stwarzały konieczność dodatkowego tłumaczenia" [5]. Oczywiście trzeba się zgodzić ze stwierdzeniem komisji co do nadużycia, jakim jest nazywanie „Czytanki" przekładem, ponieważ „ zgodnie z zaleceniami Soboru Watykańskiego II za przekład Biblii należy uważać tekst tłumaczony bezpośrednio <<z biblijnych języków oryginalnych>>" [5] (chociaż z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że pomysłodawcy projektu nie znali soborowych zaleceń). Czy jednak na pewno „Tego typu zabiegi „translatorskie" nie służą (...) udostępnianiu Pisma Świętego, ale narażają jego treść na językową trywializację, a na płaszczyźnie doświadczenia religijnego na bezrefleksyjne mieszanie sacrum z profanum." [5]?
Słusznie zauważa współorganizator „Przystanku Jezus": „Ideałem by było, by nie tylko sięgać do Biblii, ale sięgać do wydań najlepszych, krytycznych, bogatych w objaśnienia, a może nawet w oryginale. Do tego się jednak dorasta. Zanim dorośniemy, różne trawestacje, parafrazy, opowieści biblijne, Biblie w obrazkach, Biblie w wersji esemesowej bądź nawet w komiksie mogą posłużyć za Biblię pierwszego kontaktu" [6]. Nie śmiem oczywiście podważać wniosków Komisji, ale gdybym śmiał, to zapytałbym, dlaczego to niby młodzi mają korzystać tylko z „nie tak niezrozumiałych" tłumaczeń, skoro ktoś zdecydował się przemówić do nich ich językiem? Czy członkowie szanownej Komisji w swojej głębokiej trosce nie zapomnieli pójść po radę do samego Jezusa Chrystusa, który „się zziomował z nami..." [1] (por. J 1,14), aby zapytać Go, co On o tym sądzi i jak On mówiłby do młodych? Przypomnę, że Jezus jest tym, który jadał i pijał z grzesznikami (Mateusza 11,19: „Przyszedł Syn Człowieczy, je i pije, a oni mówią: Oto żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników. A jednak mądrość usprawiedliwiona jest przez swe czyny.), i, jak sądzę, przy stole rozmawiał z Nimi językiem niewyszukanym.
Najciekawsze w tym wszystkim wydaje mi się to, o czym pisał ks. Draguła w „Ewangelii dla ziomali" [7]. Okazuje się, że na otwartą debatę dotyczącą projektu „Czytanki" zorganizowaną z inicjatywy Teatru Wybrzeże w Gdańsku, nie udało się zaprosić ani jednego filologa, a oprócz ks. Draguły i jednego pastora zielonoświątkowego nie było żadnego innego przedstawiciela stanu duchownego (szkoda tylko, że ks. Draguła nie podaje, czy takie zaproszenia, podobnie jak w przypadku filologów, wystosowano także w stronę duchownych; zakładam, że tak). (Na marginesie- wśród setek podziękowań składanych przez autorów „Czytanki...", tylko dwa kierowane są do księży; jedno z nich, jak się Państwo już pewnie domyślacie, skierowano do ks. Draguły- właśnie „za spotkanie w Gdańsku i Biblię Pierwszego Kontaktu:)" [1]). „Wymownym znakiem jest także to- pisze duszpasterz- że debatę zorganizował teatr, a nie żadne duszpasterstwo!" [3]. I w ten sposób tłumaczenie dokonane przez młodych znalazło odzew właśnie i tylko wśród młodych. Dobrze, że młodzi wzięli w swoje ręce próbę dotarcia do swoich rówieśników, natomiast szkoda, że duchowni nie zeszli z chmur, w których Pismo Święte cytuje się jedynie w tłumaczeniach oficjalnie używanych w liturgii; a przecież na dole wciąż mówi się językiem nieliterackim!
I w tym miejscu docieramy do kwestii, którą można nazwać strategią ewangelizacji- to punkt widzenia, który dla mnie, podobnie jak dla ks. Draguły i autorów „Czytanki...", wydaje się najistotniejszy. Zespół pracujący nad Janową Ewangelią dla hip-hopowców zapewnia, że dołożył wszelkich starań, aby treść przesłania Ewangelii pozostała niezmieniona w swej istocie, natomiast forma została dostosowana do młodego czytelnika, który bez tego zabiegu mógłby nigdy nie zetknąć się ze Słowem Bożym: „Liczymy, że „Czytankę" przeczytają ci, którzy normalnie nie sięgnęliby po Biblię, a potem być może zechcą porównać ją z tradycyjną wersją - mówi Asia Rafał, współautorka przekładu- Chcieliśmy uwspółcześnić Biblię, by uprzytomnić naszym rówieśnikom, że historia Zmartwychwstania jest nadal aktualna" [2]. „Autorki tłumaczenia wielokrotnie powtarzały, że Pismo Święte jest dla nich przede wszystkim księgą życia, która stała się ich powszednią lekturą. Jednak doświadczywszy pewnej obcości i niezrozumienia tekstu biblijnego, chciały go uczynić bliższym codzienności" [3]. I tu jest klucz do zrozumienia inicjatywy pomysłodawców projektu: chodzi o dotarcie z Dobrą Nowiną do rówieśników, a nie o oficjalne tłumaczenie Ewangelii, które miałoby pretendować do wypierania z użycia oficjalnych kościelnych przekładów!
Nie mam podstaw, żeby nie wierzyć temu, co podano w nocie „Od wydawcy"- że przekład ten z powodzeniem używany jest przez katechetów na lekcjach religii. Po pierwsze, słowa te potwierdza ks. Tomasz Roda, katecheta zaprzyjaźniony z Ekipą (to ten drugi ksiądz, któremu na okładce „Czytanki złożono podziękowania): „Jeśli mogę komuś przybliżyć Słowo Boga poprzez bliski kulturowo kontekst, mam tu na myśli język, jakim posługuje się młodzież, to nie mam żadnych oporów. Czytanka jest punktem zaczepienia do tego, aby wejść bardziej w tradycyjny przekład." [7]. Po drugie, przychodzi mi to tym łatwiej, że nawet mnie, mimo tego że język „Czytanki" jest dla mnie bardziej językiem obcym niż ojczystym, pozwolił jednak na nowo odczytać znane fragmenty Pisma. Weźmy choćby ten, w którym Jan opisuje spotkanie Jezusa z Samarytanką. Po chwili rozmowy Jezus, który już wzbudził zainteresowanie samarytańskiej laski wodą żywą, posyła ją po męża. (Pamiętamy ten Jego pełen miłości spryt- nie mówi o grzechu wprost, ale pozwala jej sam zauważyć, że pije z wielu źródeł, a ciągle jest niezaspokojona). W „Dobrej Czytance..." ich gadka brzmi tak: „Dobra, to leć po męża i wracajcie tutaj! Panna przyczaiła: No, ale ja nie mam męża. Jezus do niej: Proste, że nie masz. Miałaś pięciu, a ten klient, którego teraz masz, to nie twój mąż. Dobrze gadasz. A panna: Ej gościu, normalnie jesteś prorokiem!" [1] (por. J 4,16-19). Jak dla mnie- przemawia. Dotyka mnie w tym przekładzie właśnie to, co dotykać może we Wcieleniu. Jezus jako jeden z nas. To, do czego autor Listu do Hebrajczyków przekonuje- że Jezus „musiał się upodobnić pod każdym względem do braci" (por. Hbr 2,17), tu słychać właśnie w stylu, w jakim ziom Janek relacjonuje to wszystko, co „uskuteczniał Master" [1] (por. J 21,24-25).
I do tego jeszcze te rysunki w tym samym młodzieżowym klimacie- charakterystyczne postaci pociągnięte mocnymi liniami rysowanymi ołówkiem (czy może węglem?), a do tego chmurki z tekstem, jak w komiksie. Jezus ma ostre rysy twarzy i nie jest wcale piękny (por. Iz 53,2b: „Nie miał On wdzięku ani też blasku, aby na Niego popatrzeć, ani wyglądu, by się nam podobał"). W niczym nie przypomina tego słodkiego mężczyzny, którego znamy z kiczowatych pobożnych obrazków; nosi się po młodzieżowemu i wygląda jak jeden z tych wałęsających się młodocianych, których pełno na każdym osiedlu. Tak przedstawił go autor rysunków, Patryk Bryliński.
My już wiemy, że ci, do których mówi Master, pójdą za Nim, ale dzięki takiemu przekładowi i takim rysunkom możemy dostrzec mignięcie tej tajemnicy: oni nie wiedzą tego, co o Jezusie wiemy my, oni dopiero to odkrywają; On jest jednym z nich, i mimo tego że mówi w tym samym slangu, to przecież rozumieją, że spod czapki z daszkiem przekazuje gadkę, która tak naprawdę nie jest Jego, ale Starszego. Rozwija się ich przyjaźń i fascynacja Boss'em, i chociaż On wie, że jeden z nich Go sprzeda, to przecież będzie trzymał z nimi sztamę do końca. Załapują, że jest On Synem Boga, który ma nawijkę wiecznego życia (por. J 6,68-69). I o podobne załapanie przez młodych chodzi autorom projektu- aby zobaczyli, być może pierwszy raz w życiu, że Jezus przemawia ich językiem i jest podobny do nich.
Twórcy książki zdają sobie sprawę, że język „Czytanki" jest przerysowany, ale celowo stosują ten zabieg: „Chcieliśmy w ten sposób zaintrygować Czytelnika, zachęcić do spojrzenia na czasy biblijne przez pryzmat dnia dzisiejszego" [1]. Z tego wynika, że „Czytanka..." nie jest tylko dla młodych. Proszę dać się zaintrygować i kupić sobie za dwie dychy tę książkę, nawet jeżeli na co dzień nie mówią Państwo językiem zioma Janka; i niech jej lekturze towarzyszy właśnie ta refleksja: „A Słowo wypełnione łaską i bez ściemy stało się ciałem i się zziomowało z nami..." [1] (por. J 1,14). Bez kitu, wtedy będzie nam łatwiej sczaić, jak docierać do młodych z Dobrą Nowiną. Na zachętę jeszcze jeden fragment hip-hopowej Ewangelii- o tym, „który prostował ścieżki Panu" (por. Mk 1,3); wybieram właśnie ten fragment w nadziei, że mój tekst, który tu zapodaję, wyprostuje Państwa ścieżki do księgarni („Czytankę" można kupić np. w „Matrasie", „Domu Książki", a także w księgarniach internetowych):
„A taka jest historia Jana. Żydzi z Jerozolimy nasłali na niego swoją ekipę, coby go zapytała, kim on w ogóle jest. On na to zagadał: No Chrystusem to nie jestem. Więc rozkminiali go dalej: To kim jesteś? Eliaszem? A on: Co wy! To oni: prorokiem? Odpowiedział: No przykro mi. To zapytali: Więc kim w końcu? Weź, musimy dać odpowiedź tym, co nas przysłali, nie? Co nam o sobie powiesz? A on im na to, że jest głosem desperata co woła: Prostujcie drogę Pana na pustkowiu! Tak, jak jest w księdze proroka Izajasza (patrz: Izajasz 40,3). A ci kolesie byli od faryzeuszów. I zagadnęli go: No to czemu zanurzasz w wodzie, jeśli nie jesteś Mesjaszem ani Eliaszem, ani prorokiem, hmm..? Jan do nich: Ja zanurzam w wodzie, ale u was jest ten, którego nie znacie. Ten, co wbije się po mnie i któremu normalnie nie jestem godny nawet sznurówek w adidasach zawiązać." [1] (por. J 1,19-27).
To, co dla mnie ważne w tym projekcie: powstał z inicjatywy młodych, całkowicie oddolnie; nie było go w planie katechetycznym, zrodził się za to w gorących młodych sercach. To oni, w swoim sumieniu i w swoim rozumieniu rówieśników, z którymi mają kontakt, zdecydowali się wydać „Czytankę". Wygląda na to, że nie mieli większego (żadnego?) wsparcia ze strony kościelnych przełożonych, i z jednej strony jest to smutne, a z drugiej jakże symptomatyczne: weszli w takie środowisko, do którego tylko oni mogli dotrzeć, i weszli w nie niosąc Dobrą Nowinę. Tym samym zrealizowali misję, która należała właśnie do nich, i pewnie nawet o tym nie wiedząc, w jakimś sensie wypełnili w ten sposób zalecenia adhortacji apostolskiej „EVANGELII NUNTIANDI" papieża Pawła VI (szkoda tylko, że zabrakło postulowanej w tym dokumencie współpracy świeckich z kościelnymi przełożonymi): „Okoliczności skłaniają nas do zwrócenia szczególnej uwagi na młodzież. Powiększająca się jej liczba i wzrastająca obecność jej w społeczeństwie, problemy, jakie ją pasjonują, to wszystko powinno we wszystkich budzić troskę o podanie jej pilnie a mądrze ideału ewangelicznego, celem poznania go i pielęgnowania. Wszakże jest rzeczą konieczną, żeby sami młodzi, należycie uformowani w wierze i modlitwie, stawali się coraz bardziej apostołami swoich rówieśników. Kościół pokłada wielką nadzieję w takiej pomocy młodych, a My sami bardzo często okazywaliśmy im pełne zaufanie." [8].
Można się oburzać, że Słowo Boże zostało sprofanowane przez użycie języka slangowego. Ale można też pamiętać, że z młodymi trzeba mówić ich językiem, i w ich języku głosić Dobrą Nowinę. Ci, którzy krytykują „Czytankę" nie są w stanie przyjąć tego, że slangowa Ewangelia nie musi oznaczać profanacji Dobrej Nowiny (a mnie nurtuje jeszcze pytanie: czy ci krytycy są w stanie przyjąć do wiadomości, że nie wszyscy ludzie będą mówić o Bogu językiem kulturalnym? Czy to oznacza również profanację Dobrej Nowiny? Jeżeli tak sądzą, oznaczałoby to chyba, że gorszy ich sama tajemnica wcielenia!). Bo co zrobić z tymi młodymi, którzy na co dzień posługują się językiem młodych? Pozwolić im, aby odpowiedzi na Boże objawienie udzielili w języku niezbyt wzniosłym, czy czekać aż zaczną używać innego języka? Pomysłodawcy projektu zanieśli młodym Ewangelię w języku młodych, tak żeby mogli oni już teraz udzielić osobistej odpowiedzi objawiającemu się Jezusowi.
Sławomir Zatwardnicki
[1] „Dobra Czytanka wg św. ziom'a Janka", SELAH TIME 2006
[2] Wywiad z Beatą Lasotą, „Dlaczego" nr 90, czerwiec 2007r.
[3] Ks. Andrzej Draguła, „Ewangelia dla ziomali", „Tygodnik Powszechny" nr 9 z dn. 26.02.2006r.).
[4] Wojciech Kudyba, „Full Power Spirit", „Tygodnik Powszechny" nr 2 z dn. 08.01.2006r.
[5] Komisja Języka Religijnego, „Uwagi o współczesnych przekładach Biblii na język polski", dostępne na stronie: http://www.rjp.pl/?mod=kr&type=jrel&id=120
[6] Ks. Andrzej Draguła, „Biblia pierwszego kontaktu", „Tygodnik Powszechny nr 47 z dn. 20.11.2005r.
[7] Wypowiedź ks. Rody zacytowana jest w artykule „Czy Jezus jest Twoim ziomalem?", http://www.wiadomosci24.pl/artykul/czy_jezus_jest_twoim_ziomalem_18163.html
[8] Papież Paweł VI, Adhortacja apostolska EVANGELII NUNTIANDI, R. VI, pkt 72.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)