Jeżeli chodzi o znajdowanie Boga w codzienności - przyznaję, jestem neofitą. Przed łaskami codzienności długo uciekałem. Rodziny nie zakładałem, bo w głowie pomieścić mi się nie mogło, żeby Bóg chciał dla mnie małżeństwa. „U mnie to było niemożliwe, ale u Boga wszystko jest możliwe" (por. Mt 19,26) - w końcu zostałem przekonany.
(Bogiem a prawdą dalej mi się to w głowie nie mieści, ale w jakiś cudowny sposób Boży pokój w małżeństwie okazał się większy od „wszelkiego umysłu" (por. Flp 4,7), nawet mojego.) I dziś po owocach poznaję, że to od Niego jest.
Jestem neofitą w małżeństwie, a neofici pewne rzeczy widzą wyraźniej, nieraz nawet za ostro. Dlatego mogę się mylić, ale kiedy obserwowałem ostatnio młodych ludzi, jak beztrosko żyją sobie chodząc ze sobą latami, i czerpią nawzajem przyjemność ze swojej relacji nie dając drugiej stronie żadnej gwarancji na przyszłość, to zobaczyłem w tym pewnego rodzaju kalectwo. Chociaż poruszali się oni sprawnie na swoich rowerach (ci akurat takie mieli hobby, ale równie dobrze mogło to być coś innego). Dla mnie jednak wyglądali jakby na rowerze uciekali od małżeństwa i od dziecka, którym Bóg już chciałby się z nimi podzielić.
A przecież w życie ludzkie wpisana jest śmierć. Paradoksalnie, nie można na ziemi znaleźć życia, jeżeli się wpierw nie umrze. Łukasz zapisał słowa Jezusa: „Kto będzie się starał zachować swoje życie, straci je; a kto je straci, zachowa je" (Łk 17,33), a my z Żoną odbieramy to wezwanie do umierania jako bardzo aktualne dla nas właśnie w tym szczególnym czasie oczekiwania na przyjście naszego pierwszego dziecka. Nie, oczywiście nie jest to jakaś dramatyczna śmierć, raczej spokojne umieranie niż krwawe gibsonowskie widowisko; coś i ktoś się po prostu kończy, a rodzi się Nowe.
Parafrazując J 16,21: „Mężczyzna, gdy rodzi, doznaje smutku, bo przyszła jego godzina. Gdy jednak urodzi dziecię, już nie pamięta o bólu z powodu radości, że się człowiek narodził na świat.". I jeszcze to wezwanie do nierozczulania się nad tym, co było: usłyszałem je w słowach: „Pójdź za Mną, a zostaw umarłym grzebanie ich umarłych!" (Mt 8,22). Trzeba mi zostawić siebie starego, bez możliwości pochówku. Pan jest już w nowym, nie mogę Go spotkać w przeszłości, On jest tu i teraz, a wraz z Nim Jego łaska. Wybieram życie zamiast grzebania się w tej teraz już śmierci, która do tej pory była moim życiem.
Kiedy czytacie te słowa, Oksanka jest już z nami; kiedy to piszę, zostało nam kilka dni do porodu. Kiedy stukam w klawiaturę, robi to ktoś inny niż ten, o którym czytacie w „Biuletynie". Tamten ktoś już umarł, podobnie jak jego Żona. Skończył się ten błogi czas bycia tylko dla siebie nawzajem, teraz naszym powołaniem jest umierać dla naszego Dziecka; czyli inaczej: żyć dla niego. Ale w głębi serca cieszymy się tym Nowym; duch raduje się już tą przygodą, która nie kończy się na tych kilkunastu przyjemnych miesiącach naszego małżeństwa, ale rozwija się dalej.
Ale na razie - Ola w szpitalu, a ja w domu. Niezawodny Paweł jak zawsze intryguje mnie, i teraz, kiedy leżę w cichym pokoju sam, wyraźniej jeszcze brzmią jego słowa: „Mówię, bracia, czas jest krótki. Trzeba więc, aby ci, którzy mają żony, tak żyli, jakby byli nieżonaci, a ci, którzy płaczą, tak jakby nie płakali, ci zaś, co się radują, tak jakby się nie radowali; ci, którzy nabywają, jak gdyby nie posiadali; ci, którzy używają tego świata, tak jakby z niego nie korzystali. Przemija bowiem postać tego świata." (1 Kor 7,29-31). Więc smucę się tak, jakbym się nie smucił, i raduję się tym minionym czasem, jakbym się nie radował, i żyję jakbym nie był żonaty.
Kilkanaście dni temu, kiedy spacerowaliśmy z Żoną i modliliśmy się, na asfaltowej alejce spotkaliśmy oprócz Pana sporą liczbę winniczków. Było po deszczu, i sunęły one po wilgotnej powierzchni zostawiając za sobą śluzowe ślady. (Dziwne, ale większość z nich skierowana była muszlą do sześciopasmówki, tak jakby udało im się ją właśnie pokonać). Próbowaliśmy je omijać, ale Ola skupiona na modlitwie nie zauważyła jednego z nich, i swoją stópką odzianą w sandałka nadepnęła na skorupę- krótkie chrup i po ślimaku. Możliwe, że to sam Pan, który nie wahał się - znamy tę opowieść opisaną w Księdze Liczb - przemówić przez osła, do nas odezwał się przez winniczki. Można nie wiem jak się starać, aby zachować życie, ale niewiele zależy od nas. Wszystko, co spotyka nas w życiu jest niepewne. Kiedy już-już wydaje się, że panujemy nad własnym życiem - chrup.
Za to w tym wszystkim, co nas spotyka w życiu, czeka na nas łaska Pana. Łaska Pana jest czymś pewnym. To nie kapryśna „łaska pańska", która „na pstrym koniu jeździ". Ten Łaskawca nie zmienia zdania, i jeżeli już postanowił obdarzyć łaską, będzie to rzeczywista i prawdziwa łaska: za darmo, bez moich zasług. Takiej łaski mi potrzeba, na takiej łasce chcę oprzeć życie i uspokoić serce. Mając bezpieczeństwo w takiej pewnej łasce, pozostanę całkowicie zależny od Pana. A to przynosi wolność.
Zbigniew Nosowski w swojej książeczce „Szare a piękne. Rekolekcje o codzienności" zajął się tematem duchowości codzienności i próbował mnie przekonać, że to, co zdaje się być szare, w Bogu stać się może pięknym. Najbardziej jednak dotknęła mnie w rozważaniach redaktora naczelnego „Więzi" myśl, że nie trzeba próbować doszukiwać się jakichś nadzwyczajnych Bożych łask w codziennych zajęciach; nie trzeba, ponieważ łaski codzienne muszą pozostać zwyczajne, jak szare dni, których dotyczą. Szare pozostanie szarym, ale może być pięknie przeżyte w Panu, dzięki Jego łasce.
Jednak nie tylko o takich łaskach chciałbym pisać. Wierzę, że dla chrześcijanina i łaski nadzwyczajne nie są czymś nadzwyczajnym, tylko zwykłym. Ci, którzy żyją w Królestwie Bożym nie mogą przecież dziwić się temu, że w ich życiu obowiązują królewskie prawa. I tymi łaskami mam nadzieję się tutaj dzielić. I stąd właśnie cyklowi moich felietonów nadałem tytuł: „Łaski zwyczajne". Ufam, że w tym, co będę pisał znajdziecie moje doświadczenie łask zwykłych i niezwykłych. Oby spotkało się ono z doświadczeniem Waszym, Czytelnicy, a wtedy będziemy mogli się razem spotkać.
Życie z Panem jest pełne łask i paradoksów; nic dziwnego, że chromi jeżdżą na rowerze, Pan przemawia przez ślimaki, szare staje się piękne, a umierający pisze zamiast felietonu - testament na dobry początek. Tym testamentem witam wszystkich Czytelników „Biuletynu Miłośników Dobrej Książki". Zaprosił mnie tutaj Paweł, naczelny. A skoro skorzystałem z zaproszenia, wypadało się przedstawić. Co też właśnie starałem się uczynić, i zamiast pisać banały, do których wszyscy z nas przywykli, od razu podzieliłem się tym, co dla mnie ważne.
Sławomir Zatwardnicki
PS: Więcej o tym, co dla mnie ważne na moim blogu: http://www.confessiones.salon24.pl/; tam również, już po ukazaniu się „Biuletynu", zamieszczać będę moje felietony i będzie je można komentować - jestem ciekawy Twojej reakcji, Czytelniku.
...................
Tekst powyższy ukazał się we wrześniowym numerze „Biuletynu Miłośników Dobrej Książki" księgarni internetowej „Tolle et lege". „Biuletyn" można zaprenumerować darmowo pod adresem: http://www.biuletyn.tolle.pl/



Komentarze
Pokaż komentarze (2)