Sławomir Zatwardnicki Sławomir Zatwardnicki
403
BLOG

Medytacja mantrocentryczna

Sławomir Zatwardnicki Sławomir Zatwardnicki Kultura Obserwuj notkę 7
 

Przyznaję- nie rozumiem tego, co proponuje o. John Main OSB. Nie, nie dlatego, że jest to skomplikowane, wręcz przeciwnie, jest bardzo proste, a jednak- nie pojmuję. A bardzo chciałbym. Zanim jednak zrozumiem, wyrażam swoje wątpliwości, które proszę potraktować nie tyle jako osąd, co bardziej jako znak zapytania postawiony przez tego, kto chce znaleźć odpowiedź; przez tego, kto czytając książkę Maina, odczuwa duchowy niepokój, który nie pozwala mu bezkrytycznie przyjąć propozycji benedyktyna.

W książce „Ścieżka medytacji" tłumaczy ojciec Main trudności z przyjęciem proponowanej przez niego medytacji: „W naszych czasach większość ludzi uważa, że wartościowe jest tylko to, co bardzo złożone. Tymczasem, aby medytować, musimy nauczyć się bycia prostymi, a to stanowi dla nas prawdziwe wyzwanie" [1]. Cała książka, na którą składają się konferencje dotyczące medytacji, jest- świadomie czy nie- wyrazem tej prostoty. Właściwie wystarczy otworzyć „Ścieżkę" na chybił trafił i przeczytać pierwszy z brzegu rozdział, aby już z niego dowiedzieć się, o co autorowi książki chodzi; wszystko inne jest tylko powtarzaniem głównego przesłania, które jak mantra proponowana przez Johna Maina przewija się przez cały czas medytacji nad książką.

Autor w sposób niekomplikujący to, co chce przedstawić i do czego chce przekonać, wygłasza proste konferencje dotyczące techniki i celu medytacji. Prościej niż sam to czyni w końcu książki już chyba nie da się podsumować jego przesłania: „Usiądź w nieruchomej pozycji, z wyprostowanym kręgosłupem. Przymknij oczy. Rozluźnij się, ale pozostając czujnym. Bezgłośnie zacznij wypowiadać w swoim sercu jedno słowo. Proponuję powtarzanie modlitewnego wezwania Maranatha. Wypowiadaj je jako cztery równej długości sylaby: Ma-ra-na-tha. Wypowiadaj je z łagodnością, ale nieustannie. O niczym nie myśl, niczego sobie nie wyobrażaj. Pojawienie się w czasie medytacji myśli lub obrazów świadczy o rozproszeniu. Gdy się pojawią, po prostu powracaj do powtarzania swojego słowa modlitwy. Medytuj codziennie rano i codziennie wieczorem przez około dwadzieścia- trzydzieści minut." [2].

Na wątpliwość wyrażoną następującym pytaniem: „Medytuję codziennie rano i wieczorem od sześciu miesięcy i nie jestem pewien, czy to w moim życiu już spowodowało jakąś zmianę", zakonnik odpowiada: chodzi o to, aby medytować przez całe życie, aby przez cały czas być w drodze: „Nie ma żadnego znaczenia, ile czasu będzie nam potrzeba. Liczy się tylko nasze wierne podążanie drogą, nasze pielgrzymowanie..." [3]. To, że chrześcijanin przez całe ziemskie życie jest w drodze, to prawda, ale tą Drogą jest Chrystus. Czy medytacja, a tym bardziej ograniczona do samej tylko mantry, jest tożsama z tą Drogą? Według mnie nie. A w takim razie musi pojawić się pytanie o cel takiej medytacji. Wydaje mi się, że jedyną odpowiedzią jest w jakimś sensie ślepa- w takim sensie, że nie oparta na Bożym Słowie, a tylko na słowach i doświadczeniach innych zinterpretowanych w duchu Maina- wiara w szczególny sposób pojmowaną medytację, którą on proponuje. Ale dlaczego mam oprzeć moje życie na medytacji, a nie na samym Panu? To moja pierwsza wątpliwość: to, co proponuje benedyktyn jest medytacjocentryczne (może nawet mantrocentryczne), sam Chrystus wydaje się być jednak poza centrum. Kongregacja ds. Nauki Wiary zachęca: „Każdy powinien odnaleźć w różnorodności i bogactwie modlitwy chrześcijańskiej, której uczy Kościół, własną drogę, własny sposób modlitwy; ale te wszystkie drogi osobiste łączą się w końcu w tej drodze do Ojca, którą jest Jezus Chrystus. Tak więc, niech każdy w poszukiwaniu własnej drogi pozwoli prowadzić się nie własnym osobistym upodobaniom, ale Duchowi Świętemu, który przez Chrystusa wiedzie nas do Ojca. W tych na pozór mało pomyślnych chwilach okazuje się, czego naprawdę człowiek szuka w modlitwie; czy Boga, który w swojej nieskończonej wolności zawsze go przewyższa, czy też raczej szuka siebie samego, pozostając zamkniętym w obrębie własnych "doświadczeń", które albo ocenia pozytywnie jako "doświadczenia" zjednoczenia z Bogiem, albo negatywnie jako doświadczenie mistycznej "pustki" [4].

Oczywiście nie odrzucam medytacji jako jednego z elementów prowadzących do Chrystusa, niepokojące natomiast wydaje mi się być to postawienie medytacji na pierwszym miejscu. To nie Jezus prowadzi do Ojca, ale medytacja, na końcu której dopiero okaże się, że spotkamy Jezusa: „Jako chrześcijanie jesteśmy prowadzeni do tego źródła naszego bycia przez Przewodnika, którym jest Jezus- człowiek żyjący pełnią i całkowicie otwarty na Boga. Może się zdarzyć, że w czasie codziennej medytacji nie rozpoznamy naszego Przewodnika. To dlatego droga chrześcijanina jest zawsze drogą wiary. Ale w momencie zbliżania się do centrum naszego jestestwa, zanurzania się w głębinach naszego serca, odkryjemy, że jesteśmy witani przez naszego Przewodnika, przez Tego, który nas prowadził" [5]. Tę mantrocentryczność „w pewnym sensie" dostrzega również Main: „W mantrze nie ma niczego magicznego, jak wiemy z własnego doświadczenia. Mantra to nie zaklęcie. Uczenie się powtarzania mantry zakłada przyjęcie takiego stylu życia, w którym wszystko dostrojone jest do Boga. A zatem, w pewnym sensie, wszystko w naszym życiu dostrojone jest do naszej mantry." [6]. I tak do Boga idzie się nie przez Chrystusa, ale przez medytację, ponieważ: „Mantra poprowadzi cię w coraz większą ciszę. Cisza poprowadzi cię coraz bardziej w głąb. W tej głębi napotkasz nie ideały czy ideologie, ale Osobę, która jest Bogiem, która jest Miłością." [7].

Gdyby jeszcze konferencje Maina były przeznaczone dla zakonników, podejrzewałbym w tym jakiś skrót myślowy, jakieś niewypowiedziane założenie o innych elementach życia chrześcijańskiego. Ale nie, w przeciwieństwie do konferencji wygłoszonych dla benedyktynów, a zebranych w książeczce „Chrześcijańska Medytacja", te wydają się być dla szerokiego grona słuchaczy i czytelników przeznaczone. Poza mantrą zakonnik praktycznie nie wspomina o innych elementach życia chrześcijańskiego. Wniosek dla czytelników, którzy nie mają doświadczenia takiego życia będzie więc oczywisty: medytacja i mantrowanie doprowadzą go do Boga, są odpowiednią do tego techniką! Co prawda kierujący Światową Wspólnotą Medytacji Chrześcijańskiej, o. Laurence Freeman OSB broni się przed takim pojmowaniem medytacji- „Ważne jest to, że formuły nie powtarzamy mechanicznie, tu nie chodzi o technikę modlitewną. Mówimy ją w myślach i sercu - z wiarą i miłością. (...) Jest spora różnica między wiodącym donikąd technicznym powtarzaniem czegoś a powtarzaniem w miłości, które nas przemienia. Koło nie może kręcić się w miejscu." [8]- ale czy obroni przed tym innych?

W tym miejscu nie od rzeczy wydaje się przypomnieć jeszcze raz kościelny dokument: „Miłości Boga, będącej jedynym przedmiotem kontemplacji chrześcijańskiej, nie można osiągnąć za pomocą jakiejkolwiek metody czy techniki; musimy raczej zawsze mieć wzrok utkwiony w Jezusa Chrystusa, w którym miłość Boga do nas osiągnęła taki wymiar, że na krzyżu przeżył On poczucie oddalenia od Ojca (por. Mk 15, 34). Musimy więc Bogu pozostawić decyzję co do sposobu, w jaki chce uczynić nas uczestnikami swojej miłości. Ale nigdy, w żaden sposób, nie możemy starać się o osiągnięcie tego poziomu, co kontemplowany przedmiot, którym jest niczym nie skrępowana miłość Boga; nawet wtedy, gdy z miłosierdzia Boga Ojca, przez Ducha Świętego posłanego do naszych serc, jest nam darmo dany w Chrystusie jakiś zmysłowy odblask tej miłości Bożej i czujemy się pociągnięci prawdą i pięknem Pana." [9].

Sam Main zachęca do niewzruszonej wiary w medytację: „Kiedy zaczynamy medytować, musimy podchodzić do tego z wiarą" [10], ale czy jest to ta sama wiara, do której wzywa autor Listu do Hebrajczyków: „Bez wiary zaś nie można podobać się Bogu. Przystępujący bowiem do Boga musi uwierzyć, że Bóg jest i że wynagradza tych, którzy Go szukają." (Hbr 11,6)? Muszę uwierzyć, że Jezusową obietnicę: „...kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je." (Mk 8,35), zrealizuję właśnie i najpełniej w medytacji: „Wyrzekamy się siebie wówczas, gdy odwracamy się od wszystkich naszych słów i myśli, by zadowolić się wyłącznie mantrą" [11]. Czy rzeczywiście w tym najdoskonalej realizuje się wola Pana? Main twierdzi, że „musimy być dostatecznie pokorni, aby zaakceptować tradycję. Musimy ją przyjąć na wiarę" [12].

Spójrzmy więc na tę tradycję, z której korzysta benedyktyn. Na stronie internetowej WCCW czytam: „Poważnym powodem nieufności wobec Medytacji jest dyskomfort względem mantry, zarówno jako słowa jak i jako „pracy", do której zachęca nas tradycja duchowości. Możemy tu oprzeć się na silnym i jednoznacznym nauczaniu. I tak znajdujemy rewolucyjny klucz do rozumienia mądrości pustynnej, który jest we wspaniałej IX. i X. Rozmowie o modlitwie Jana Kasjana: być ubogim w duchu i pokornie powtarzać kilka świętych słów, które on nazywa po łacinie „formułą", a które pozwalają nam skupić się na Panu, zamiast na samym sobie. XIV-wieczny klasyk, „Obłok niewiedzy" nazywa je „jednym malutkim słowem", co pozwala nam odwrócić uwagę od rozproszeń i zwrócić ją ku milczącej tajemnicy Boga." [13].

Czy można porównać- to moje kolejne pytanie- Mainowe mantrowanie do modlitwy Jezusowej, znanej przede wszystkim na chrześcijańskim Wschodzie, a odmawianej już w pierwszych wiekach chrześcijaństwa wśród mnichów na pustyni egipskiej? Czy pojedyncze słowo, które proponowane jest przez Maina do odmawiania w czasie medytacji ma takie samo znaczenie co modlitwa „jednozadaniowa" (monologiczna) św. Jana Kasjana?

Św. Jan Kasjan (którego św. Benedykt uważał za swojego duchowego mistrza), do którego odwołuje się Main, twierdził: "Bardzo mało bowiem modli się ten, kto zwykł modlić się tylko wówczas, gdy klęczy. Nigdy zaś się nie modli ten, kto nawet klęcząc nie utrzymuje skupienia serca i w jakikolwiek sposób się rozprasza" [14]. W „Rozmowach z Ojcami" Kasjan „wyliczał wartości trwania przy jednej formule. Jej nieustanne powtarzanie i rozważania pomaga przezwyciężać pokusy i choroby duszy, podtrzymywać ciągłą pamięć o Bogu, kształtować ją w sercu nieustanną modlitwą i wznosić się do najwyższej kontemplacji" [15]. To ubóstwo jednego wersetu prowadzić miało do „owej modlitwy bez skazy, gdzie umysł nie zajmuje się już postaciami wyobraźni, nie wymawia nawet głośno słów, nie zatrzymuje się nad sensem wyrazów, lecz gdzie serce płonie ogniem, pełne jest niewysłowionego zachwytu, a w duchu panuje nienasycone pragnienie. Dusza zaś unosi się ponad wszystkie zmysły i widzialne przedmioty, by wzdychając, w niewypowiedzianych jękach, zanosić modlitwę do Boga!" [16]. O nauce tej, której nauczył się Kasjan od Ojców pustyni, powiedział: „...wyjawiam ją tylko nielicznym, naprawdę pragnącym doskonałości" [17].

W takiej modlitwie rzeczywiście chodziło o uniknięcie rozproszeń i skupienie się na Bogu, ale taka modlitwa była łaską, o czym od Starca dowiedział się prosty acz uduchowiony pielgrzym znany z książki, której u nas nadano tytuł „Opowieści pielgrzyma" (w oryginale: „Otkrowiennyje rasskazy stronnika duchownemu swojemu otcu", czyli: „Szczere opowieści pielgrzyma przedstawione jego ojcu duchownemu"): „Dziękuj Bogu, drogi bracie, za to wzbudzenie w tobie tej niegasnącej tęsknoty za poznaniem ciągłej modlitwy wewnętrznej" [18]. Potwierdza to Metropolita Sawa (Hrycuniak): „Modlitwa Jezusowa, w tym sensie, oznacza punkt, w którym "moja" działalność, "moja" modlitwa łączy się z działaniem kogoś Innego we mnie i staje się widoczna na zewnątrz. Taka modlitwa nie jest tylko modlitwą skierowaną do Jezusa Chrystusa, ale modlitwą samego Jezusa Chrystusa. Ten piękny etap przechodzenia od modlitwy "pracy" w modlitwę, która "rozwija się sama z siebie" - opisany został w dziele „Szczere opowieści pielgrzyma przedstawione jego ojcu duchownemu". Jest to szczególny dar Boga, który otrzymuje człowiek w momencie, kiedy Bóg i człowiek tego pragną. Droga do Królestwa Bożego otwarta jest dla wszystkich i wszyscy ją mogą odnaleźć." [19]. Również w „Liście do biskupów Kościoła katolickiego o niektórych aspektach medytacji chrześcijańskiej" podkreślono, że „... autentyczna modlitwa chrześcijańska jest spotkaniem dwóch wolności: nieskończonej wolności Boga z ograniczoną wolnością człowieka." [20].

Odwołam się jeszcze raz do słów prawosławnego Metropolity Warszawskiego i całej Polski: „W ofierze składać należy nie tylko to, co posiadamy, ale to, kim jesteśmy. Wartościowym nie jest człowiek przestrzegający modlitwy według określonych przepisów, z większą lub mniejszą dokładnością, lecz człowiek, który jest modlitwą. Tego typu modlitwę określamy jako „modlitwę serca". Imię Boże wzywamy przy pomocy języka. W tym samym czasie, siłą woli, ukierunkowujemy swój umysł na sens i znaczenie tego, co wypowiada język. Z upływem czasu - przy pomocy Bożej - modlitwa nasza coraz bardziej staje się aktem wewnętrznym. Udział umysłu jest coraz ważniejszy, a samo wypowiadanie dźwięków ma coraz mniejsze znaczenie. Może dojść do tego, że wypowiadanie modlitwy Jezusowej zakończy się na poziomie słów/ a przejdzie w mistyczny sposób do umysłu. Jest to znakiem, że przeszliśmy ze stopnia pierwszego naszej modlitwy do stopnia drugiego. Wędrówka w głębię wewnętrzną człowieka nie jest jednak zakończona. Człowiek jest bytem, który oprócz umysłu posiada też uczucia, wolę i miłość oraz wszystko, co składa się na jego osobowość. Wszystkie te sfery człowieka, w swoisty sposób, uczestniczą w modlitwie, gdyż cały człowiek wezwany jest, aby brać udział w przebóstwieniu. Zatem wezwani jesteśmy ku wstępowaniu z poziomu drugiego na poziom trzeci: od „modlitwy umysłu" ku „modlitwie serca". „Serce" w tym przypadku rozumieć należy w sensie biblijnym, a nie współczesnym - jako rzeczywistość, która skupia w sobie wszystkie elementy osobowości człowieka. Serce jest głównym organem bytu ludzkiego" [21].

Czy mantra proponowana przez Maina spełnia tę samą funkcję, co modlitwa Jezusowa? „Celem powtarzania tego słowa jest stopniowe odwrócenie uwagi od własnych myśli, idei, pragnień i grzechów, aby otworzyć się na obecność Boga, odwracając swoją uwagę od siebie i kierując ją na Boga. wypowiadaj swoje słowo delikatnie, lecz z rozwagą, powtarzaj je w swoim wnętrzu ze spokojem, ale wyraźnie: Ma-ra-na-tha. Stopniowo, z upływem czasu spędzonego na medytacji, słowo to zapadnie w twoje serce, doświadczysz wolności ducha, która jest zjednoczeniem umysłu i serca w Bogu." [22]. Albo inaczej: czy mantra proponowana adeptom szkoły medytacji według wskazań benedyktyna rzeczywiście pozwoli im tak wyciszyć siebie samych, aby w ciszy spotkać Boga? Czy to wyciszenie jest już wystarczające do zjednoczenia z Bogiem? I czy Main nie traktuje tego typu modlitwy jako metody uniwersalnej, a nie daru Bożego dla tych, którzy całym sercem szukają Boga, a ponieważ w czasie ich modlitwy zdarzają się rozproszenia, warto byłoby podać im jakiś sposób ich unikania? Czy to wstępowanie z jednego poziomu modlitwy na inny, z umysłu do biblijnego serca, które ma mieć miejsce w modlitwie Jezusowej, na pewno można porównać do pracy mantry w medytacji Maina?

Nie rozumiem, skąd pewność, że kiedy tylko umysł wyciszy się wieloletnim mantrowaniem, w tej ciszy poza obrazami i myślami (wszystkie rozproszenia- wg Maina- odsuwamy mantrą) spotykam Boga? „Nie ma tutaj miejsca żadne doświadczenie typu psychologicznego. Często wydaje się, że nic się nie dzieje, nic oprócz owej nowej rzeczywistości, tego wielkiego daru zamieszkania i wewnętrznej penetracji nas przez samego Boga." [23]. A jeżeli jednak pokój ten nie pochodzi od Niego, a jest jeżeli nie jedynie, to przynajmniej w jakiejś części, reakcją naturalną organizmu? To mocne słowa, i drżę, kiedy wyrażam tę wątpliwość w stosunku do tego, co proponuje Main, na mocy autorytetu którego działają liczne grupy medytacyjne (również w Polsce), ale nie chcę milczeć. Jak rozeznać owoce wieloletniej mantry, która doprowadziła medytującego do ciszy poza wszelkimi pojęciami? Czy wystarczy świadectwo życia podane przez kontynuatora misji podjętej przez Maina, ojca Laurenca Freeman'a, które znajduje się w posłowiu „Chrześcijańskiej medytacji", a w którym czytamy o tym, że ojciec Main „dotknął (...) i zmienił życie wszystkich tych, którzy się z nim zetknęli" [24], i który tamże zapewnia, że „poznać ojca Johna oznaczało zetknąć się z radosną tajemnicą w pełni ukształtowanego człowieczeństwa..." [25]?

Skąd to przekonanie, że tę próżnię, która powstanie kiedy odsunę wszystkie wyobrażenia i myśli, wypełni sam Bóg? Oczywiście, w modlitwie i życiu trzeba zrobić Bogu miejsce; ale czy jest to równoznaczne z tym, że miejsce to powstaje wtedy, kiedy odmawiam mantrę, i właśnie dzięki niej? I czy może myśleć w ten sposób chrześcijanin, który wierzy w Objawienie Boga w Chrystusie? Bo może jeszcze w innych religiach, które były inspiracją dla medytacji proponowanej przez WCCW, jest takie założenie zrozumiałe, ale czy nie jest ono krokiem wstecz z perspektywy chrześcijańskiej?

Moje wątpliwości dobrze wyraża przywoływany już przeze mnie dokument: „Dlatego należy przeprowadzić poprawną interpretację nauki tych nauczycieli, którzy polecają "usunąć" z umysłu wszelkie przedstawienia zmysłowe i pojęcia, skupiając pełną miłości uwagę na Bogu tak, że powstała w ten sposób próżnia może być wypełniona Boskim bogactwem. Próżnią, której potrzebuje Bóg, jest odrzucenie egoizmu, niekoniecznie zaś odrzucenie rzeczy stworzonych, które On nam dał i pośród których nas umieścił. Niewątpliwie, modlitwa wymaga całkowitego skoncentrowania się na Bogu i wykluczenia, na ile to możliwe, spraw ziemskich, które przykuwają nas do własnego egoizmu. (...) Z dogmatycznego punktu widzenia osiągnięcie doskonałej miłości Boga nie jest możliwe, jeżeli pominie się dany we Wcielonym Synu, ukrzyżowanym i zmartwychwstałym, dar z samego siebie. W Nim, przez działanie Ducha Świętego, otrzymujemy jako czystą łaskę udział w wewnętrznym życiu Bożym. Gdy Jezus mówi: "Kto mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca" (J 14, 9), nie mówi o zewnętrznym oglądaniu i znajomości Jego postaci ludzkiej ("Ciało na nic się nie przyda": J 6, 63). Odnosi się to raczej do oglądu możliwego dzięki łasce wiary: oglądanie przez osiągalne dla zmysłów poznanie Jezusa tego, co On jako Słowo Ojca chce nam naprawdę oznajmić o Bogu ("Duch daje życie [...]; słowa, które Ja wam powiedziałem, są duchem i są życiem", tamże). W tym "oglądaniu" nie chodzi o abstrakcję czysto ludzką ("abstractio") postaci, w której objawił się Bóg, ale o przyjęcie rzeczywistości Bożej w ludzkiej postaci Jezusa, o przyjęcie Jego wymiaru Bożego i wiecznego w Jego doczesności. Jak mówi św. Ignacy w Ćwiczeniach duchownych, będziemy musieli próbować pojąć "nieskończoną woń i nieskończoną słodycz Boskości" (nr 124), wychodząc od nieskończonej prawdy objawionej, od której rozpoczęliśmy. Podnosząc nas, Bóg może "uwolnić nas" od tego wszystkiego, co nas zatrzymuje w tym świecie i w pełni przygarnąć nas do życia trynitarnego swojej wiecznej miłości. Dar ten może być udzielony tylko "w Chrystusie przez Ducha Świętego" i nie da się go ogarnąć własnym wysiłkiem w oderwaniu od Jego objawienia. [26].

Św. Jan od Krzyża opisuje w swoich dziełach doświadczenie duchowe nazwane nocą zmysłów, po której następuje noc duchowa. Ale ta duchowa wędrówka, którą doktor Kościoła nazywa „Drogą na Górę Karmel" jest długim procesem, i nie można przeskoczyć z jednego etapu na kolejny nie przebywszy wcześniej poprzedniego. Dlatego nie tylko nie rozumiem, ale wręcz nie zgadzam się z tym, do czego zachęca Main w swoich konferencjach- nie można zastosować jego sposobu medytacji jako uniwersalnej metody dla każdego, bez względu na to, w jakim miejscu życia duchowego praktykujący jest. Owszem, „...kontemplacja nie jest zarezerwowana jedynie dla garstki wybrańców i nie jest czymś niezwykłym." [27], ale czy tak samo jest z medytacją Maina? Po drodze duchowej poruszamy się dzięki łasce, i tylko przez nią, a nie przez medytującego zakonnika, możemy zostać zaproszeni aż do tego, żeby przed Bogiem po prostu trwać, wcześniej oczyściwszy się ze wszelkich Jego ludzkich wyobrażeń. Zresztą, mroki powstałe po odrzuceniu zmysłowych wyobrażeń w czasie modlitwy rozświetlają mistycy światłem wiary w Pana, to On ich prowadzi przez wiarę, i to ze względu na nią i na Niego, odrzucają oni ludzkie wyobrażenia i pojmowanie Boga! Wezwania Pana do porzucenia wszystkiego nie może zastąpić wiara w to, że odmawianie mantry jest już porzuceniem wszystkiego. Jestem ciekawy, co na to doktor Kościoła, na którego powołuje się Main: „Św. Jan od Krzyża powiedział: „Środkiem duszy jest Bóg", dlatego że w tym środku doświadczamy ciszy, głębokiego milczenia i pokoju, przekraczającego wszelkie zrozumienie. Do tego doświadczenia prowadzi droga mantry." [28].

Najbardziej jednak szkoda mi tego, co w chrześcijaństwie jest najbardziej fascynujące, a czego pozbawiony zostanie adept medytacji w szkole Maina. Chodzi o osobiste spotkanie Jezusa w swoim życiu, o bycie Jego uczniem. To przecież realne doświadczenie, że Pan przemawia, a w czasie modlitwy czyni to również za pośrednictwem obrazów i myśli. Czy można odrzucić natchnienia Ducha Świętego w imię tak pojętej medytacji, jaką proponuje benedyktyński mnich? Czy można modlitwę, ten intymny dialog między Panem a Jego uczniem sprowadzić li tylko do medytacji, w czasie której: „...możesz po prostu być- bez konieczności usprawiedliwiania się czy przepraszania za swoje istnienie. Gdzie możesz po prostu radować się darem swojego istnienia. Wolność nie jest jedynie wolnością od czegoś. Wolność chrześcijanina nie jest wyłącznie wolnością od grzechu czy pożądania. Jesteśmy wolni do intymnej jedności z Bogiem (...) Medytacja jest otwarciem się na doświadczenie bycia wolnym dla Boga, doświadczenie przezwyciężenia pożądania, grzechu i własnego ego w sposób, który czyni naszą istotę całkowicie dostępną dla Boga" [29]?

W medytacji Maina nie słyszę rozmowy z Panem. Nie ma tu miejsca i czasu na powierzanie Mu wszystkich dotyczących naszego życia spraw, nie ma możliwości na przeżywanie ich w Panu. Gdzie w takiej medytacji doświadczyć zmagania się z własną słabością i grzechem i kiedy cieszyć się z przyjmowanej łaski, przebaczenia i zwyciężania w mocy Pana w codziennym życiu? Wydaje się, że Main w swoim rozumieniu medytacji traktuje ją- chociaż nie jest to oczywiście przez niego tak nazwane- jak środek zbawczy. Twierdzi on na przykład: „Jedyną przeszkodą [do osiągnięcia zjednoczenia z Bogiem- SZ] jest (...) egocentryzm, egoistyczne skupienie na sobie samym. (...) To tak, jakby między nam a Bogiem pojawiło się lustro. Za każdym razem, gdy popatrzymy w lustro, widzimy siebie. Celem medytacji jest rozbicie tego lustra..." [30]. Zamiast potrzeby Zbawiciela jest medytacja, w której odmawiając prostą mantrę wyrzekam się samego siebie, a to wystarczy aby rozwiązać problem mojego grzechu. Zamiast dziękczynienia i uwielbienia, które wprowadzają głębiej w obecność Bożą i rozszerzają serce, tutaj od razu, siadając do mantry, zostawiam wszystko inne. Chciałbym wierzyć, że to wszystko, z czym nie stanąłem przed Panem, a po prostu odrzuciłem od siebie mantrą, nie uderzy mnie, jak bumerang, kiedy skończę medytację. Oczywiście, jest w modlitwie chrześcijanina czas na trwanie przy Bogu, „marnowanie" z Nim czasu, chłonięcie całym sobą Jego obecności, na bycie; ale nie dzieje się to od razu, potrzeba innych etapów modlitwy. To na pewno najważniejsza część modlitwy, ale niemożliwa bez innych jej składowych.

Prawdopodobnie sam Main wierzy w to, że odrzucając „podstawowe nauki" i oddając się przez mantrę Bogu nieograniczonemu przez jakiekolwiek pojęcia zbliża się ku doskonałości: „...fundamentalną prawdą jest fakt, ze każdy z nas został stworzony przez Boga, a każdy z nas jest boskiego pochodzenia. Podstawowy charakter tej prawdy i fakt, że nauczyliśmy się je na pamięć w dzieciństwie, powoduje, że najczęściej w pełni nie zdajemy sobie z niej sprawy i nie potrafimy uwolnić jej od abstrakcji skostniałego twierdzenia tak, aby mogła ona służyć swojemu rzeczywistemu celowi: rozbudzeniu życia duchowego. Sądzę, że autor poniższego cytatu myślał bardzo podobnie, usilnie nawołując Hebrajczyków: „Dlatego pominąwszy podstawowe nauki o Chrystusie przenieśmy się do tego, co doskonałe, nie zakładając ponownie fundamentu, jaki stanowią (...) a i to uczynimy, jeśli Bóg pozwoli" (Hbr 6,1-3)" [31]. (Main często posługuje się cytatami biblijnymi, „Ścieżka medytacji" jest bogata w nie, ale- podobnie jak w przypadku podanego wcześniej cytatu, w większości przypadków mam problemy ze znalezieniem związku pomiędzy tym, co twierdzi autor książki, a tym, co miał na myśli autor natchniony).

Skoro Bóg sam się zechciał człowiekowi objawić, czy w takim razie można odrzucić chrześcijańskie objawienie, tak aby oddać się tylko medytacji tego rodzaju, którą proponuje Main? Ciekawie na to pytanie odpowiada o. Wojciech Giertych OP; komentując dokument Kongregacji ds. Nauki Wiary dotyczący medytacji chrześcijańskiej, dominikanin podkreśla niezbędne elementy modlitwy chrześcijańskiej:  „Nie jest sprawą obojętną, jakie metody stosuje się w modlitwie. Praktyki medytacyjne nie wiszą w próżni, nie są pozbawione treści (...). Wszelka praktyka medytacyjna łączy się z jakąś treścią doktrynalną, jest osadzona w konkretnej koncepcji człowieka, jego struktury i jego celu ostatecznego, oraz w koncepcji bóstwa. (...) Chrześcijańska modlitwa (...) nie jest też oderwana od podstawowych życiodajnych prawd, które zostały nam objawione (...). Jeżeli modlitwa straci z tymi prawdami kontakt, przestanie być owocująca. Co więcej, medytacja, która nie jest trynitarna- jakkolwiek może dać chwilową ulgę- wiedzie nie tyle do spotkania żywego Boga, ale siebie..." [32].

Nie jest też medytacja benedyktyna osadzona w tradycji benedyktyńskiej. Przypomnijmy, ze w tej tradycji modlący się przechodzi przez kolejne stopnie: „lectio" (czytanie), „meditatio" (rozważanie), „oratio" (modlitwa) i w końcu „contemplatio" (kontemplacja). Opowiada o tym i próbuje udowodnić związek z proponowaną przez WCCW medytacją o. L. Freeman OSB: „Wybierasz fragment Pisma św., czytasz go, przeżuwasz, rozmyślasz nad nim. Być może podczas lektury twój umysł skoncentruje się na jakimś zdaniu czy wyrazie. To początek „meditatio": ograniczenie umysłu do jednego słowa, tzw. formuły, stanowi nowy etap w modlitewnej podróży." [8]. Tak, ale u Benedykta zanim zaczęła się kontemplacja, umysł i wola rozpaliły się „przeżuwaną" treścią, w metodzie Maina od razu przechodzi się do mantry. Prawdę o związku modlitwy ze Słowem podkreśla również dokument Kongregacji ds. Nauki Wiary: „Istnieje (...) ścisły związek między Chrystusem i modlitwą. (...) Objawienie dokonało się za pośrednictwem słów i czynów, które zawsze są ze sobą wzajemnie powiązane; od początku i nieprzerwanie wszystko dąży w kierunku Chrystusa, będącego pełnią Objawienia i łaski, oraz w kierunku daru Ducha Świętego. On umożliwia człowiekowi przyjęcie i kontemplację słów oraz dzieł Boga, dziękczynienie Mu i wielbienie Go w zgromadzeniu wiernych i w sercu oświeconym łaską. Dlatego Kościół zawsze poleca lekturę Słowa Bożego jako źródła modlitwy chrześcijańskiej i równocześnie zachęca do odkrywania głębokiego sensu Pisma Świętego przez modlitwę, by czytanie Biblii stało się "rozmową między Bogiem i człowiekiem. Gdyż do Niego przemawiamy, gdy się modlimy, a Jego słuchamy, gdy czytamy Boskie wypowiedzi" [33].

Wiele już razy w swoim życiu duchowym zostałem zadziwiony, na jak różne sposoby Pan może działać. Czy tak będzie i tym razem? Na razie dziwię się, dziwię i nadziwić nie mogę, ale nie czuję, żeby to była łaska zdziwienia, towarzysząca nowym duchowym odkryciom; tym razem jest to zdziwienie innego rodzaju. I tak jak nie potrafię do końca objąć rozumem „modlitwy Jezusowej", ale jestem przekonany, ze stoi za nią Bóg, tak w przypadku modlitwy proponowanej przez o. Johna Maina nie tylko nie rozumiem, ale też nie mam pokoju w sercu, kiedy o niej czytam. Jestem jednak otwarty na to, żebym został przekonany. Dlatego pytam. Dopóki nie pojmę, nikogo nie zachęcam do wstąpienia na ścieżkę medytacji, którą proponuje zakonnik; nie wiem, dokąd ona prowadzi.

Teolog, publicysta, autor wielu artykułów oraz dwudziestu książek; ostatnio wydał: Maryja. Dlaczego nie?

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (7)

Inne tematy w dziale Kultura