Spoglądał na mnie z dużej wysokości. Uśmiechał się, tym specyficznym uśmiechem, co to pojawia się raz na kilka lat. Ponieważ nie kandydował na prezydenta, a tylko na posła, nie miał komputerowo nanoszonego błysku w oczach. Okna w bloku, na którym powieszono jego billboard, o szybach wielkości niemalże jego źrenic, lśniły wyraźniej, chociaż może mniej dowcipnie.
Ale może to dobrze, że się uśmiechał; gdyby tylko otworzył usta, bez gryzienia, w całości połknąć mógłby tych, którzy nieostrożnie wyszli na balkon zapalić papierosa. Zamiast tego jednak, bez otwierania ust, nie przestając się uśmiechać, wypowiedział tylko dwa słowa, ale za to jakiej wagi! Uśmiechnięte zdjęcie (w tle obowiązkowo albo kolor niebieski, albo polska flaga) plus dwa słowa- najwyraźniej zdając sobie sprawę ze swej potwornej siły bezczelnie kpił ze mnie, każąc mi wybierać na podstawie tak wyczerpujących przesłanek!
Z jednej strony dwa słowa Godzilli, z drugiej strony kilka biskupich zdań odwoływały się do moich praw i obowiązków: obywatelskiego i chrześcijańskiego (a może to już jeden obowiązek?). Na nic zdały się tłumaczenia, że nie głosuję na Godzillę. Jego wielkiej wagi słowa rzuciły się na moje sumienie, z drugiej strony posypały się kamyki oskarżenia pod moim adresem. Zanim jednak jako grzesznik wyrażę skruchę, chciałbym na swoją obronę napisać tylko tyle:
Moje kruche sumienie nie pozwala mi głosować na któregoś osobnika ze stada Godzilli, a nie znam żadnych kandydatów Pawłopomiankopodobnych w swoim okręgu wyborczym. Dlatego proszę dać mi spełnić mój obowiązek przez świadome z mojej strony nie pójście na wybory. To również jest jakiś głos, chociaż może się wydawać że cichutki w porównaniu z głosem Godzilli, który po wyborach w końcu, jak zawsze, otworzy uśmiechające się na razie usta, a wtedy zrobi się mniej śmiesznie.
Krzyżyk.
Sławomir Zatwardnicki



Komentarze
Pokaż komentarze (3)