cd.
(poprzedni odcinek: 1/5: „Mężczyźni...")
Serce mężczyzny
Na to, że mężczyźni nienawidzą chodzić do kościoła, składa się wiele rzeczy, które same w sobie nie są „ostatecznym ciosem dla męskiej duszy. Jednak wiele drobnych problemów, które nakładają się na siebie, może doprowadzić do odejścia mężczyzn z Kościoła" [1].
Powszechnie odbierają mężczyźni Kościół jako nieżyciowy, nie mający wpływu na codzienność i nienowoczesny. Sami mężczyźni podają dziesięć wymówek, którymi usprawiedliwiają swoje nieuczęszczanie do kościoła (warto się nad nimi zastanowić, ponieważ nawet jeżeli nie pokazują one prawdziwych przyczyn, to na pewno wiele mówią o mężczyznach): „Tam jest zbyt wiele hipokryzji", „To dobre dla mięczaków", „Za często proszą o pieniądze", „Nabożeństwo jest za długie", „Nie chcę o tym mówić", „Nie lubię księdza", „To się nie sprawdza w życiu", „Jest nudno", „Nie umiem się odnaleźć w kościele", „Nie mam czasu" [2].
Murrow nazywa „nieświętą trójcą" trzy zjawiska obecne w Kościele, które trzymają „mężczyzn z dala od Chrystusa" [3] i wysysają energię z tych, którzy są w Kościele; stanowią ją: dysproporcja liczebna (niezależnie od wyznania więcej jest w Kościele kobiet niż mężczyzn), dysproporcja uczestnictwa (kobiety bardziej się angażują w kościelną działalność) i dysproporcja wynikająca z różnic osobowości (brak męskich osobowości w Kościele utrudnia mężczyznom odnalezienie się w Nim).
Kobiety mają swoją religię- chrześcijaństwo, a mężczyźni swoją- poczucie męskości. To jej podporządkuje mężczyzna wszystko, od pracy i hobby po rozrywki i uzależnienia. Kościół i męskość- to dla mężczyzny sprzeczność, dlatego aby zachować poczucie męskości, trzeba trzymać się z daleka od tej rzeczywistości, która jest dobra tylko dla kobiet. Że to nieprawda? Co z tego, kiedy doświadczenie usprawiedliwia takie wnioski. Mimo, że duchownymi są przeważnie mężczyźni, wszystkie formy aktywności kościelnej i wszystkie chrześcijańskie spotkania przyciągają większą ilość kobiet niż mężczyzn. Jeżeli istnieją duszpasterstwa przykościelne, prym wiodą tam kobiety, ponieważ w działalności duszpasterskiej wykorzystuje się uzdolnienia typowe dla nich. Mężczyzna, który spotyka się z taką dominacją kobiet, podświadomie patrzy na Kościół jak na „klub dla pań".
Ponieważ w dzisiejszym Kościele więcej jest kobiet, dzieci i starszych, nic dziwnego, że to w ich stronę zwracają się przełożeni: „kobiety są grupą docelową współczesnego Kościoła" [4]. „Duchowy termostat"- tak Murrow nazywa kulturę panującą w Kościele- jest nastawiony zgodnie z ich wymaganiami- przedkłada się zatem „bezpieczeństwo ponad ryzyko, stabilizację ponad zmiany, zachowawczość ponad ekspansję i przewidywalność ponad wyzwanie" [5]. Najgłębszą tęsknotą kobiet są relacje (wystarczy pomyśleć, jakiego rodzaju filmy oglądają one najchętniej), i Kościół kładzie nacisk na relacje z Jezusem oraz innymi chrześcijanami. Murrow podaje za Rickiem Warrenem[6], że 80% wspólnot kościelnych w Ameryce nastawia termostat na „pocieszanie", stając się bardziej „zjazdami rodzinnymi" [7], w czasie których panuje miła atmosfera, niż miejscami, w których wzywa się do przemiany życia. W takiej atmosferze mężczyźni się duszą, a „ponieważ nie wymaga się od mężczyzn nic wielkiego, nic wielkiego nie wnoszą" [8].
Nie słychać z ambon kościelnych tego, co mężczyźni znajdują w preferowanych przez siebie filmach- wyzwania, podnoszenia swoich kwalifikacji, współzawodnictwa, przygody, dumy i siły oraz ryzyka i nagrody za uratowanie świata. W kazaniach podkreśla się za to słabość, pokorę, relacje, porozumienie, wspólnotę, wsparcie- wszystko to, co sprawia, że chrześcijaństwo kojarzy się bardziej z kobiecymi wartościami.
Kobiety nie tylko częściej angażują się w działalność kościelną, ale też chętniej sięgają po książki chrześcijańskie oraz korzystają z chrześcijańskich mediów. Zgodnie więc z prawami popytu i podaży- na rynku musi być więcej pozycji kierowanych do kobiet. I kółko się zamyka. Wchodząc do takiego Kościoła mężczyzna jest na pozycji z góry straconej - nigdy nie będzie tak wrażliwy jak kobieta, nie dorówna jej w troskliwości o innych, nie przychodzi mu tak łatwo, jak kobietom, nawiązywanie relacji z innymi. Nie jest wylewny (a namawia się go do głębokiego „dzielenia się") i nie ma dużych zdolności w ekspresji werbalnej. A jeszcze każe mu się śpiewać i trzymać z innymi za ręce! Taki mężczyzna, aby dorównać kobiecie, musiałby „przejść przeszczep osobowości" [9].
„Mężczyźni odebrali przesłanie, że Kościół ich nie potrzebuje" [10], bo te dziedziny, które wymagają umiejętności męskich, nie są wykorzystywane. A „brak poczucia, że jest komuś potrzebny, oznacza dla mężczyzny powolną śmierć"- cytuje Johna Gray'a [11] autor „Mężczyzn...". Istnieje otchłań „pomiędzy męskimi potrzebami a tym, co oferuje duszpasterstwo lokalnego Kościoła" [12], dlatego mężczyzna nie chodzi tam „z tego samego powodu, dla którego nie nosi różowych ubrań: nie jest to odpowiednie dla jego płci." [13].
Kościół to nie miejsce dla prawdziwych mężczyzn- twardych, pragmatycznych, odnoszących sukcesy i podejmujących ryzyko, lubiących się bawić i pragnących przygód. Musieliby usiąść w jednej ławce z tymi skromnymi, pokornymi, miłymi mężczyznami, którzy niewiele się różnią od kobiet. Z tymi świętoszkami, którzy w niczym nie przypominają męskich bohaterów biblijnych- przywódców i wojowników, którzy podejmowali ryzyko i przelewali krew w służbie dla Boga. Powszechnie przyjęty stereotyp wyobraża pójście do Kościoła i pokochanie Jezusa jako zajęcie niemęskie, bo Kościół jest miejscem dla kobiet- dlatego mężczyzna albo nie chodzi tam wcale, albo bierze udział w nabożeństwie według „strategii mafii" [14]. Polega to na tym, że uczestniczy we Mszy Świętej ze względu na swoją kobietę, która tego od niego oczekuje, oraz żeby podtrzymać tradycję, ale wewnętrznie jest całkowicie zablokowany na przyjęcie Dobrej Nowiny. W jego mniemaniu nie traci on wtedy swojej męskości, bo po prostu tylko udaje, a tak naprawdę bycie w kościele nie sprawia mu żadnej przyjemności. Może dlatego nawet nie denerwuje go ten duchowny, którego uważa za męskiego kastrata- bo nie zajmuje się żadnym z męskich zajęć: ani nie zakłada firmy, ani nie ma rodziny, ani nie rozwija kariery.
Tak jak kobiety boją się utracić relacje z innymi (a takie daje im Kościół), tak mężczyźni boją się utraty niezależności i pozbawienia siły i kontroli, której to utraty żądać może od nich Kościół. Kobiety łatwiej odnajdują się jako kompetentne chrześcijanki, a mężczyźni strasznie się boją własnej niekompetencji. Boją się też mniejszych wspólnot, lękając się, że ich żony będą pokazywać ich całej wspólnocie, „jak zdobycz" [15]. Kobiety chrześcijanki muszą uważać, ponieważ kiedy ciągną swojego mężczyznę do świątyni, mogą go ostatecznie zniechęcić do Boga; zresztą, „nie ma żadnego pożytku z tego, że ciało mężczyzny jest w kościele, a jego serce gdzie indziej" [16].
Mężczyzn nie interesuje praca kobiet dla Kościoła, oni zadają sobie pytanie, czy takie kościelne aktywności pochodzą od Boga, czy są tylko zwykłą działalnością religijną: „Kiedy mężczyźni zobaczą, jak Duch Święty działa w waszym życiu, sami przyjdą do kościoła" [17]. Jeżeli jednak nie spotkali żywego- w postaci innego mężczyzny- świadectwa, że życie z Panem może być fascynujące, będą bali się chrześcijańskiego stylu życia. Nie wykazują nawet chęci pójścia do nieba, bo ono kojarzy im się z wiecznym śpiewem i przebywaniem w chmurach. Przyzwyczajeni do dyskutowania, a nawet buntowania się, lękają się tego, że ktoś każe im przyjąć chrześcijańskie poglądy „na wiarę" (zamiast tego trzeba im dać możliwość zadawania trudnych pytań i podważania poglądów oraz pozwalać na, nawet ostrą, dyskusję).
Mogą się wystraszyć tego, że ktoś będzie im kazał ustatkować się, ożenić i prowadzić idealne życie małżeńskie i rodzinne. Boją się też homoseksualizmu w Kościele (to może być efekt wpływu skandali w Kościele lub oficjalnego otwarcia się na posługę homoseksualistów przez niektóre wyznania). Wiedzą, jak świat patrzy na podejście do spraw seksu prezentowane przez Kościół, i niechętnie pozwolą na przylepienie sobie etykietki: „Żyję w celibacie" [18]. Last but not least, mężczyzna jest cholernie (przepraszam za to słowo) zazdrosny o Chrystusa, ponieważ czuje się, jakby żona zostawiła go dla innego mężczyzny! (Kobiety tak łatwo wchodzą w romans z Kościołem, jak mężczyźni z pracą.). W najlepszym razie znajduje się na drugim miejscu, po Bogu, i na dodatek nie jest w stanie konkurować z Tym, którego nie widać, a kto stał się teraz idealnym „Oblubieńcem" tej, która jemu przysięgała miłość.
cdn.
[1] Tamże, str. 267.
[2] Tamże, str. 212.
[3] Tamże, str. 101.
[4] Tamże, str. 35.
[5] Tamże, str. 34.
[6] Pastor „Saddleback Community Church" (USA), autor książek, min.: „Życie świadome celu. Po co ja tutaj tak naprawdę jestem?" oraz „Kościół świadomy celu. Rozwój w oparciu o bezkompromisowe przesłanie i misję".
[7] „Mężczyźni nienawidzą chodzić do kościoła", str. 60.
[8] Tamże, str. 61.
[9] Tamże, str. 39.
[10] Tamże, str. 74.
[11] Terapeuta rodzinny, autor licznych książek, min.: „Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus".
[12] „Mężczyźni nienawidzą chodzić do kościoła", str. 28.
[13] Tamże, str.16.
[14] Tamże, str. 200.
[15] Tamże, str. 217.
[16] Tamże, str. 360.
[17] Tamże, str. 366.
[18] Tamże, str. 230.



Komentarze
Pokaż komentarze (6)