Kobieta, aby czuć się bezpiecznie w relacji z bliską jej osobą, potrzebuje minimum kilkanaście razy na dzień usłyszeć, że jest kochana. Ponieważ Bogu nie są potrzebne wyznania miłości ze strony człowieka, a jednak upomina się o miłość, wynika stąd wniosek, że służy ona samemu człowiekowi i uzdrowieniu jego relacji ze Stwórcą, która to relacja została zniszczona przez grzech.
Prawdopodobnie to własnie ten sam grzech, na który Bóg przepisał lekarstwo, a Jezus podpisuje receptę, jest powodem niechęci do podjęcia leczenia. Bo jak inaczej wytłumaczyć trud, który pojawia się, kiedy Pan przypomina o najważniejszym przykazaniu i każdej z jego nierozdzielnych (por. 1J 4,20) połówek?: Pierwsze jest: Słuchaj, Izraelu, Pan Bóg nasz, Pan jest jeden. Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą. Drugie jest to: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Nie ma innego przykazania większego od tych. (Mk 12, 29-31).
Warto zauważyć, że właśnie to największe przykazanie jest jedyną właściwą odpowiedzią na pytanie: „Jak...?" („Jak osiągnąć życie wieczne?" (por. Łk 10,25), „Jak podobać się Bogu?" itp.). Jest coś takiego w człowieku, że nawet kiedy już przestał uciekać przed Bogiem, wciąż jeszcze ucieka przed tym, żeby wrócić do Niego całym sobą. Łatwiej niż ukochać Boga, jest grzesznikowi składać ofiary, które Bogu nie tylko że nie są potrzebne, ale na dodatek ranią Jego serce, które nie lubi być przekupywane i które kocha cały czas i dlatego również nieustannego miłowania oczekuje. I naprawdę nic tu nie ma do rzeczy ilość składanych ofiar- bo co to za różnica, czy ofiaruje człowiek coś siedem czy siedemdziesiąt siedem razy dziennie? Ciągle jeszcze pomiędzy tymi ofiarami żyje przecież jak poganin, z dala od Boga.
Żeby dobrze zrozumieć wezwanie do kochania Boga całym sobą, trzeba najpierw według Jezusowego klucza odczytać przypowieść o „Miłosiernym Samarytaninie". Tam znajdziemy odpowiedź Pana na to samousprawiedliwianie się człowieka, który może i chciałby zrobić coś dla drugiego, ale tak bez przesady- raczej siedem niż siedemdziesiąt siedem razy, i raczej nie ze wszystkich sił. Tutaj również nie o ilość chodzi, bo co z tego, że ktoś pomagałby bliźniemu prawie zawsze, a kiedy ten naprawdę potrzebowałby pomocy, wtedy akurat wypadłoby to „prawie", a nie „zawsze"? Tak było w przypadku pobitego i złupionego bohatera przypowieści, pozostawionego przez pobożnych ludzi bez pomocy. Pan nie daje się nabrać na pytanie sformułowane przez wystawiającego Go na próbę: „Kto jest moim bliźnim?" (to pytanie mogłoby przybrać również inne formy: „Czy w taki sposób mam pomagać, czy wystarczy w taki?", „Czy tyle czasu mam poświęcić tej osobie, czy trzeba więcej?" itp.). Odwraca to pytanie (a przez to udziela niesamowitej odpowiedzi, wywracającej całe rozumowanie człowieka skażonego grzechem), i uszy pytającego kieruje w stronę wołającego o miłość bliźniego, który jest w potrzebie- kto okaże się jego bliźnim?
Lecz on, chcąc się usprawiedliwić, zapytał Jezusa: "A kto jest moim bliźnim?" Jezus nawiązując do tego, rzekł: "Pewien człowiek schodził z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców. Ci nie tylko że go obdarli, lecz jeszcze rany mu zadali i zostawiwszy na pół umarłego, odeszli. Przypadkiem przechodził tą drogą pewien kapłan; zobaczył go i minął. Tak samo lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, minął. Pewien zaś Samarytanin, będąc w podróży, przechodził również obok niego. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko: podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go. Następnego zaś dnia wyjął dwa denary, dał gospodarzowi i rzekł: "Miej o nim staranie, a jeśli co więcej wydasz, ja oddam tobie, gdy będę wracał". Któryż z tych trzech okazał się, według twego zdania, bliźnim tego, który wpadł w ręce zbójców?" On odpowiedział: "Ten, który mu okazał miłosierdzie". Jezus mu rzekł: "Idź, i ty czyń podobnie!" (Łk 10,29-36).
Jeżeli to zrozumienie, na które wskazuje Jezus, odnieść do pierwszej części pierwszego przykazania, nie byłoby niedorzeczne wyobrazić sobie Boga jako podobnego do leżącego na drodze, ograbionego i pobitego „pewnego człowieka" z Jezusowej przypowieści. Oczywiście taki obraz (jak każdy zresztą obraz) jest niedoskonały- Bogu bowiem nie potrzeba do szczęścia niczyjej pomocy- może jednak ułatwić nam zobaczenie, że człowiek ukradł Bogu to, co Jemu się należy. Przez grzech człowieka Bóg nie może odebrać należnej Mu chwały, nie może być Panem, który „Jeden jest i nie ma innego prócz Niego" (por. Mk 12,32) i nie może dzielić się swoją miłością, skoro obdarowany nią- odrzuca ją razem z Obdarowującym.
Dlatego zamiast pytania o to, co robić dla Boga (rodzaj pychy), Jezus wskazuje na „potrzebę" Boga, która jest niezaspokojona. Tak, jakby mówił: „Nie patrz na to, co ty masz robić, ale przyjmij, czego Bóg pragnie od Ciebie". Bo to On pierwszy chce być obecny w umyśle, sercu i duszy człowieka, i dać mu moc do przyjęcia Go. To dlatego Syn Boga nie może udzielić innej odpowiedzi na pytanie, co czynić (aby pozyskać wieczne życie, aby być w porządku względem Boga i bliźniego itp.), jak tylko takiej właśnie: kochaj Boga całym sobą- i duszą, i ciałem, i sercem, i umysłem, i ... Nie trzeba i nie można nawet traktować tego jako ciężaru, ponieważ to nie w mocy człowieka jest tak ukochać Boga; do człowieka należy przyjąć miłość Tego, który pierwszy go umiłował i który chce i daje siłę do tego, aby człowiek odpowiedział całym sobą i całym swoim życiem na tę miłość.
Przykazania miłości nie można traktować jako zachęty do kolejnego mnożenia ofiar czy modlitw (siedem czy siedemdziesiąt siedem razy na dzień), bo one nigdy nie pozwolą na powrót grzesznika do Boga. Ten, który odszedł, potrzebuje zaufać, że Bóg chce go widzieć jako tego, który wraca do domu! I dopiero wtedy może zobaczyć ramiona wzruszonego Ojca otwarte na powrót syna z samowygnania (por. Łk 15,20). Tak, to właśnie ten, który wraca, wzrusza Ojca, a nie ten, kto wypełniając Prawo próbuje być w porządku; dlatego starszy syn z przypowieści o synu marnotrawnym (por. Łk 15,11-32) nie doświadczył tego, co dane było młodszemu, i dlatego zamiast radować się, pozostał rozgoryczony. Tak dzieje się z każdym, kto nie chce kochać Boga nieustannie całym sobą, a próbuje być przed Nim sprawiedliwy.



Komentarze
Pokaż komentarze (6)