Jeszcze zanim kogut wydał z siebie po raz drugi zachrypły głos, one po raz trzeci zapiały tak głośno, pukając do naszych drzwi, że umarłego mogły zbudzić. A co dopiero nas, których sen był niespokojny, przerywany wspomnieniami o Nim (tą ciemną nocą wydawały się tak bardzo nierzeczywiste). A teraz jeszcze ta ich paplanina wprowadzająca zamieszanie w nasze groby męskiej depresji, której one nie potrafią uszanować.
Oprócz pewności, że wszystko stracone, i że trzy lata inwestowania posypały się jak domek z kart, chociaż On, ten nasz Mistrz od siedmiu boleści, twierdził, że inwestycja budowana na Nim, przetrwa, w głowie pulsuje jeszcze jedna uporczywa myśl. (Nie może dojrzeć z powodu pobożnego zawodzenia kobiet śpiewających słodkie pieśni z „Drogi do nieba”). Pamięć Jego przepowiedni, którą do tej pory traktowaliśmy jak czczą gadaninę. Że miał zmartwychwstać.
I jakkolwiek absurdalnie to brzmi, ze względu na te natręctwo kobiet i pisk myśli, trzeba nam pójść do grobu. Żeby jeszcze raz przekonać się, że wczorajszy dzień nie był snem, a On naprawdę umarł. Chyba, że... (Jest tak wcześnie, że nikt nas nie zobaczy).
Bracie, wstawaj! Pójdźmy!



Komentarze
Pokaż komentarze (1)