Michałowi ten tekst dedykuję, który poświęcił mi jeden ze stu dwudziestu dziewięciu komentarzy zostawionych przez siebie w Salonie24. I nie tylko że zostawił po sobie ślad, ale jeszcze i „gorące pozdrowienia", zaraz pod cytatami z nieboszczyka Nietzschego, co wziąłbym za jakiś czarny żart, gdyby nie to, że szanowny Pan Michał wydaje się nie żartować w swoim komentarzu.
Zanim odpowiem równie gorącymi pozdrowieniami, śpieszę jeszcze wyjaśnić, że niekoniecznie chciałem kogoś niewierzącego przekonywać, to raczej była forma żartu, chociaż- przyznaję- w społeczeństwie tyleż nieznającym Nietzschego, co zabobonnym, może zdarzyćsię, że ktoś niewierzący na wszelki wypadek zechce wesprzeć głoszenie Dobrej Nowiny. Jeżeli, drogi Panie Michale, którego gorąco pozdrawiam, nie przekonuje Pana moje tłumaczenie, proszę więc przyjąć, że zdanie moje należałoby czytać tak, jakby na końcu znalazł się ten oto drobny emotikon: „;)".
Tak więc wyjaśniwszy sobie, mam nadzieję, to małe nieporozumienie, już-już miałem przejść do odpowiedzi na Michałowe pytanie, kiedy po pierwsze przypomniało mi się, żem- jak wspomniany przez filozofa Michała Sokrates- człowiek prosty, który nie zna odpowiedzi, a po drugie- zauważyłem, że pytanie człeka szczególnego i rozumnego, Michała, jest tego rodzaju pytaniem, które nie szuka odpowiedzi, ale właściwie pytaniem tym odpowiada. Ale- powtarzam- żem prosty i niekształcony, mogę sięmylić, co cnotliwy Pan Michał raczy mi bezinteresownie wybaczyć, nawet bez mych przeprosin (nie przepraszam, żeby przebaczenie mogło bezinteresownym się stać).
Człowieku osobliwy, który odwieczne (a więc Tyś nie człowiek może, a bóg jakiś?) dylematy w sobie nosisz (a więc jednak nie bóg, boć przecież niemożliwe, żeby bogowie dylematów rozwiązania odwiecznie szukali), a z których ja nic nie rozumiem? Musiałbym znać te słowa, które pozostawił po sobie ten, o którym mówią, że mniemał, iż „Bóg umarł", a znam tylko to, co powiedział Ten, który autorytatywnie stwierdził, że „Nietzsche umarł". I nic w tym rozumieniu niemieckiego filozofa nie pomaga mi cytat, który podrzuciłeś mi w swych cnotliwym pragnieniu, żebym wysłuchał drugiej strony.
Ale żem ja człowiek prosty, a Ty mądryś, przeto ja może zapytam Ciebie, co to za nauka, którą mi proponujesz? Bo wygląda na to, że mój Mistrz nie umywa się do Twoich mistrzów i ich nauka cnotliwsza jest, niż Jezusa z Nazaretu! Nędzny mój żywot, w którym okazało się, że nie tylko do bezinteresownej miłości zdolny nie jestem, ale nawet na interesowną trudno jest mi się zdobyć. A że miłość bezinteresowna nie pozwala na proszenie o pomoc, tego już zrozumieć w swoim prostym mózgu nie umiem. Ale ja grzeszny jestem, Pan natomiast widzę, że nie tylko nie posiada tej przypadłości, ale nawet większe zdolności jeszcze posiada: widzę bowiem u Pana taką wszechmoc, że Pan i Boga stworzyć sobie potrafi; a jeżeli nie stworzyć, to przynajmniej uśmiercić Tego, który nie odpowiadałby Pana mniemaniom o tym, jaki On być powinien (ach, Bóg potrafi być niesforny).
I jeszcze te cnoty! Nie przypuszczam, żeby w Pana stwierdzeniach znalazło się jakieś przypadkowe stwierdzenie, wszystko- słusznie zakładam, prawda?- przemyślane musi być do końca. Dlatego pokornie proszę, ja, człowiek prosty, Ciebie, człeku szczególnego rozumu, o wytłumaczenie jak to jest z tymi cnotami, które ich posiadacze- tylko w przypadku chrześcijan, oczywiście- żądają „nagrody za cnotę"? Do tej pory z mych prostych obserwacji wynikało, że głód, który czuję, jeżeli go zaspokoję, mija, a przychodzi błogie zadowolenie, a kiedym zmęczony, usypiam i wstaję nagrodzony niezmęczeniem. Ale widać u Pana inaczej jest, i je Pan, i śpi, bez nagrody- to znaczy dalej chodzi Pan głodny i zmęczony. Pan to potrafi, prawda?
A kiedy wracam do Pana (nie, nie Pana, Panie Michale z Salonu24, ale do Pana Jezusa z Nazaretu), od którego odszedłem, otrzymuję nagrodę razem z tym powrotem. Bo wie Pan, z tymi cnotami u chrześcijan inaczej jest niż z tymi prawdziwymi cnotami, co to u Pana pewnie da się je i ich bezinteresowność zobaczyć. One są tylko i wyłącznie efektem ubocznym relacji z Jezusem, którą to relację mają z Nim Jego uczniowie. A że mają, wynika z tego, że po pierwsze Jego Słowa w nich działają (to nie dziwne, nawet uczeń Sokratesa, którego był Pan uprzejmy wspomnieć, miał z nim duchową relację poprzez jedność i kontynuację myśli), ale i On sam (bo, Pan wybaczy, wciąż wierzę, że syn luterańskiego pastora nie mylił się co prawda, że Bóg umarł, ale zapomniał (drogo to będzie go kosztowało, choćby i najcnotliwszym się okazał), że zmartwychwstał i żyje!
I wie Pan, co, Panie Michale drogi, którego gorąco pozdrawiam?! Słowa Pana Jezusa nie pozwalają żyć tak, jak żyło się do tej pory. Ten, kto Go usłyszał, czuje się pewnie podobnie, jak Alkibiades, o którym ewangelista Sokratesowej Nowiny, Platon, takie dał świadectwo, że wypowiedział on następującą pochwałę mądrości Sokratesa:
„Gdybyście nie myśleli, żem już całkiem pijany, to bym wam przysiągł na to, jak na mnie jego słowa działały i jeszcze dzisiaj działają. Bo kiedy go słucham, serce mi się tłuc zaczyna silniej niż Korybantom w tańcu i łzy mi się cisną do oczu, a widzę, że wielu innym tak samo. A przecież ja i Peryklesa słyszałem, i innych tęgich mówców, a nigdym czegoś takiego nie doznawał, choć uważałem, że dobrze mówili; nigdy mi się dusza nie szarpała i nie rwała tak, jak się niewolnik z kajdan rwie". (Platon, „Uczta", XXXII).
Czego i Tobie, któremu od Nietzscheańskiej mowy nic takiego się nie dzieje, życzę.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)