Czuję się jak pacjent dowcipu z brodą: „Przychodzi chłop do doktora: «Panie doktorze, wszyscy mnie ignorują!». A doktor: «Następny proszę...»”. Mnie też nikt nie traktuje poważnie, kiedy mówię, że jestem prześladowany. A jestem, bo wszyscy oni mnie na siłę usprawiedliwiają.
Wolę, kiedy to Bóg chodzi za mną i obserwuje moje zachowanie, niż kiedy robią to oni. Bo w przeciwieństwie do Boga oni nie przebaczają nigdy. Patrzą tylko, i- głowę daję- w ich umysłach otwierają się szufladki, do których mnie wkładają. Jak ja nie lubię tego dźwięku!: otworzyć, zamknąć, jeszcze raz otworzyć, bo to jednak nie ta szufladka, tamta dla mojego przypadku będzie znacznie bardziej odpowiednia, zamknąć tamtą, bardziej dla mnie odpowiednią, ale zamknąć już ze mną w środku.
Strasznie niewygodnie. I duszno tak, że nie można złapać powietrza. A gdybym tylko zdołał głowę wychylić stamtąd, już któryś z nich, co to na razie skrobie się серьёзно po brodzie długopisem, zaraz użyłby go do sporządzenia odpowiedniej notatki. A od notatki do szufladki niedaleko. Wyrok zapada bez prawa obrony. Długopis wymierzony w moją stronę. Oczy również.
Paraliżuje mnie ta świadomość, że oni są. Każdy mój ruch zapisany jest nie tylko w Księdze Życia (por. Ap 13,8), ale i w ich księgach. Każda reakcja ma swoją nazwę, każde zachowanie albo już zbadano, albo właśnie na mnie się bada. I obowiązkowo sporządza się notatkę, od której- czy ja to już mówiłem?- niedaleko do szufladki. Wystarczy tylko wysunąć propozycję odpowiedniej nazwy dla mojego działania i już można zasunąć szufladkę.
Podejmowane przeze mnie wysiłki niepodejmowania żadnej aktywności okazały się bezskuteczne, ponieważ i je również zakwalifikowano jako objawy chorobowe. A protest, który chciałem zorganizować we własnej obronie, został zduszony w zarodku, jako przejaw agresji wynikającej z takich a nie innych doświadczeń wyniesionych przeze mnie z rodziny pierwotnej. (A te doświadczenia są, a jakże).
To przejaw ich sprytu, który przejrzałem na wylot. Cokolwiek bym nie uczynił, okaże się, że z czegoś wynika. A skoro wynika, znaczy się, że nie jest zdrowym objawem. Jawię się im jako ten, który nie potrafi w sposób wolny reagować na otaczającą mnie rzeczywistość. Jestem niewolnikiem przeszłości- tym, który musi powtarzać wyuczone zachowanie. Nazwali to zaburzeniami obsesyjno-kompulsywnymi. (Brzmi groźnie, pewnie chcą mnie przestraszyć...).
Nie tylko, że obserwują mnie, i nie dość, że notują każdy mój nerwowy ruch, to jeszcze polują na te moje aktywności, które okazują się– według ich interpretacji- nie mieć nic wspólnego z uczynkami wynikającymi ze szlachetnych pobudek. Zadzwonię z pracy do Żony, a oni: widocznie każde rozstanie nadmiernie mnie niepokoi- znać z tego, że nasza małżeńska relacja choruje, a my jesteśmy uzależnieni od siebie (i do szufladki, zatytułowanej z angielska: love addiction). Nie wrócę po pracy do domu, żeby uczestniczyć w prowadzeniu kursu ALFA, którego koordynatorem z ramienia wspólnoty „Szekinah” jestem, a już szanowna trójca autorów książki „Miłość to wybór. O terapii współuzależnień” sugeruje mi pracoholizm. Zero „zmiłuj się”: cokolwiek bym nie zrobił, oni udowodnią, że to z niezdrowych pobudek; gdziekolwiek bym nie poszedł, oni już tam są.
W przeciwieństwie do Boga psychologowie nie przebaczają. Nie znają miłosierdzia, dlatego jedyne co mogą, to tłumaczyć moje grzechy. Dziękuję za takie usprawiedliwienie, które nie rozwiązuje mojego problemu. Wybieram usprawiedliwienie dokonane dzięki Chrystusowi, o którym pisał apostoł Piotr, że „w swoim ciele poniósł nasze grzechy na drzewo, abyśmy przestali być uczestnikami grzechów, a żyli dla sprawiedliwości” (1P 2,24).
Jan ujrzał: „...umarłych- wielkich i małych- stojących przed tronem, a otwarto księgi. I inną księgę otwarto, która jest księgą życia. I osądzono zmarłych z tego, co w księgach zapisano, według ich czynów.” (Ap 20,12). Wśród nich będą i ci, co to w swoich książkach nazywali moje choroby, a teraz odkryli, że i o nich samych sporo napisano, bo wszyscy, którzy za miecz chwytają, od miecza giną” (Mt 26,52). Jam usłyszał „płacz psychologów i zgrzytanie ich zębów” (por. Mt 22,13), na które nawet jeżeli istnieje jakaś terapia, to nie ma już na nią czasu, ponieważ: „Jeśli się ktoś nie znalazł zapisany w księdze życia, został wrzucony do jeziora ognia” (Ap 20,15).
I zobaczyłem siebie stojącego przed Nim, i usłyszałem, jak mówię: „Panie Jezu, wszyscy mnie usprawiedliwiają”. A On, drapiąc się po brodzie, серьёзно zażartował: „Następny proszę...”. I z szuflady wyciągnął Janowe objawienie, a głośno przeczytał, co w nim napisano: „Szaty białe przywdzieje zwycięzca, i z księgi życia imienia jego nie wymażę” (Ap 3,5).
Sławomir Zatwardnicki
PS. Treści zawarte w powyższym felietonie nie są prywatnymi poglądami autora i dlatego autor nie odpowiada za to, co napisał. Autor uchyla się tym bardziej od brania odpowiedzialności za prawidłowe odczytanie intencji felietonu, który został napisany tylko dla inteligentnych czytelników. SZ.
Tekst ukazał się w majowym „Biuletynie Miłośników Dobrej Książki" księgarni internetowej „Tolle et lege". „Biuletyn" można zaprenumerować darmowo pod adresem: http://www.biuletyn.tolle.pl/



Komentarze
Pokaż komentarze (4)