Codzienne pikanie budzika o godzinie, w której 130 lat temu umierało „małe nic", błogosławiona Maria od Jezusa Ukrzyżowanego, do którego to dźwięku nie można się przyzwyczaić, ale który przyzwyczaja do powtarzalności, a więc usypia.
Byłbym został uśpiony, a więc zwiedziony, ale jednak: tych dwóch młodych mężczyzn, którzy nie mieli prawa wstać tak wcześnie i stać w tym miejscu - ani to przystanek, ani sklep; a jeszcze i ten mężczyzna w czapce ze szpicem (jak jakiś krasnal) wymierzonym w niebo - czapce, która dziwnie wyglądałaby nawet zimą, a co dopiero latem.
I potem, już po tej przerwie na pracę, która usypia i w czasie której grozi realne chociaż niewidoczne niebezpieczeństwo zwiedzenia, kiedy dusza nuci herezję Turnaua-Zabłockiego: „lecz pamiętaj: naprawdę nie dzieje się nic i nie stanie się nic - aż do końca" (że też wszystkie herezje tak łatwo wpadają w ucho).
Tych kilkanaście minut w drodze do i z pracy, wystarczyło. Aby przypomnieć, że coś się dzieje.
Tym razem: na chodniku zielona gąsienica, którą ktoś nadepnął - wypłynęła z niej zielona maź o gęstości krwi mojego szwagra przed zawałem serca (dotykane butem wiło się to zielone ciało pod podeszwą), a kilka minut dalej - nie tyle widok tej znanej mi dziewczyny, która siedziała na schodach przed budynkiem, co to kiedyś był szkołą, a wcześniej klasztorem, a teraz stał pusty, ale raczej głos mężczyzny (stało ich dwóch - nie ci, których widziałem rano - jeden milczał (może się modlił?)) ładną angielszczyzną czytających Słowo Boże, z pełnym przekonaniem, nic dziwnego, że na ustach znajomej spacerował (bo nie błąkał się bez celu) uśmiech.
Ale mogło być to równie dobrze coś innego, równie surrealistycznego jak poranne pikanie budzika. Ważne, że Pan wyrwał mnie tym ze snu, a więc i z paszczy lwa.
Tak, najwyraźniej coś się działo. A ja omal nie zostałem zwiedziony powtarzalnością, która usypia.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)