Poznaję, to musiał być On. Bo kto inny mógłby zaaranżować takie spotkanie? Tylko Pan.
A wydawało się, że nasza przygoda z Jeziorem Żywieckim skończy się szybciej niż miała się zacząć. Bo kiedy tak chodziliśmy od domu do domu, już po tym, jak w gospodzie pensjonatu i przystani żeglarskiej nie znalazło się dla naszej trójki miejsce, a czuliśmy się pukając dzwonkami do drzwi i kątem oka zezując, czy dobry, ale tylko dla właścicieli, pies, na pewno nie poszczuje nas swoimi zębami, trochę jak akwizytorzy lub natrętni (czyt.: nastający w porę i nie w porę) ewangelizatorzy, i jak oni byliśmy odprawiani z niczym.
Porównanie - przyznaję, może i dalekie, ale w tej sytuacji uzasadnione, tym bardziej, że akurat rozpoczęliśmy sobie medytować Drugi Tydzień Ignacego Loyoli - nasuwało się nieuchronnie. Oto doświadczaliśmy jakiejś namiastki trudów poszukiwań noclegu Świętej Rodziny. Żywiec okazałby się równie nieprzyjazny jak Betlejem, a my podobnie naiwni jak Maryja i Józef w tym założeniu, że coś musi się przecież znaleźć dla zmęczonych podróżnych, szczególnie że jest z nimi jeszcze dziecko (nasze już w wózku, maryjne jeszcze w łonie - tak że nasz trud ledwo wytrzymuje to porównanie z trudem kobiety w dziewiątym miesiącu), gdyby nie pewna osoba, która wynajęła nam swój domek letniskowy.
Domek z zapleczem kuchennym, toaletą, sypialnią, pokojem gościnnym (tak można go nazwać po tym, jak wspólnie wypiliśmy w nim herbatę - ja zwykłą czarną posłodzoną „białą śmiercią", a ona i jej siostra w wierze, a razem z nimi i moja Żona (trzeba stać się Żydem dla Żydów, a zdrowo pijącym dla zdrowo pijących), jakąś nietrującą i z cukrem obowiązkowo trzcinowym) oraz tarasem z widokiem na jezioro oraz zachód słońca. Spodziewałem się, kim jest ta Pani - od tego momentu, kiedy zajrzałem do biblioteczki. Jeszcze łudziliśmy się z Żoną - cóż za niewiara w Pańskie plany co do naszego życia - że „Kościół Adwentystów Odpocznienia Sabatu" (KAOS), który firmował książki, to jakieś niefortunne tłumaczenie nazwy bardziej znanego przecież „Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego" (KADS).
A jednak okazało się - Pan jest łaskawy - że chodziło o ten właśnie odłam Adwentystów, o którego istnieniu do tej pory nawet nie słyszeliśmy. Zaproszone na rozmowę, miłe, choć w duchu raczej niechrystusowym podejrzliwe, chrześcijanki przyszły dnia siódmego, i pokuszone przeze mnie pozostawioną i otwartą Biblią, miały ułatwione zadanie skierowania rozmowy na duchowe tory. Myślę, że wszyscy pozostaliśmy pod wrażeniem naszego spotkania, a i w duchu Pan w czasie tej pogawędki czegoś dokonywał. (Zresztą, od początku pobytu w tym domu miałem wewnętrzne przekonanie, że Pan po prostu chciał naszego spotkania z właścicielką „domku ostatniej szansy" - już, już wracaliśmy na dworzec, już witaliśmy się z pociągiem...).
Teraz należy tylko wyrazić zgodę na Jego zamiary, co nie jest łatwe nie tylko dlatego, że łatwo zwodzi grzech, ale i pewne doktryny, szczególnie te przyjęte na bazie doktryn odrzuconych (cóż, tak okropnie pięknie i śmiertelnie poważnie mogą kłócić się tylko chrześcijanie; biedny Pan Jezus!).
Jakiś czas temu, w naszym „Przymierzu zaręczynowym" prosiliśmy - ja i moja Narzeczona, a obecna Żona - Pana o to, aby wykorzystał nas w służbie jedności chrześcijan. Żywiecką przygodę odczytujemy jako znak, że wysłuchał naszego pragnienia. I to w jaki sposób wysłuchał! Bo gdyby jeszcze zorganizował spotkanie z wierzącymi z KADS, moglibyśmy nie zauważyć w tym Jego palca, ale jak przejść obojętnie obok sióstr z Kościoła KAOS, który liczy sobie w Polsce może ze trzydziestu członków?
Tak, tylko Jezus mógł zaaranżować takie spotkanie. Bo któż inny mógłby mieć tak surrealistyczne poczucie humoru, jak nie Pan, który jest wolny od powagi grzechu, a na kościelne doktryny patrzy z właściwej perspektywy - z góry?



Komentarze
Pokaż komentarze (3)