O tej porze,
kiedy nie jest jeszcze aż tak gorąco, ale wchodzenie pod górkę już męczy, a może bardziej nuży - bo górka nie jest wysoka, ot, zwykłe wznoszenie się chodnika, tylko że na dłuższym odcinku
czasu, a wchodzący nie jest przecież na spacerze, ale podróżuje jak codziennie do pracy,
więc o tej porze, kiedy ciało jeszcze śpi, a ciepłe słońce już budzi ducha, zupełnie inaczej niż kawa, którą wypije to ciało później, i dzięki niej pewnie kolejny dzień się obudzi, ale zaćmienie ducha nie pozwoli się cieszyć,
ulice są jeszcze puste, także dlatego, że przeciąg wiejącego jak chce wiatru morskiego wywiał mieszkańców kilkaset kilometrów na północ od tego miejsca,
dopiero za kilkadziesiąt minut powrócą ci, co nie wyjechali, a kilka dni po nich opaleni pracoholicy znów przyjadą, aby dłużej się nie męczyć,
o tej sennej, ale radosnej porze, która jest z jednej strony jak oczekiwanie nieznanego, a z drugiej jak wzięcie na barki znanego, przy czym znane jest oczywiste i konkretne, a także mętne, a nieznane świeci nadzieją, ale pozostaje tajemnicze,
o tej porze roku, kiedy cienie się wydłużają, a światłocień staje się coraz wyraźniejszy, i o tej porze dnia, kiedy duch wyczuwa każdy światłocień, bo mętne chmury świata nie przysłoniły jeszcze przedziwnego światła, a cienie trosk położyły się u podnóżka duszy,
ufam, że okaże się Panem nie tylko wieczności, ale także mojego tu i teraz, tej pory dnia, w której jestem jak Dobry Łotr, ale nawrócony jeszcze przed: „dziś ze Mną będziesz w raju" - stąd nadzieja, że dziś będę z Nim.



Komentarze
Pokaż komentarze