Dnia 31 października Roku Pańskiego 2008, miesiąc przed swoimi siedemdziesiątymi urodzinami, jeszcze zanim napisze swój testament („został mi tylko testament do napisania”), ostatnią wolę swą w pełni władz umysłowych, acz nieświadomie przecież, wyraził był na łamach „Dziennika” prof. Zbigniew Religa, persona której nikomu przedstawiać nie tylko że nie trzeba, ale nawet i nie wypada – w wywiadzie zatytułowanym: „Muszę tylko napisać testament”.
Pociągnięty za język przez dwie wywiadobiorczynie płci żeńskiej, od serca i po prostu podzielił się z czytelnikami – najpierw papierowego, a potem wirtualnego „Dziennika”, a jeszcze potem jeżeli nie całego internetowego świata, to przynajmniej Wirtualnej Polski, która wywiad ów skróciła, ułatwiając komentatorom spolaryzowane tegoż oceny, i zmieniła tytuł na bardziej korespondujący z przypadającym dzień później świętem tych, którzy żyją już na zawsze z Bogiem – swoimi przekonaniami czy może raczej brakiem takowych: „Utwierdzam się w przekonaniu, że Boga nie ma”.
Przypadek czy świadome zagranie wydawcy, że akurat ten dzień został wybrany na publikację wyznania niewiary w życie pozagrobowe? W każdym razie profesor zdaje się nie rozumieć roli „głupca” (tak w języku biblijnym – por. Ps 14,1a: „Mówi głupi w swoim sercu: «Nie ma Boga»” ze słowami prof. Religi: „Obserwacja życia i doświadczenie lekarskie utwierdzają mnie, że Boga nie ma”) czy też „pożytecznego idioty” (tak w języku wiecznie żywego Lenina), którą odgrywa. Przepraszam czytelników za to sformułowanie, ale czyż nie najdoskonalej wyraża ono ten ewangeliczny paradoks, że i profesor może być głupcem, a prostaczek mędrcem? Przepraszam i Pana profesora Religę, jeżeli miałby poczuć się dotknięty; wydaje mi się jednak, że tylko tak mocny elektrowstrząs może jeszcze pomóc temu, co Biblia nazywa „sercem” Religi.
A gra toczy się na scenie teatru złych duchów, których bardzo zabawne święto obchodzi się tej nocy, co nadciągnie po publikacji wywiadu. Teatr nazywa się Halloween, a wywodzi się z pogańskiego święta Samhain, tylko że w przeciwieństwie do tamtego święta, od którego się ono wywodzi, dziś nie ludzie starają się, żeby duchy się nimi nie interesowały, a bardzo zabawne duchy chowają się przed ludźmi (nabijają ich w dynię po prostu). W ten świat duchów profesorskie wnętrze nie jest w stanie uwierzyć, ale też nie jest w stanie sprawić, żeby go nie było. Tak więc nieświadomy niczego Profesor staje na scenie…
Pewnie nie tylko z powodu trudnej sytuacji zdrowotnej profesora nie będzie uczestniczył on w halloweenowych zabawach, odda się za to nieszkodliwej zabawie w zapalanie zniczy trupom rozkładającym się w ziemi: „Jutro jadę do Siedlec na groby rodziny mojej żony”. Pozwoliłem sobie tak turpistycznie napisać, bom ośmielony profesorską wiedzą co do tego, co stanie się po jego śmierci: „wiem, gdzie będę. W ziemi”. Nie podejrzewam, żeby mógł on pogodzić swoje nieżycie pośmiertne z życiem tych umarłych, którzy wierzą, że jednak coś po śmierci jest. Nie ma tu cienia wątpliwości, ani nawet przekornej sokratejskiej skromności: „wiem, ze nic nie wiem”, jest za to „wiem, że nic nie będzie” po śmierci. Taka wiedza ułatwia życie – gorsza jest sytuacja wierzących, „bo oni nie wiedzą, co będzie z nimi po śmierci”.
Ale, ale – dosyć tych żartów, bo czytelnik pomyśli sobie, że naprawdę mi do śmiechu po przeczytaniu wywiadu. Prawda jednak jest taka, że wywiad ów wstrząsnął mną tak bardzo, że podświadomie uciekam od stanięcia w jego nagiej prawdzie. To znany w psychologii efekt zwany syndromem wyparcia, który ujawnił się także w wynurzeniach prof. Religi. Panie Profesorze, czy nie ma Pan naprawdę jakiegoś lekarza-przyjaciela-psychologa, który odważyłby się powiedzieć Panu wprost (jeszcze wyraźniej niż panie z „Dziennika”?), że ucieka Pan przed pustką tak bardzo, iż nawet nie jest już Pan w stanie bać się zbliżającej się śmierci? („A boi się pan czegoś? Nie.”). „Ja oddzielam chorobę ode mnie. Ja idę swoją drogą, ona swoją.”; „Moja żona jest lekarzem, ja jestem lekarzem, zdajemy sobie sprawę z tego, czym jest nowotwór. Nie ma o czym mówić.”; „Ale bez udawania przed samym sobą: ile pan sobie daje czasu? Nie muszę udawać. Ja naprawdę nie wiem”; „Wie pan, że na sejmowych korytarzach mówi się, że pan już powoli żegna się z życiem? Ci, co tak mówią, mówią bzdury. To dla mnie zaskoczenie.”
Albo to: „Moje przemyślenia są proste: nie ma człowieka, który by nie umarł. Łącznie z papieżem. Skoro jest to nieodwołalne i nieodwracalne, to nie ma się czego bać. Każdy musi umrzeć, panie też. Dla mnie śmierć jest niczym, śmierć jest snem”. Otóż nie! Śmierć nie jest snem. Albo inaczej: wydaje się takowym tylko dla tych, którzy śnią na jawie, tak jak Pan. Chciałbym, żeby Pan obudził się z tej śpiączki. „Tłumaczę to sobie jeszcze tak: miałem ukochane miejsce w świecie - Wyspy Zielonego Przylądka. Ukochane było dawno temu, kiedy nie było tam tych wszystkich hoteli, tłumu turystów, hucznych imprez, a ja mogłem łowić ryby. Ale mnie na tych Wyspach nie ma. Nie żyję tam, nie żyję i już. To samo dotyczy innych miejsc na świecie. I naturalną koleją rzeczy kiedyś nie będzie mnie też tu”. Ale jednak jest Pan, nie na Wyspach, ale gdzieś jest. Tamtego Zbyszka już nie ma, jest Zbigniew. Ale to wciąż Pan. Czy nie naturalniej byłoby założyć, że nie będzie żył Pan tu, ale Tam – owszem?
Od Pana wiary lub niewiary zależy Tamto wszystko. Nie rozumiem tej beztroski, którą Pan ujawnia, kiedy – prawie da się wyczytać w tym nie tylko samousprawiedliwienie, ale i dumę – mówi Pan o sprawach najwyższej wagi: „Ja pochodzę z rodziny katolickiej. Był taki okres w moim dzieciństwie, kiedy wierzyłem w Boga. Potem zacząłem się nad tym wszystkim zastanawiać i z tego zastanowienia wynikło, że nie wierzę w to wszystko. Ale muszę jasno powiedzieć: ja nie jestem wojującym ateistą. Wydaje mi się, że jestem przykładem osoby tolerancyjnej. Moje dzieci były wychowane tak, jak same chciały. Jeśli chciały chodzić na religię, to mogły. Nigdy im nie zabraniałem. Zresztą nigdy na ten temat nie rozmawiałem z nimi, dawałem im pełne prawo wyboru”.
Panie Profesorze Zbigniewie Religo, Pan jest śmiertelnie chory duchowo! I jeszcze zaraził Pan swoją chorobą własne dzieci – otóż to nierozmawianie z dziećmi (które uznaje Pan za tolerancję) na najważniejszy temat, jaki tylko istnieje – problem (problem w sensie filozoficznym, podejmowanym od początku filozofii) Boga – jest największą krzywdą, jaką im Pan wyrządził! Skoro „za nieszczerość, niepowiedzenie Panu prawdy o Pana stanie, miałby Pan śmiertelną pretensję” do lekarzy, wybaczy Pan moją do bólu szczerość.
I jeszcze to – czy wie Pan, jak brzmi pierwsze przykazanie dekalogu, o którym Pan mówi: „ma kilka tysięcy lat, przyjęła [go] znaczna część ludzi na świecie, w tym również ja. Ale to nie ma nic wspólnego z wiarą. Nie trzeba być wierzącym, by przestrzegać dekalogu”? Brzmi ono: „Nie będziesz miał cudzych bogów obok Mnie!”, i ma się bardzo nijak do wyznania, które Pan poczynił: „Jestem ateistą coraz bardziej”. Grubymi nićmi szyta nielogiczność, a Pan w beztroskim samozadowoleniu pisze, że nie jest Pan wojującym ateistą! Nie bierze Pan jednak udziału w ideologicznej wojnie z tego prostego powodu, że jest Panu wszystko to obojętne. Nie pojmuję, jak o sprawach śmiertelnie (życiowo) ważnych może mówić Pan tak obojętnie, jakby strzepywał jakiś paproch z zakurzonej marynarki! (A razem z nim całe wieki filozoficznych pytań i teologicznych uzasadnień Objawienia Bożego, którego prawdziwością w ogóle się Pan zdaje nie interesować).
Nawet na pytanie, które mogłoby Pana zaintrygować, bo wpisuje się w Pana życiowe zainteresowania, ma Pan proste wyjaśnienie; „Nie widział pan cudu medycznego? Jeżeli nawet widziałem rzeczy, których nie potrafię wytłumaczyć, to nie wierzę, by stała za nimi siła wyższa. Przyjmuję po prostu, że brak wytłumaczenia musi wynikać z mojej niepełnej wiedzy”. A przecież można poszukać, aby znaleźć, pokołatać, a otworzyłyby się drzwi zrozumienia; nawet, jeżeli cudowne uzdrowienia nie są nadprzyrodzonym zanegowaniem praw natury, mogą być – jak chciałby francuski filozof i teolog Tresmontant – przywróceniem zakłóconego porządku natury; Stwórca rzeczywistości kształtuje ją wtedy na nowo, nie łamiąc jej niezmiennych praw (por. Claude Tresmontant, „NAUCZANIE RABBIEGO JESHUY”, Wydawnictwo AA – Fronda, Kraków – Warszawa 2008). Panu jednak łatwiej jest a priori założyć niewiedzę niż ingerencję Boga, ale i to nawet – jakoś tak „bez jaj” Pan wypowiada.
I myli się Pan jeszcze i w tym: „Jestem coraz bardziej niewierzący, ale to jest prywatna sprawa. Nigdy tego nie manifestowałem na zewnątrz”. Otóż właśnie Pan zamanifestował! Nie spodziewał się lekarz o imieniu Łukasz, kiedy pisał w swojej Ewangelii: „Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie wyszło na jaw, ani nic tajemnego, co by się nie stało wiadome. Dlatego wszystko, co powiedzieliście w mroku, w świetle będzie słyszane, a coście w izbie szeptali do ucha, głosić będą na dachach” (por. Łk 12,2-3), że tym dachem będzie internet, bo nie mógł się spodziewać. Ale dziś nie ma już nic ukrytego, nie ma co temu faktowi zaprzeczać; na naszych oczach wypełnia się słowo Jezusa. Miał Pan pokojowe zamiary, a wziął Pan udział w wojnie, o której istnieniu nie ma Pan pojęcia. Dlatego niech Pan pozwoli, ze i mój tekst zostanie ogłoszony na tym samym dachu; choć głos mój znacznie cichszy będzie niż Pański, jest to jakieś wejście na pole bitwy, póki walka, również o Pana, jeszcze trwa. Polecam Pana miłosierdziu Bożemu.
Pod tekstem wywiadu, który wisiał na WP, pojawił się komentarz: „Chętnie zapłacę (do 100 zł) jeśli ktoś mnie przekona że bóg jest”. Wydaje się on być niezłym podsumowaniem całego wywiadu. Próby uzyskania odpowiedzi na pytanie o istnienie czy nieistnienie Boga, o życie po śmierci lub brak takiego życia, nie są warte wiele – fajnie, żeby poznać taką odpowiedź, ale bez większego wysiłku (tak się jednak nie da); a jeżeli się nie pozna, nic się nie dzieje strasznego.
Sławomir Zatwardnicki



Komentarze
Pokaż komentarze (3)