Sławomir Zatwardnicki Sławomir Zatwardnicki
70
BLOG

Jezus obywatelem Ukrainy

Sławomir Zatwardnicki Sławomir Zatwardnicki Kultura Obserwuj notkę 1

W okresie Narodzenia Pańskiego, kiedy świętujemy fakt, że „Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas” (J 1,14), warto jak najbardziej dosłownie przyjąć fakt wcielenia Boga i przejąć się nim do głębi. Syn Boży zdecydował się ogołocić i stał się jednym z nas – nie wolno tej tajemnicy rozważać tylko abstrakcyjnie, trzeba jej doświadczyć. Dla mnie w zrozumieniu tego, czym jest kenoza Boga, pomocne okazało się doświadczenie spotkania z pewnym ukraińskim miasteczkiem, jego mieszkańcami i jego Panem.

Byłem tam – najpierw fizycznie, a potem w duchu, w czasie modlitwy – po pierwsze jako Polak, który (przyznaję się do grzechu) mocą samego stereotypu patrzy na Ukraińców z góry, po drugie jako ten, który przyzwyczaił się już do pewnego komfortu i nie wyobraża sobie życia, w którym ciepła woda płynie z kranów tylko trzy razy na tydzień, a po trzecie jako obywatel kraju, w którym ludzie jednak i wciąż jeszcze są – mniej lub bardziej – zainteresowani sprawami ducha (zarówno jeżeli chodzi o kulturę, jak i religię). A także jako ten, który dumnie wiezie ze sobą Jezusa tam, gdzie okazało się, że On przybył wcześniej.

Patrzyłem w duchu na ulice tego miasta, i na ten centralny plac, który dziś stoi pusty, ale wciąż jeszcze spogląda znad niego z wysokiego pomnika zapatrzony w siną dal, a przecież jakże ślepy, Lenin. I na ten tłum ludzi różnych, obojga płci i różnego wieku; kolorowe chustki starszych pań i wysiadających ze starych samochodów złotozębych mężczyzn w sile wieku. A wszyscy oni poruszający się po asfaltowej i pomarszczonej jak rewolucyjna flaga powierzchni ni to szybko (spieszą się), ni to wolno (miasto nie jest zbyt duże, więc i pośpiech nienajwiększy) – coś tam załatwiają, a przy tym sprawiają wrażenie, jakby niczego ponad to coś do załatwienia nie potrzebowali, niczym się nie interesowali, a już tym bardziej nie przeżywali jakiejś egzystencjalnej czy duchowej pustki. (Jak się okazało, nawet „letni prawosławni” różnią się od „niedzielnych katolików” – ci ostatni chodzą do kościoła co niedzielę, a tamci raz do roku).

I w to wszystko wkracza Syn Boży. Zaprawdę, Jezus rodzi się właśnie na Ukrainie; to wstrząsające. Bo do tej myśli, że Bóg stał się człowiekiem, już się przyzwyczaiłem. Ale dlaczego miałby się narodzić nie pośród nas, porządnych Polaków, a własnie na Ukrainie? Wśród tych niczego nie pragnących, a Jego wcale nie oczekujących, ludzi? Tak więc myśl o tym, że ja, przyzwyczajony do takiego a nie innego życia, które mam w Polsce, miałbym z niego zrezygnować i zamieszkać aż do śmierci w tym miasteczku, i może jeszcze narazić moją ukraińską Żonę na poród w ukraińskim szpitalu, rezygnując tym samym z nie niebiańskiej, ale pewnie o niebo lepszej, polskiej opieki medycznej – dopiero ta myśl objawiła mi, czym musi być, przewyższające przecież taką sytuację, zdarzenie opuszczenia nieba przez Syna Bożego i Jego urodzenie się na ziemi, tej ziemi. Decyzja na całe życie; nieodwołalna.

Nie pojmuję, jak wielka musi być miłość Pana, że zdecydował się na takie szaleństwo, aby zamieszkać na Ukrainie. A jednak jest tam, modliłem się przed Nim w kaplicy Braci Mniejszych Kapucynów, w budynku znajdującym się nieco wyżej niż pomnik komunistycznego przywódcy, który nie zmartwychwstał, ale którego plecy pewnie widać z okien klasztoru, kiedy drzewa tracą na zimę liście.

 

Pokochał ludzi, tych ludzi, i dlatego zamieszkał między nimi. Wcielenie to zwycięstwo Miłości.

 

Sławomir Zatwardnicki

Tekst ukazał się w ostatnim numerze "Biblioteki kaznodziejskiej"

Teolog, publicysta, autor wielu artykułów oraz dwudziestu książek; ostatnio wydał: Maryja. Dlaczego nie?

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Kultura