Ile razy, po wyjściu z kościoła, zdarzyło mi się kiwać z dezaprobatą głową na samo wspomnienie usłyszanego słowa kaznodziei, wie tylko Słowo i moja Żona. Ile razy zgrzytałem zębami podczas kazania – zły nie tylko na nudnego głoszącego, który marnuje cenny czas i życie duchowe wiernych, ale i na samego siebie, że z powodu szukania chwały ludzkiej („co inni pomyślą?”) nie wziąłem ze sobą Pisma lub innej duchowej strawy, którą mógłbym w czasie kazania z pożytkiem się posilić – jeden Bóg wie.
Nierzadko miewałem do usłyszanego słowa 95 niewypowiedzianych zarzutów, które trwały sobie przybite w mojej wewnętrznej świątyni. A jednak teraz, poproszony o „odważną, krytyczną wypowiedź, płynącą z autentycznej troski o dobro Kościoła”[1], nie potrafię podpisać się pod żadnym z nich. Jest w tym pewnie mechanizm znany psychologii – dopóki nie byłem dopuszczony do głosu, rosła we mnie niewyrażona złość, a teraz, kiedy mogę mój gniew publicznie odsłonić, okazuje się on jakiś taki malutki, a sytuacja kaznodziejstwa w odwiedzanych przeze mnie miejscach całkiem w porządku... Nie ma więc sprawy, zamiast troskliwej krytyki – odważnie będę chwalił.
A teraz poważnie. Wszystko, co napiszę, proszę potraktować jako opis moich doświadczeń – bo przecież osoba nie obdarzona darem bilokacji wypowiadając się na temat powszechnego stanu kaznodziejstwa popełniłaby błąd ekstrapolacji. Muszę w tym miejscu również wyjaśnić, że jestem nie tylko słuchaczem głoszonego słowa, ale i sam pełnię posługę nauczyciela we wspólnocie i głoszącego w czasie kursów ewangelizacyjnych czy też formacyjnych – co w oczywisty sposób wyostrza mój słuch. Ponieważ Pan (wierzę, że to On) mocno uwrażliwił mnie na ewangelizację, słyszane słowo oceniam pod kątem jego potencjalnego odbioru przez tych będących albo całkiem z dala od Boga (są tacy także w kościele, niektórzy nawet co niedziela), albo dopiero rozpoczynających przygodę z Nim, albo tych, którym wydaje się, że żyją wiarą, a tak naprawdę rozdmuchują tylko balon pobożności. Jeżeli da się wyczytać z mojego tekstu troskę właśnie o przekazanie istoty wiary – niech to będzie moim wkładem w ocenę kazań.
Mógłbym pójść na łatwiznę, i odpowiadając na pytanie o moją ocenę kondycji polskiego kaznodziejstwa wziąć do ręki reklamowaną na internetowej stronie „Biblioteki Kaznodziejskiej” książkę „Sztuka głoszenia kazań”[2] ks. Panusia, przekartkować te rozdziały niestrawne nie tylko dla przeciętnego słuchacza, ale i dla większości kaznodziei, a wskazać palcem te miejsca, które stanowić mają miarę dobrego i skutecznego przepowiadania, ale które – już przyłożone do praktyki kazalniczej – staną się, chcąc nie chcąc, miarą jej negatywnej oceny. Ot, załóżmy, że palec wzroku spoczął na rozdziale: „O bardziej skuteczne kaznodziejstwo”, i przesunął się po kolejnych punktach rozdziału: „Wydać walkę nudzie”, „Wnikliwie przeczytać i zrozumieć tekst biblijnych perykop”, „Wydobyć »cząstkę ziemi nieznanej«”, „Waga pierwszego zdania”, „Nie zasłaniać sobą Jezusa”, „Pożądać wzgórz wiekuistych”. Te pobożne i jak najbardziej słuszne życzenia przykładam teraz do praktyki, z którą mam do czynienia.
Pierwsze zdanie zwykle zaczyna się od czułego „kochani”, „najmilsi”, „moi drodzy” itp., ale co z tego, jak po pierwsze mężczyźni nie przepadają za takimi wyznaniami, a po drugie – co to za „kochani” wierni, których głoszący wcale nie zna (Czytelnicy już się domyślają, że parafia moja jest parafią miejską)? Zwykle już po kilku zdaniach staje się oczywiste, że to nie głoszący wydaje walkę nudzie, ale słuchacz musi walczyć, aby nie zasnąć. (Mnie jest trudno, także z tego względu, że w czasie kazania zachodzę w głowę, jak nieciekawie można przedstawić najbardziej fascynującą przygodę – życie z Jezusem; ale, jak zauważyłem, spora część ludzi traktuje ten czas – nie tylko ze swojej winy, ale i z wyuczonego poprzednimi kazaniami przyzwyczajenia – jako pewnego rodzaju „półdrzemkę”).
Zausłyszałem co prawda, że kaznodzieje częściej niż kiedyś sięgają po Biblię, i rzeczywiście starają się oprzeć kazanie na czytaniach liturgicznych, niestety rzadko kiedy tekst, który cytują, wcześniej sami przetrawili. Wydaje mi się, że karmienie innych Słowem, którego głoszący nie odczytał najpierw w świetle Ducha Świętego, tak żeby miało wpływ na jego „tu i teraz”, a tylko wyczytał jakąś ogólną i zawsze poprawną, komentarzowo-biblijną interpretację, działa jak szczepionka przeciw żywemu Słowu – uodparnia słuchaczy na to, że Bóg „dziś” mówi przez swoje słowo, które zostało zapisane „wczoraj”.
Nie jest sprawą formy kazania fakt, że serca słuchaczy tak rzadko „pałają” (por. Łk 24,32: „Czy serce niepałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?”). Nie tylko brakuje w tych kazaniach, których słucham, zachowania hierarchii prawd wiary (zasada pondus et ordo), ale nawet – o zgrozo – żywego (czyt.: działającego hic et nunc) Jezusa. Piszę to z drżeniem, ale i pełną świadomością – nieobecność Pana (w najlepszym razie „niechrystocentryzm”) w kazaniu wynika wprost z faktu takiego a nie innego życia wewnętrznego głoszącego – jeżeli nie ma on bliskiej relacji z Panem, to jak miałby o Nim mówić lub Go nie zasłaniać samym sobą? Proszę nie czytać w tym oskarżenia, wszak kaznodzieja – parafrazując biblijnego autora – jest „z ludzi brany i dla ludzi ustanawiany” (por. Hbr 5,1), dlatego nie stanowi wśród nich wyjątku; jeżeli koniecznie czytać w moich słowach osąd, to bardziej dotyczy on powszechnego poziomu wiary w Kościele. Ale najlepiej wyczytać w tym, co piszę, okrzyk: „Chrystus nie jest głoszony!”. (Szczytem, za który mam nadzieję ktoś odpowie kiedyś przed Panem, jest niewykorzystanie drugiego dnia świąt Wielkanocnych, a więc czasu, kiedy niektórzy do kościoła przyszli zupełnie wyjątkowo – niestety, zamiast pierwszego przepowiadania słyszą wtedy... list Jego Magnificencji Rektora KUL-u).
Bardzo często homilia staje się wykładem moralizującym – dzieje się tak wtedy, kiedy kaznodzieja, zamiast wyjść od Słowa Bożego i tego, co Pan uczynił dla człowieka, a przez to dać szansę na spontaniczną tegoż odpowiedź (przy dyskretnej pomocy – a jakże! – Ducha Świętego), sam o własnych siłach próbuje wymusić na słuchaczu, aby ten coś czynił pierwszy dla Boga. Albo inna sytuacja: zamiast prowadzić do rzeczywistości nadprzyrodzonej środkami Bożymi, głoszący próbuje budować na ludzkich uczuciach; dla przykładu: „Zobacz, jaki Pan Jezus jest samotny w tym białym opłatku, czy nie przyjdziesz Go odwiedzić?” (inne exempla niech przypomną sobie sami Czytelnicy). W wielu kazaniach, które słyszałem, ale z których nic nie zapamiętałem, dominowała wielowątkowość, tak jakby głoszący musiał w jednym przepowiadaniu zawrzeć wszystkie prawdy chrześcijańskie (może starał się tak żyć, jakby za chwilę miała nastąpić paruzja (swoją drogą, temat nieobecny zupełnie w kaznodziejstwie)?).
Po takich kazaniach nie może rodzić się wiara, bo ta „...rodzi się z tego, co się słyszy, tym zaś, co się słyszy, jest słowo Chrystusa” (por. Rz 10,17). Ale nawet gdyby jakimś cudem miała się począć w takich ubogich warunkach (bez udziału głoszącego mężczyzny – por. Łk 1,35: „Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym”), i tak nie zdążyłaby się urodzić, ponieważ od razu po homilii „lecą”: „Credo” i prośby; nie ma nawet chwili na ciszę i przemyślenie słowa (swoisty rodzaj aborcji).
Niżej podpisany jakoś sobie radzi: kiedy czuje głód słowa mocno opartego na Biblii – jedzie na protestancką konferencję; kiedy potrzebuje budującej lektury – korzysta z bogatej oferty internetowych księgarni; w celu pogłębienia zrozumienia życia duchowego – sięgnąć może do Doktorów Kościoła. Ale co z innymi? Przecież – przytomnie zauważa kierownik Katedry Homiletyki – „dla ogromnej większości katolików polskich niedzielna homilia czy kazanie jest nadal podstawowym źródłem wiedzy religijnej i inspiracją do życia prawdziwie chrześcijańskiego”[3]. Nic dziwnego, że słuchacze trwają w różnego rodzaju pobożnościach bez mocy (por. 2Tm 3,5), z których nie ma ich kto wyprowadzić ku żywej wierze, a w konsekwencji ich życie dzieli się na sacrum (kościelne nabożeństwa) i profanum (aktywności pozakościelne) i niewiele się różni od życia pogan.
Szczególnym rodzajem utrwalania pobożności ludowej nie opartej ani na Piśmie Świętym, ani na Magisterium Kościoła, pobożności nie mającej nic wspólnego z teologią, są kazania maryjne. To temat na osobny artykuł, dlatego sygnalizuję tylko problem, który – by użyć języka „niedzielnych katolików” – „woła o pomstę do nieba”! Kaznodzieje nie wychowują wiernych do prawdziwej pobożności maryjnej, ale zostawiają ich w niebezpieczeństwie herezji kultu Maryi wyłączonego z kultu Chrystusa. Nie wiem, czy prawdziwa jest anegdota, która mówi o przeprowadzonym wśród katolików badaniu na temat ich wiedzy dotyczącej Trójcy Świętej, którego wyniki pokazały, że dla niektórych Trójca to: Ojciec, Syn i Maryja; nawet jeżeli są to wyniki zmyślone, to na pewno jest to – pozwalam sobie użyć kultowego sformułowania Marka Hłaski z „Pięknych dwudziestoletnich” – „zmyślenie prawdziwe”. Kto za taką sytuację odpowiada, „moi drodzy” kaznodzieje?
Słyszałem, a i sam wypowiadałem takie opinie, że warto pójść na Mszę dla dzieci, bo przynajmniej kazanie będzie zrozumiałe, a tym samym ma szansę dotrzeć do serc słuchaczy i ich przemienić. Zdarzyło mi się spotkać księdza z autentycznym darem przemawiania do dzieci, który zarówno w kazaniu, jak i poza nim, na tyle, na ile pozwalają ramy liturgiczne, mówił interesująco i przekonująco; słyszałem kaznodziejów, którzy nie byli tak obdarowani, ale wkładali serce i pracę w rozmowę z dziećmi, i całkiem nieźle im to wychodziło; częściej jednak dane mi było wstydzić się za tych, którzy słownictwem teologicznym próbowali karmić otwarte ze zdziwienia czy znudzenia, niewiele rozumiejące pyszczki dzieci, albo zamiast pokazać im sedno chrześcijaństwa, skupiali ich naturalnie w tym wieku rozkojarzoną uwagę na rzeczach drugorzędnych. (My tu gadu-gadu o dzieciach, a tymczasem w Kościele coraz mniej młodzieży... ale to znów temat na osobny artykuł).
Znacznie łatwiej pisać o niedostatkach słowa dochodzącego zza ambony – to wynik moich doświadczeń, a też pewnie w jakimś stopniu naturalna po grzechu pierworodnym skłonność do narzekania. Sprostawszy zapotrzebowaniu na „odważną, krytyczną wypowiedź”, chciałbym na koniec do beczki dziegciu dolać choć łyżkę miodu. Otóż w swoim życiu słuchałem również dobrych kazań, które karmiły moją duszę; słyszałem takie, o których z pewnością można powiedzieć, że oparte były na życiu wewnętrznym kaznodziei. (Tak się składa, że w większości przypadków było to na Ukrainie (chociaż głoszącymi byli polscy księża), gdzie – jak zauważyłem – nawet w dni powszednie nie rezygnuje się tak łatwo jak u nas z kazań). A jeden z przepowiadających słowo – nic to, że słyszę go kilka razy w roku – wywiera tak silny wpływ na moje życie wewnętrzne, że myślę iż skutek tego będzie długotrwały – nie przesadzę chyba, jeżeli napiszę: sięgający aż po życie wieczne.
Sławomir Zatwardnicki
Tekst ukazał się w bieżącym wydaniu "Biblioteki kaznodziejskiej", w dziale "Forum homiletyczne".



Komentarze
Pokaż komentarze (3)