Z tego, co zauważyłem, przychodził tu codziennie. Zawsze siadywał dokładnie w środku ostatniej ławki, co z jednej strony dawało mu ten przywilej, że był dokładnie na wprost, a z drugiej – pozwalało mu nie tyle słyszeć, co przyjmować w sposób nieuświadomiony to wezwanie Gospodarza tego miejsca, żeby przesiadł się wyżej, co też zdawał się czynić – nie ruszając się z ostatniej ławki i nie nazywając tego w ten sposób, ani nawet nie uśmiechając się, a tylko potakując delikatnie siwą głową w stronę złotego blasku. Ten, kto zakosztował choć trochę życia wewnętrznego, oczyma ducha jest w stanie rozpoznać takich od razu. Wyglądają dokładnie tak samo jak ci mężczyźni chodzący po ulicach, a jednak ich spojrzenie, z pozoru nieufne, jakby trochę uciekające, jeżeli trafia na wzrok kogoś, kto nie da się zbyć tą pozorną ucieczką, przeszywa go do głębi łagodnym spojrzeniem, właściwym wyłącznie osobom, które prowadzą głębokie i owocne życie duchowe.
Nieczęsto spotkasz tutaj mężczyzn. Co innego kobiety – te lubią takie przesiadywanie przed Panem, chociaż do końca nigdy nie wiesz, czy wynika ono z ich kobiecej psychiki nastawionej na relacje wszelkiego rodzaju, w tym i te pobożne, czy też jest zewnętrznym wyrazem rzeczywistości wiary, która motywuje je do opuszczania męża, aby pobyć tu z innym Mężczyzną. (Być może – jeden Bóg to wie – takie pytania nie są na miejscu, bo sfery psychiczna i religijna tworzą u kobiet całość nie do podzielenia, a może nawet nie do zrozumienia?). U mężczyzn nic nie jest proste. To dlatego prawie ich tu nie ma. Owszem są tacy, których z trudem odróżnić można od kobiet – wąskie plecy i to specyficzne cmokanie przy przesuwaniu drewnianych koralików w ręku, a także twarz jak u świętych z obrazków, przypominająca żeńskie lub anielskie oblicze; ale innych nie znajdziesz w tej zimnej kaplicy. Tym bardziej więc nie można nie patrzeć na takich jak ten, na którego twarzy rysuje się jeszcze wspomnienie dawnej męskiej zadziorności, za którą wiele kobiet mogło pójść w ogień (poszło?); dziś trudno już dostrzec ten dawny błysk, gaszony powolną utratą przystojnej kiedyś formy, w której ciało zdaje się już nie mieścić, jakby wychodziło na spotkanie nadchodzącej śmierci...
On nie przywiązuje wagi do ubioru. Jest w tym typowo męski, i kiedy siada naprzeciwko Pana – a Ten coś szepcze do niego tajemniczo – nie zawsze nawet podnosi głowę, żeby spojrzeć na wprost siebie, a kiedy to robi – a patrzy wtedy trochę spode łba, jakby naburmuszony, ale nawet to czyni w ten łagodny sposób, unosząc do góry krzaczaste rudopłowe brwi – nie potrafiłby nic powiedzieć o złotych szatach, w które ubrali Jezusa (wypadało przecież w tym katedralnym i uświęconym tradycją miejscu). Sam przebywa tu w ubogiej kurtce, rozpiętej czy raczej rozchełstanej, która może stanowić symbol jego wnętrzności wystawionych na pokaz, a przecież bez zbędnej ekstrawagancji; znak tej otwartości, która nie przychodzi mężczyźnie łatwo, a jeżeli już się pojawia, to niepostrzeżenie dla niego samego i tylko w stosunku do prawdziwych przyjaciół.
Dziś po raz pierwszy od wielu już lat musiał usiąść gdzieś indziej. Jego miejsce okazało się być zajęte, i gdyby jeszcze siedziała tam jedna z tych drobnych zakonnic w czerni, wiedziałby, że zaraz się przesunie, kiedy tylko go zobaczy; zawsze tak robiły, jakby przeczuwając, jaką wagę przykłada do tego, aby być naprzeciw Pana. Był zdziwiony, że Ten dopuścił taką niespodziankę, ale w głębi duszy wiedział, że potrzebuje przyjąć to umartwienie, chociaż nie czytał nigdy pobożnych dzieł klasyków chrześcijańskich, więc nie od nich miał tę wiedzę. Zresztą, nie dla niego były heroiczne noce ciemne, które oni opisywali; wystarczyło mu to drobne umartwienie, które dotknęło go do żywego. Zdziwionymi, ale wciąż jakby niewyspanymi, chociaż szeroko otwartymi oczyma, patrzył spod mięsistej powieki przed siebie i pytał marszcząc czoło.
Gdyby nie to, że czekał jednak na zwolnienie miejsca – jakiś pobożny anioł płci brzydkiej w końcu odłożył książeczkę do nabożeństwa i zaraz potem uciekł – wyszedłby z katedry dokładnie o tej porze, w której ten drugi, młody mężczyzna, spotykał się po raz pierwszy ze swoją jeszcze nie dziewczyną, a już przyszłą żoną. Nie jest pewne, że młodzi zwróciliby na tego podpierającego się laską staruszka jakąś szczególną uwagę; do tego, żeby dostrzec podobieństwo tych dwóch mężczyzn – młodego i wyprostowanego, stojącego pod stumetrową wieżą kościoła, oraz starego i zgarbionego, wychodzącego ze środka katedry od wielu już lat o tej samej porze – potrzeba byłoby chwilę pokontemplować ich oblicza, bo to dopiero pozwoliłoby pod pozorem kilkudziesięcioletniej różnicy wieku odkryć wspólny im rys.
W jej głosie i szybko zadawanych pytaniach słychać było z trudem ukrywane zdenerwowanie, właściwe tym spotkaniom, które prowadzić mają do czegoś więcej (kobiece serca czują to). Ale na razie nie można jeszcze dać niczego po sobie poznać, dlatego uśmiech, którym obdarza swojego przyszłego męża, on uzna za zbyt powściągliwy, nie wróżący niczego konkretnego na przyszłość (czego oczywiście nie da po sobie poznać i będzie dalej tak samo grzeczny jak przed chwilą). Odwrócą się szybko (tak szybki ruch pojawia się u starszego tylko w sytuacjach wyjątkowych, jak wtedy, gdy niespodziewanie omsknie mu się laska) od drzwi katedry Jana Chrzciciela, pod którymi się umówili – w tym mieście jest to dobry punkt orientacyjny – ona przez lewe ramię, a on przez prawe, więc pewnie nie był w wojsku (rzeczywiście, z pytań, które ta niebrzydka – jak wszystkie w dzisiejszych czasach – dziewczyna zada za chwilę, wyniknie, że jest on młodym naukowcem).
Zostawią za sobą słodkie jak miód kazanie księdza błogosławiącego ślub młodej pary, kazanie w rodzaju tych, które nie zmieniają nikogo, ale o którym jeszcze długo przy weselnym stoliku wszystkie kobiety będą mówić, że „tak pięknych słów już dawno nie słyszały”. Sami też staną się coraz bardziej słodcy w czasie tej pierwszej randki; aż dziw bierze, że jakby na przekór wszystkim filmom, które w życiu oglądną razem, jeszcze nie pocałują się. Przejdą męczącym krokiem spacerowym pod niskimi oknami kamienic, miną zabytkowy pomnik i luksusową ślubną limuzynę, a potem staną na chwilę pod zawieszonym na ścianie narożnego budynku billboardem ze zdjęciem roześmianej pary. (Czy mężczyzna spostrzeże, jak bardzo jego młoda przyjaciółka podobna jest do tej pięknej kobiety o oczach wielkich jak okna kamienicy? Bo to, że ona zauważy ten sam zadziorny błysk w oku mężczyzny ze zdjęcia i mężczyzny obok, jest pewne). Potem jeszcze, na chwilę zanim wejdą do kawiarni wypić pierwszą w życiu wspólną herbatę, on odgarnie z jej czoła kosmyk włosów, zmoczonych jakby wyreżyserowaną specjalnie na tę chwilę romantyczną mżawką.
Na koniec pozostanie im tylko umówić się na następną randkę (oczywiście to słowo jeszcze nie padnie). Młody mężczyzna łamiącym się z wrażenia głosem zaproponuje i tym razem spotkanie pod katedrą – o tej porze, kiedy starszy jak zawsze będzie już na swoim miejscu rozmawiał ze swoim Przyjacielem.
Jak będzie wyglądała ich przyszłość? Nie jest pewne, czy ona umrze wcześniej, a jeżeli tak, to czy on wejdzie wtedy do katedry i usiądzie w ławce, być może właśnie ostatniej? Prawdopodobnie wtedy miejsce w środku będzie już puste, a nawet jeżeli zajmie je któraś z drobnych kobiet w czerni, zrozumie i przesunie się zwalniając miejsce. Jeżeli będzie to akurat starsza zakonnica, być może modlący się mężczyzna kogoś jej przypomni.
Sławomir Zatwardnicki
Wszystkich czytelników mojego bloga proszę o odpowiedź na pytanie:
O jakich trzech spotkaniach mówi to opowiadanie?
Dzięki Waszym odpowiedziom będzie mi łatwiej rozpoznać, czy opowiadanie nie jest na tyle tajemnicze, żeby stawało się niezrozumiałe.



Komentarze
Pokaż komentarze (4)