Gdyby nie głowa pochylona nad ziemię, nie dostrzegłbym ani tego jabłka, ani bladawych od deszczu ciał,
a gdybym nie rozglądnął się na boki – nie nazwałbym chyba tej woni mokrej sierści unoszącej się nad ulicą
Jak kubek niedopitej herbaty pozostawiony w pośpiechu przez ofiarę goniącą na samolot, który potem rozbił się pod Smoleńskiem,
tak niedojedzony ogryzek jabłka porzucony na asfalcie – ale tym razem nie zginie człowiek.
Tak brzydko wyglądają dżdżownice – skuszone mżawką, wyszłe na powierzchnię i deptane przez ludzi,
ich blade od deszczu ciała odbijają mdłe światło latarni,
a w cieniu przypominają łodygi roślin – gdy mniejsze, a gdy większe, jak te zbierane do skarpetki przez wędkarzy rosówki – patyki; tak rozciągnięte
Nie ten czas, nie to miejsce, nie wystarcza sił na tak długi dystans, żeby przesunąć ciało po chropawym bruku; nie trzeba było wychodzić na powierzchnię – im głębiej, tym bezpieczniej.
Jak łaska odrzucona brzydkie, jak łaska, która piękna tylko, gdy spulchnia duszę, głęboko, a wydobyta na zewnątrz wydaje się mdła i blada,
a jeszcze ten ślimak bez skorupy, który ciałem swoim oślizgłym i paskudnym padłą bez sił dżdżownicę otoczył, tuż przed domem moim.
Niedogryziony ostatek jabłka rzucony na chodnik, jak w raju drżącą ręką Adama na ścieżkę, którą przechadzał się z Bogiem,
ale tym razem śmierć dopadnie nie człowieka, a zwierzę – poczuję odór mokrej sierści i zobaczę ciemną kocią sylwetkę w pobliżu skrzyżowania
krew w mroku wygląda jak czarna kałuża, do której pewnie niejedna dżdżownica, których dziś tak dużo, wślizgnie swoje ciało.
A święty spod kościoła, cały mokry od deszczu, a tylko oczy dziwnie suche, postrzępione ręce wyciąga jak zawsze do nieba.



Komentarze
Pokaż komentarze