Zaprawdę ,zaprawdę, za cztery dziesiątki lat -- powiadam Wam -- oczyści mnie Pan w stopniu doskonałym, tak że dwie strugi, które wychyną spopod siedzenia, nijak nie skojarzą mi się z krwią.
Hamulec był tego przyczyną. Ciało pochyliło się w przód, jeszcze niżej nad lekturą zawisła głowa, a spod siedzenia wychynęły ni stąd, ni zowąd dwie strugi płynu i szybko płynęły w kierunku jazdy.
Zanim jeszcze głowa znad lektury oderwała się, by cośkolwiek pomyśleć, już w umyśle pojawiło się skojarzenie: krew. Ani nie mądre, bo bezpodstawne, ani w żaden sposób logiczne, bo nawet kolor strug tylko przy dużej dozie wyobraźni chciałby przypominać czerwień.
A jednak pojawiło się to skojarzenie, nie bacząc na to, że już ładnych kilka lat niekarmiony telewizją umysł powinien był -- jak się wydawało -- odparować z siebie przekleństwo krwi wylanej na niego z ekranu. Czyżby więc krew tryskająca z filmów wciąż krążyła po głowie, ujęta w jakiś tajemniczy, a przecież, mimo że nie fizyczny, to jednak realnie istniejący krwiobieg?
Więc jednak nie na tyle wolny, jak mógłbym myśleć. Więc jednak samo pozbycie się tego, co zniewala, nie przywraca jeszcze wolności. I nie tylko w telewizji spod siedzenia wypływa krew, może się to zdarzyć w każdej chwili na jawie, choć w wyobraźni.
Inaczej więc należy spojrzeć i na czterdziestoletnią wędrówkę Izraelitów. Zaprawdę, zaprawdę, za cztery dziesiątki lat -- powiadam Wam -- oczyści mnie Pan w stopniu doskonałym, tak że dwie strugi, które wychyną spopod siedzenia, nijak nie skojarzą mi się z krwią. Będą po prostu sobą – wodą powstałą ze stopniałego śniegu, który wszedł pod siedzenie na moich butach.
Potrzeba jednak czasu.
Sławomir Zatwardnicki
Tekst ukazał się wcześniej na stronie „GAZETY ŚWIECKIEJ”



Komentarze
Pokaż komentarze