Dobrze przeżywana miłość macierzyńska stanowi błogosławieństwo. Co jednak stanie się, kiedy matczyne nastawienie do dziecka nie zostanie utemperowane przez męskie rozumienie miłości?
Obraz relacji matki i dziecka
Wbrew tym, którzy beztrosko zapominają o tajemnicy jedności cielesno-duchowej człowieka, jestem zdania, że związek taki istnieje, a co za tym idzie – można szukać w obrazie cielesnym prawd natury głębszej. Jednym z przykładów jest związek matki z dzieckiem w czasie ciąży, który może być czytany jak obraz tej łączności, która niezmiennie będzie już towarzyszyć relacjom matczyno-dziecięcym, jeśli tylko nie zostaną one nadwerężone jakąś patologią czy grzechem.
Psychologowie zauważyć mogą, że późniejsza relacja między mamą a potomkiem jest jakby wyrazem czy przełożeniem tej bliskości, która objawiła się w wydarzeniu ciąży. Nie mają oczywiście psychologowie narzędzi, by badać ewentualne duchowe pępowiny łączące mamę i dziecko, ale – na ile znam geniusz Artysty – także takowe przewidział Bóg; zresztą, czy nie świadczy o tym fakt Maryi danej uczniom Pana za Matkę?
W każdym razie relacja matki i dziecka różnić się będzie od ojcowskiego związku z potomstwem. I nie ma takich nożyczek, które byłyby zdolne odciąć pępowinę miłości macierzyńskiej.
Piękno miłości matczynej
Powiedzieć, że uczucia matczyne przeżywane są bardzo intensywnie – to niewiele jeszcze powiedzieć. Zaangażowanie emocjonalne matki jest tak mocne i głębokie, że niemalże (?) utożsamia się ona ze swoją pociechą. Nie od rzeczy mówi się o „wpatrywaniu się w dziecko jak w obrazek”, choć być może lepiej byłoby użyć sformułowania „wpatrywać się jak w lustro”, bowiem rodzicielka przeżywa dziecko jakby było ono częścią niej samej.
To dlatego uczestniczy ona w jego życiu z intensywnością, jakiej nie da się z niczym porównać. A na dodatek dzieje się to tak naturalnie, że nierzadko nie zdaje ona sobie nawet sprawy z tego, że ojcu dziecka nigdy takiego rodzaju doświadczenie nie będzie dane. Choć, prawdę mówiąc, warto, by obu rodziców zdało sobie jednak sprawę z odmiennej wrażliwości mamy i taty, a więc z różnicy między macierzyństwem i tacierzyństwem.
Czy byłoby przesadą twierdzenie, że dla matki życie jej dziecka znaczy więcej niż życie jej samej? Niejeden nie musiałby długo szukać w pamięci wspomnień mamy, która wolałaby sama być chora, byle uchronić dziecko przed cierpieniem. Chciałaby mama uchronić pociechę przed zderzeniem z trudami rzeczywistości, nawet za cenę zastąpienia syna czy córki w tym, co on/ona przeżywa. Kochana mamusia wyczuwa dziecko, odgaduje jego niepokoje, intuicyjnie rozumie potrzeby. Daje poczucie bezpieczeństwa, jakie wiąże się z jej miłością bezwarunkową, a nierzadko nawet ślepą.
Ograniczenia miłości matki
Niedobrze się dzieje, jeśli na tak pięknym, ale niepełnym fundamencie miłości matczynej postawić wychowanie dziecka. Nieutemperowana miłość macierzyńska ujawnić musi swoje ograniczenia. Bo nie da się wtedy uniknąć czającego się niebezpieczeństwa: pragnienia matki są bowiem niemożliwe do zrealizowania, i konfrontacja z życiem musi to ujawnić w mniej lub bardziej (raczej to drugie) dramatyczny sposób, zarówno w życiu jej dziecka, jak i jej samej.
Wyznaczyła sobie zadanie przekraczające jej możliwości, chciałaby sięgnąć po atrybuty Boskie i tak zmienić porządek świata, żeby ten nie mógł zranić jej dziecka. A ponieważ nie ma takiej władzy, łapie się przynajmniej tego, żeby przejmować odpowiedzialność za potomka. Podejmuje się obowiązku usuwania z jego życia nie tylko tego wszystkiego, co niebezpieczne (cierpienia) czy trudne (wysiłek), ale nawet tego, co mogłoby zepsuć dobre samopoczucie dziecka.
Podobno – podpowiada psychologia – bolesne doświadczenia dziecka stanowią dla matki pewnego rodzaju zdradę, za którą idzie poczucie winy głębsze od wszystkich innych jego rodzajów. To jakby złamała niepisaną umowę czy raczej obietnicę, którą podpisała własną krwią pępowinową. Widać, że cena za głębię macierzyńskiej miłości jest wysoka – jeśli braknie wrażliwości męskiej miłości, matka potrafi wyniszczać samą siebie oraz sprowadzić zgubę na własne dziecko.
Brzydki owoc pięknej miłości?
Nie może dobre drzewo rodzic złych owoców, podobnie dobrze przeżywana miłość macierzyńska stanowi błogosławieństwo. Co jednak się stanie, kiedy matczyne nastawienie do dziecka nie zostanie utemperowane przez męskie rozumienie miłości? Istnieje ryzyko, że wychowanie oparte jedynie na macierzyńskiej miłości przerodzi się w (nad)opiekuńczość, której nieuchronną konsekwencją stanowi niedojrzałość psychologiczna dziecka.
Znamy przecież przypadki nadmiernego rozpieszczania, które prowadzą do tego, że zamiast dojrzewania do odpowiedzialności rodzi się mały tyran, traktujący szczęście jako przysługujące mu prawo, które na dodatek musi zostać realizowane przez innych. Za takiego tyrana ciągle trzeba będzie brać odpowiedzialność, takiego tyrana ciągle trzeba będzie bronić przed życiowymi trudnościami. Wiecznie skłócony ze światem, buntować się będzie także przeciw Bogu, którego – o zgrozo! – miłość jest miłością zarówno macierzyńską, jak i ojcowską (jeśli można użyć takiej antropomorfizacji).
I tu jest klucz do odpowiedzi na pytanie, czy piękna miłość macierzyńska może wydać tak brzydkie owoce. Może, ale tylko wtedy, gdy braknie tacierzyńskiej miłości. Wniosek z tego prosty: rodzice muszą wypracować wspólny model wychowania łączący wrażliwość matczyną z wymaganiami ojcowskimi. Sytuacja komplikuje się, gdy matka samotnie wychowuje potomstwo. Wtedy trzeba będzie skorzystać z pomocy psychologa, i próbować odkryć w sobie pokłady tego rodzaju miłości, którą umownie określamy „męską”, a jednocześnie nie stracić piękna miłości „kobiecej”.
Sławomir Zatwardnicki
Źródło: Serwis rodzinny OPOKI



Komentarze
Pokaż komentarze