Ojciec i matka powinni być tyleż dumni ze specyfiki swojej roli ojcowskiej i macierzyńskiej, co świadomi własnych ograniczeń wychowawczych, a przez to otwarci na konieczność uzupełnienia przez drugiego rodzica.
Podobno są jeszcze ludzie, którzy wierzą, że różnice między płciami nie są nieistotne. Wierzę tej plotce – że są jeszcze tacy, którzy nie chcą na siłę upodabniać kobiety i mężczyzny – i do takich właśnie kieruję te proste, ale wydaje się, że w dzisiejszych, zwariowanych czasach, potrzebne rozważania.
Wypracowania wspólnej wizji wychowania przez rodziców nie należy mylić z ujednoliceniem postaw wychowawczych. Cały szkopuł w tym, żeby zachować jedność między obu wychowawcami – bo taka jest niezbędna, jeśli proces wychowania ma mieć szanse powodzenia – nie zapominając o różnych rolach matki i ojca.
Zachodzi tu analogia do jedności małżeńskiej. Mąż i żona uczą się siebie nawzajem, otwierają na odmienną wrażliwość drugiego, aby kształtować to jedno ciało, które tworzą. Przedziwny to paradoks: jedno ciało nie oznacza przecież jakiejś hybrydy powstałej ze złączenia dwóch osób, mąż i żona pozostają odrębnymi istotami, ale przecież – wiedzą to i czują – stanowią jedno.
Jest to jakaś tajemnica zaplanowana przez Boga, i nic dziwnego, że święty Paweł nie zawahał się porównywać związku między małżonkami do relacji istniejącej między Chrystusem a Kościołem: czym innym Głowa i Ciało Kościoła, a przecież Ciało tworzy Kościół dopiero razem z Głową; czym innym mąż i żona, a przecież razem stanowią „jedno ciało”.
Podobnie jest w przypadku jedności między matką i ojcem w procesie wychowania; albo inaczej: jest aspekt ojcostwa i macierzyństwa jednym z wyrazów pełnionej funkcji męża i żony. Matka i ojciec wezwani są do tego, aby uczyć się nie tylko właściwej dla siebie wrażliwości rodzicielskiej, ale otwierać także na wrażliwość rodzicielską drugiego.
I tak jak żona, nawet jeśli w danej chwili fizycznie nie jest obecna przy mężu, idzie przez życie przecież razem z nim (i vice versa), tak matka, nawet jeśli ojciec jest akurat poza domem, nie wychowuje dzieci sama, ale z nim (i vice versa). Jedność między małżonkami, a także jedność między rodzicami, nie dokonują się jednak przez anulowanie różnic między nimi; jest to paradoksalna jedność w różnorodności.
Taka jedność jest zresztą możliwa tylko dzięki temu, że kobieta i mężczyzna, choć tak różni, podobni są jednak do siebie. Język biblijny wyraził tę prawdę okrzykiem Adama, który wyrwał się z jego piersi (więc serca) na widok Ewy: „Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała”. Psychologia podpowie nam pojęcia animusa i animy na oznaczenie pierwiastka męskiego i żeńskiego występującego u obu płci.
Można więc zaryzykować (a ryzyko – minimalne), że każdy rodzic prezentuje postawy zarówno matczyne, jak i ojcowskie, choć (i na szczęście) w różnych proporcjach, dzięki czemu ojciec może realizować ojcowski styl wychowania, ale być otwartym na wrażliwość macierzyńską, a matka wychowywać będzie dzieci „po swojemu”, jednak z uznaniem przyjmie rolę tacierzyńską, jaka przypada jej mężowi. Wspólnie wypracują więc jeden model wychowania realizowany w różnorodny (uzupełniający się) sposób.
Niech więc i ojciec, i matka będą tyleż dumni ze specyfiki swojej roli ojcowskiej i macierzyńskiej, co świadomi własnych ograniczeń wychowawczych, a przez to otwarci na konieczność uzupełnienia przez drugiego rodzica. Jeśli mają „grać do jednej bramki”, pozbycie się lekceważenia kultury wychowawczej przyjętej przez innego rodzica stanowi dopiero pierwszy krok, po którym nastąpić musi drugi i ważniejszy: „zarażenie” się wrażliwością wychowawczą współmałżonka.
Sławomir Zatwardnicki



Komentarze
Pokaż komentarze