Czas świeckiego wypełniony jest po brzegi, może nawet przelewa się. Powiedzieć takiemu o czasie wolnym to jakby zadrwić z niego. Czas w życiu świeckiego? Jaki czas, chyba raczej jego brak! Nie puste, a wypełnione nienormowanym czasem pracy, miejsce.
czas pracy – nienormowany
Myliłby się ten, kto początku pracy doszukiwałby się w dzwonku budzika – ten nie zrywa śpiących rodziców z łóżka, ponieważ jeden rodzic jest już w drugim pokoju (jeśli ma rodzina szczęście mieć drugi pokój) przy kaszlącym dziecku pierwszym, a drugi karmi drugie dziecko w pokoju trzecim (jeśli mają szczęście mieć trzeci pokój). Ich rodzicielska praca rozpoczęła się na długo przed pracą zawodową.
Pracująca przy dzieciach mamusia miewa podkrążone oczy, a włosy wypadają jej garściami. Umiera dla dziecka, jeśli słowo „umierać” nie jest tu nadużyciem; a nie jest, jeśli przypomnieć sobie Pańskie urgensy do oddawania życia za nieprzyjaciół, do których zaliczyć trzeba by i dzieci – jako te stworzenia, które dzień cały i spory kawał nocy robią wszystko na przekór rodzicom.
Tatuś ma zwykle szczęście pracować poza domem, tak że miewa co prawda podkrążone oczy, ale trochę mniej, gdyż jeśli nawet nie miał okazji usnąć w środkach komunikacji miejskiej, to w nocy właduje sobie do uszu zatyczki dające podstawną nadzieję na to, że głodne nocne krzyki go nie obudzą. A od wypadających włosów lepsze jest swędzenie nadwyrężonych uszu. Tak że tatuś umiera dla dziecka jakby mniej, albo przynajmniej w inny sposób.
On w pracy, z szefem, który nie krzyczy (jeśli ma szczęście na takiego trafić), ale egzekwuje, ona w domu, w którym rządzą dzieci. Zdarza się jej czasem usiąść w ciągu dnia. Ostatnio było to jakieś trzy miesiące temu. On pracuje albo umysłowo, albo fizycznie, jej rodzaj pracy zalicza się do mieszanych: napięte mięśnie umysłu próbują okiełznać dwa smyki sposobem, ciało krząta się pomiędzy posłuszeństwem umysłowi a likwidowaniem szkód powstałych z nieposłuszeństwa dzieci.
Mąż wraca zmęczony mniej więcej wtedy, gdy żona chciałaby odpocząć. Pracują więc dalej, czasem na przemian, ale zwykle razem, bo to lepsze dla dzieci. Wynajdują nowe rozrywki swoim pociechom nie dlatego, że one tego specjalnie potrzebują, ale żeby samemu nie dać się znużeniu. Czas mija niemiłosiernie wolno, czasem więc warto zmarnotrawić go na przedłużającą się kąpiel (koniecznie z pianą) czy obcinanie dzieciom paznokci (na szczęście znów urosły).
Potem jeszcze tylko bitwa o to, kto pierwszy umyje zęby (tajemnicą mamusi pozostanie, jak to się dzieje, że mycie zębów i picie tranu zaliczają brzdące do przyjemności), a kto dostanie klapsa, bo będzie się pchał poza kolejką. Na koniec modlitwa, jeśli to nie nadużycie słowa „modlitwa”, ale chyba nie, jeśli przypomnieć sobie Pański urgens, żeby pozwolić dzieciom przychodzić do Niego. Aha, i jeszcze kupka i siku do nocnika, tak po trzy kolejki. Myliłby się jednak ten, kto końca pracy dopatrywałby się w momencie, gdy dziecięce oczy zamknęły się w końcu.
Czas odpoczynku – jakiego odpoczynku?
Po zaśnięciu dzieci, a przed ich pobudką pierwszą, rodzicie biegiem do swoich zajęć. Wykonywać wszystko bez wytchnienia, odpoczynek będzie potem (czytaj: w niebie, co zresztą nie jest prawdą, o czym świadczą wypowiedzi świętych wskazujące, że po śmierci spodziewają się być bardziej pracowici niż przed). Pomodlić się. Spocznij. Przyłóż głowę do poduszki, by zaraz ją podnieść. Baczność! Kto? Mama, bo do karmienia. Tata wciska zatyczki i nie wie, czy żałować mamy, czy śmiać się z radości, że może położyć się z powrotem. Jednak budzi się i kaszlące drugie – żona nie wie, czy śmiać się, czy żałować męża.
Nie zgadniecie, kiedy wypełniają to, co kiedyś nazywało się obowiązkami małżeńskimi, a dziś określa się „boskim seksem”. Nie zgadujcie też, ku czemu bliższe są te urywane chwile samotności – cielesno-duchowej uczcie czy spełnianiu powinności stanu. Więc niech będzie kompromis: boskie obowiązki. Że nie należy to do pracy? Ależ jak najbardziej jest to również praca, i to wymagająca od małżonków zaangażowania na każdym poziomie: fizycznym, psychicznym i duchowym. A przy tym, wielkodusznie namyśliwszy się, jak papież Paweł VI w „Humanae vitae” radzili, otwarci są na poczęcie kolejnego zjadacza czasu.
Owszem są okresy, na które zresztą ciężko trzeba wcześniej zapracować, że ustalony rytm dnia i nocy, niezakłócony chorobą czy innym kataklizmem codzienności, pozwala spokojniej pochrapać. Ale potem przychodzi tsunami zmiany czasu (kto to wymyślił i dlaczego nie uwzględnił w rachunku zysków i strat psychicznych szkód członków rodziny?) i wali się budowany misternie porządek. Łatwo przestawić zegarek, ale nie ten biologiczny, właściwy kurom i dzieciom razem z kurami się budzącymi i podobnie do nich chrypiącymi, gdy dopadnie je poranna chrypka czy inna grypka.
Proszę tylko nie żartować i nie nazywać urlopu wypoczynkiem. Wyjazd wymaga od rodziców nieporównywalnie więcej zaangażowania; no, może nie sam wyjazd (ten jest bez winy), co raczej dzieci, które wyjechały (te też są bez winy, pływają przecież na falach pobudzonych emocji; zaraz, zaraz – kto tu w takim razie jest winny? Chyba rodzice, że zdecydowali się na urlop z nazwy tylko wypoczynkowy).
Czas modlitwy – asceza wielowymiarowa
Wymaga niesamowitej determinacji od rodziców, by mogli oni praktykować modlitwę. Po pierwsze i zrozumiałe w kontekście całego artykułu, że nie jest łatwo znaleźć na nią czas. Zostawiona na koniec dnia czy środek nocy działa raczej usypiająco, a ileż można przesypianie modlitwy porównywać do przysypiania bodajże Małej Tereski, której to także się zdarzało. Szczęśliwe te małżeństwa, w których oboje rodzice rozumieją wagę modlitwy; mogą wtedy wymieniać się opieką nad dziećmi po to, żeby każdy z nich miał czas na spotkanie z Bogiem. Potrzeba do tego ćwiczenia silnej woli, by nie przegapić okazji.
Po drugie, chodzi o miejsce. Niżej podpisany wspomina okres modlitw w łazience, gdy jeszcze rodzina pomieszkiwała w kawalerce. I mimo, że teraz ma szczęście mieć drugi pokój, nie zawsze lub prawie nigdy chce się on zamienić w kaplicę. Czasem trzeba udać się na spacer, jeśli nie na zewnątrz, to przynajmniej do kuchni. Do różnych warunków być zaprawionym. Umieć modlić się z braku czasu nawet przy jedzeniu (da się!) czy w czasie kąpieli w łazience (trudne). Przenigdy jednak na tym nie poprzestawać, zrobić wszystko, by przynajmniej czasem mieć normalną, czyli quasizakonną modlitwę w pobożnej pozie i miejscu i koniecznie bez dzieci.
I w końcu rozproszenia – nie te wewnętrzne, których nigdy nie brak, ale te zewnętrzne. Ascetyczne ćwiczenie niezwracania uwagi na dobiegające hałasy, zrzucanie z siebie skrzatów akurat w tej chwili potrzebujących przytulenia, zrzucanie na tyle jednak spokojne, żeby nie zakłóciło modlitwy. A przy tym walka z emocjami, asceza uniezależnienia się od wysypującej się góry naczyń czy emocji dziecka.
Czas – brak czasu
Tym krótkim, ale wszystkomówiącym śródtytułem zakończę. To chyba dobre podsumowanie błogosławionego trudu życia świeckich.
Sławomir Zatwardnicki



Komentarze
Pokaż komentarze