Sławomir Zatwardnicki Sławomir Zatwardnicki
406
BLOG

Pocałunek śmierci

Sławomir Zatwardnicki Sławomir Zatwardnicki Polityka Obserwuj notkę 0

 

Nie należy się dziwić zatrudnieniu satanisty w telewizji publicznej. Raczej trzeba widzieć w tym symboliczny wyraz misji publicznej realizowanej przez telewizję.

 
Jedną z głównych zasad dynamiki medialnej w skrócie można by nazwać zasadą akcji i reakcji. Ten sam kierunek, przeciwne zwroty i różne punkty przyłożenia medialnych doniesień powodują, że świat medialny przypomina dziś zawody sportowe – jak one podnosi adrenalinę. Lud domaga się ciepłej wody w kranie i igrzysk – i je otrzymuje, nie tylko na stadionach prywatnych, ale i w telewizji publicznej, która, jak mawiają starzy medialni sportowcy-amatorzy, ponoć ma realizować jakąś misję społeczną; współcześni zawodowcy pozbyli się już złudzeń, i grają na dopingu reklam i niskich gustów publiczności.
W centrum uwagi od czasu jakiegoś znajduje się zawodnik Adam Darski, pseudonim Nergal. Jego zatrudnienie przez Telewizję Polską (akcja) wywołało falę emocji na medialnym stadionie (reakcja). Fala ma to do siebie, że raz się wznosi, a raz opada, wznosi się łatwo, bo na emocjach, a opada szybko, bo ileż można wytrzymać sportowego napięcia, dlatego można się spodziewać, że przetoczywszy się niewiele po sobie zostawi. A szkoda, bo tym razem chyba warto przyjrzeć się nie tyle samej fali, co temu, co ją wywołało. Ale po kolei...
Zatrudnienie Darskiego w roli jurora jednego z programów wyłapujących talenty (niewyłapane jeszcze przez stacje komercyjne) wywołuje oburzenie wrażliwej religijnie części społeczeństwa – przypomina ona fakt podarcia Biblii na jednym z koncertów zespołu Behemoth, którego liderem jest wytatuowany satanista. Szczytem tej fali są apele Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, a także szczery apel biskupa Meringa. I kolejno: oświadczenie rzeczniczki TVP, i mocne słowa hierarchy: „Non possumus!”.
„Każda z gwiazd zaproszonych do udziału w programie w roli trenera reprezentuje inny gatunek wokalny, jest autorytetem muzycznym dla innej grupy słuchaczy, każda ma także wyrazistą osobowość, ogromne doświadczenie oraz niekwestionowane dokonania” – na tę akcję usprawiedliwiania muzycznych kompetencji Darskiego, którą podjęła rzeczniczka TVP, akcję tyleż mającą wspólnego z rzeczywistością, co współczesna reklama z informacją, można byłoby przypomnieć wywiad autorytetu muzycznego udzielony „Gazecie Wyborczej”: „Jestem naturszczykiem. Gram na gitarze i śpiewam intuicyjnie. Nut uczyłem się kilka razy w swoim życiu, ale mój mózg wypiera tę wiedzę (śmiech). Jestem muzycznym analfabetą, ale mam ten luksus, że w muzyce rockowej komponowanie nie polega na zapisywaniu nut i idealnym ich odgrywaniu. Gram emocjami, sercem, wyobraźnią”.
Za reakcyjną katolicką falą oburzenia musi pójść kolejna – odzywa się więc niezrównana Magdalena Środa, profesor, która twierdzi, że sama nieraz miałaby ochotę podrzeć Biblię, ale – parafrazuję – nie przystoją jej takie gesty. Za nią idzie fala Tomasza Terlikowskiego, doktora, który w swoim czarno-białym (to nie zarzut) stylu porównuje profesor do wytatuowanego magistra-satanisty: „tak ona, jak i on, propagują nienawiść ze względu na wyznanie czy światopogląd”.
Itede, itepe. Ale mylą się Państwo, jeśli uznają, że według mnie fala równa fali, a akcja równa reakcji. Mylą się Państwo, ale nie dziwi mnie to, bo świat mediów tyleż umiejętnie i niesłusznie (ale czy niezamierzeni?), wywołuje w odbiorcy wrażenie, że każdy ma swoją prawdę, a tak naprawdę prawda leży albo pośrodku, albo nie ma jej w ogóle – tolerancja rozciągnięta jak guma może uznać wszystkie przekonania za jednakowo słuszne. I właśnie sprawa Nergala pokazuje wyraźnie, że rozciągliwość tej gumy ma jednak swoje granice.
Bo w jedną stronę ciągną ją chłodne kalkulacje o dobrej na wszystko tolerancji, a w drugą – obrażone, a więc wciąż jeszcze gorące, uczucia religijne. Postawić znak równości między nimi, między życiem wartościami a ich szarganiem? Uznać, że tyle samo są warte zapisy ustawy o radiofonii i telewizji, według których „programy i inne usługi publicznej radiofonii i telewizji powinny (...) respektować chrześcijański system wartości, za podstawę przyjmując uniwersalne zasady etyki”, a artystyczne targanie ich źródła – Biblii na koncercie, bo jakiś Darski – fundamentalista biblijny nierozróżniający gatunków literackich – stwierdził, że „zło wyziera z prawie każdej strony tej książki”?
O słabej wartości tej „gumy tolerancji” można łatwo się przekonać, gdy przeprowadzi się prosty, toporny rzekłbym, eksperyment myślowy: niech Czytelnik wyobrazi sobie, że w miejscu obwieszonego jakimiś symbolami satanistycznymi jurora siedzi zadeklarowany katolik, przystrojony dewocjonaliami, z różańcem na szyi, ale przeciwnie do Nergala, z krzyżem nieodwróconym, i pozdrawiający publiczność nie satanistycznym gestem i słowami „Heil Satan”, a powiedzmy ręką wzniesioną do błogosławieństwa jak Postać z obrazu „Jezu ufam Tobie”. Możliwe to? Pytanie to oczywiście retoryczne, ale znacznie ważniejsze jest dać odpowiedź na pytanie, jak do tego doszło, że nie jest to możliwe?
W tym miejscu zwróćmy uwagę przynajmniej na to, że jest Darski jedynie symbolem, widocznym znakiem tego, czym telewizja jest od dawna. Bo między bajki włożyć trzeba bajanie o wartościach chrześcijańskich – wierzącym daje się jakiś osobny program, transmisję ze Mszy, i raz na wieczność transmisję ze śmierci papieża Polaka. Ale żeby z tej szufladki katolickich programów wartości miały wychynąć na pozostały czas antenowy? Wolne żarty… Darski to nie „wypadek przy pracy”, i należałoby z perwersyjną radością powitać nową gwiazdę telewizji polskiej, bo stanowi ona jakieś symboliczne ucieleśnienie tej atmosfery, która panuje w kulturze współczesnej od dawna. Dla wierzących z kolej jest to znak-przestroga.
Proszę zauważyć, że pomimo iż nie stawiam znaku równości między słuszną falą reakcji na niesłuszną akcję telewizji publicznej, zwracam jednak uwagę na nieadekwatność reakcji. Mleko już się rozlało, trzeba było reagować szybciej. Nic nie zmieni wycinanie Nergala z telewizji, tym bardziej, że ma on inne sposoby niż palenie „tej książki” czy bezpośrednie obrażanie katolików, które gdyby się pojawiły, byłyby – cytuję prezesa TVP – „naruszeniem umowy, jaka z nim została zawarta”. Obecność satanisty w telewizji mówi sama za siebie, nic już nie trzeba dodawać. Zupełnie niepotrzebne są te uwagi, które skierował do uczestnika przyznającego się do swojej wiary i brania udziału w pielgrzymce – spokojnie można było na montażu wyciąć te niepotrzebne komentarze.
Darski to tylko wierzchołek góry lodowej, widoczny znak tej zapaści, której dotąd można było jeszcze udawać, że się nie widzi. Zauważmy, że czciciel diabła nie odstaje swoimi komentarzami od pozostałych jurorów, sprawia nawet wrażenie sympatycznego chłopaka, trochę zbyt mocno wytatuowanego, ale kto by tam zwracał uwagę na niewiele mówiące hasła na jego przedramieniu (lucyferyczne „Non serviam”). W zeszłym roku skończył 33 lata, jak Chrystus oddający życie na krzyżu. Tamten niesłusznie skazany na śmierć po trzyletniej działalności publicznej, ten uniewinniony po ciągnącym się trzy lata procesie o obrazę uczuć religijnych. Oboje z misją, ale tylko jeden z właściwą.
Państwo może zauważyli ten proroczy gest, kiedy telewizyjny idol pocałował w brzuch będącą w stanie błogosławionym uczestniczkę programu „The Voice of Poland”, która zdecydowała się być w jego drużynie. Rośnie nam nowe pokolenie wychowywane przez telewizję, a pocałunek Nergala jest tego symbolem. Telewizja realizuje jakąś misję, której twarzą niech będzie Adam „Nergal” Darski.
Sławomir Zatwardnicki
Za: Dziennik Polski, 13.09.2011

Teolog, publicysta, autor wielu artykułów oraz dwudziestu książek; ostatnio wydał: Maryja. Dlaczego nie?

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka