Sławomir Zatwardnicki Sławomir Zatwardnicki
535
BLOG

Kościół miesza się do polityki. Państwo miesza się do Kościoła

Sławomir Zatwardnicki Sławomir Zatwardnicki Polityka Obserwuj notkę 1

 

Ilekroć Kościół wypowiada się na tematy ważne społecznie, przywołuje się wtedy zarzut mieszania się Kościoła w politykę. Przy czym to państwo i politycy mieliby wiedzieć lepiej od samego Kościoła, jaka jest jego rola.
 
Księża to nie obywatele, a Kościół to księża
Wyglądają nieco inaczej, a ten sam Kodeks Prawa Kanonicznego, który nakazuje im nosić kościelne stroje, zabrania im „przyjmowania publicznych urzędów, z którymi łączy się udział w wykonywaniu władzy świeckiej” [Kodeks Prawa Kanonicznego,  kan. 285 § 3]. Ale przecież chyba nie aż tak bardzo różnią się od innych ludzi, żeby nie można im było pozwolić interesować się polityką? Dlaczego w takim razie każda księżowska wypowiedź w temacie politycznym określana jest z automatu „mieszaniem się” Kościoła w politykę? Czyżby jednak księża nie zasługiwali na miano obywateli?
W tym pokutującym stereotypie nietrudno dostrzec jakąś niekonsekwencję: mieliby duchowni, którzy sami w sobie nie stanowią przecież całego Kościoła, zakaz wtrącania się w sprawy polityczne, a świeccy już nie? Ale przecież to właśnie świeccy „zajmują miejsce w pierwszych szeregach Kościoła. (…) Dlatego – jak stwierdził papież Pius XII – to oni i przede wszystkim oni powinni uświadamiać sobie coraz wyraźniej nie tylko to, że należą do Kościoła, ale że sami są Kościołem…” [cyt. za: Katechizm Kościoła Katolickiego, nr 899]. Czyżby ta czarna sukienka działała jak płachta na byka na zwolenników tak niefrasobliwie rozumianego rozdziału Kościoła i państwa i na wyznawców Kościoła zredukowanego do świeckich?
Chyba że państwo wolne od ideologii katolickiej widzi w duchownych tak wysokie powołanie, że nie wolno go sprzeniewierzać angażowaniem się w przyziemną politykę? Zaiste, niezbadane są wyroki bezbożnego państwa, niby wolnego od konfesjonalizmu, a przecież jak zatroskanego o los Kościoła. Trzeba by jednak się zdecydować, czy nie warto konsekwentnie odebrać jeśli nie prawa, to przynajmniej prawa moralnego, do działalności politycznej świeckich. Wszak ich sumienia formują „czarni”. Jeden z nich, choć ubrany na biało, powiedział nawet do świeckich, że „właśnie »świecki charakter« zobowiązuje ich do tego, by przy użyciu właściwych sobie i niezastąpionych środków ożywiali rzeczywistość doczesną duchem chrześcijańskim (…) Aby ożywiać duchem chrześcijańskim doczesną rzeczywistość (…), świeccy nie mogą rezygnować z udziału w »polityce«” [Jan Paweł II, Adh. Christifideles laici, 36 i 42].
Demokracja bez Kościoła, choć Kościół dla demokracji
Jeśli wizje relacji państwo-obywatele uprościlibyśmy do maksimum i sprowadzili do filozoficznego źródła, można by przedstawić dwie alternatywy. Pierwsza, od Platona pochodząca, chciałaby widzieć szczęśliwego obywatela wtedy, gdy państwo jest szczęśliwe. Druga odwrotnie: warunku koniecznego szczęśliwego państwa upatruje w szczęściu obywateli. To Arystoteles, który słusznie dostrzegł, że państwo jest dla obywateli. Po linii pierwszego poszły totalitaryzmy XX wieku. I choć jest to publicystyczna metafora grubymi skrótami szyta, to przecież zapytam: czy nie platończykami są dzisiejsi rządzący?
Kościół rozwinął myśl Arystotelesa. Państwo ma służyć obywatelom, ci z kolei mają dołożyć starań (a w tym wspiera ich Kościół), żeby ono mogło pełnić taką rolę. Ale kłopot w tym, że współczesne państwo alergicznie reaguje na wszystko, co związane z Kościołem, nawet jeśli proponuje on realizację dobra wspólnego. A tym bardziej, jeśli Kościół chciałby wykorzystać politykę i demokrację do realizacji celów, które uznaje za słuszne. Innym wolno, partie są słuszne (niektóre, nie te przecież, które życzliwym okiem łypią na Kościół), społeczności obywatelskie czasem również (byleby nie żądały pełnienia zadań, które zawłaszczyło państwo), a to jedno stowarzyszenie, które nazywa się Kościół katolicki, miałoby sprzeciwiać się współczesnemu rozumieniu demokracji?
A przecież, jeśli poważnie potraktować oczekiwanie na różnorodność, pluralizm idei, a choćby i tolerancję, powinno się wychwalać Kościół pod niebiosy. I zachęcać, żeby łamał ten monopol ideowy, który dzierży władzę w mainstreamowych mediach. Ale „co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie”, co wolno manipulującym mediom, tego nie wolno Kościołowi odwołującemu się do sumienia człowieka. Demokracji powinno zależeć, żeby w każdym kościele odbywały się jeśli nie agitacje wyborcze, to przynajmniej jakieś przyparafialne spotkanka uświadamiające. I może demokracji zależy, ale demokratom nie. A Kościołowi zależy na demokracji, która „jest możliwa tylko w takiej mierze, w jakiej opiera się na prawidłowej wizji osoby” (Kongregacja Nauki Wiary, Nota doktrynalna o niektórych aspektach działalności i postępowania katolików w życiu politycznym, nr 2), i dlatego właśnie o tę wizję troszczy się Kościół, a nie o polityczne rządy dusz. Na tych zależy demokratom.
Polityka miesza się do Kościoła, za to Kościół jest ponadpartyjny
Z punktu widzenia państwa nie powinno nikogo interesować, czy i jakie polityczne przekonania prezentuje Kościół; jego zaangażowanie służy demokracji i dobru wspólnemu. Dosadnie podsumował mieszanie się państwa w sprawy Kościoła i wymaganie od jego członków, żeby dla własnego dobra nie angażowali się w politykę, znany dominikanin: „Cały szereg zarzutów na ten temat, kiedy formułowane są przez ludzi z zewnątrz, jest zwyczajnym wsadzaniem nosa do cudzego prosa” (J. Salij, Kościół i polityka, „Idziemy” z 25 września 2011 r.). To raczej sam Kościół powinien rozsądzić, na ile warto mu angażować się w polityczne spory, szczególnie że mogłyby one podważyć ten ponadpartyjny autorytet, który Kościół chciałby zachować, aby móc służyć dobru wspólnemu i każdemu człowiekowi. Jak to stwierdzili Ojcowie Soboru:
„Kościół, który z racji swego zadania i kompetencji w żaden sposób nie utożsamia się ze wspólnotą polityczną ani nie wiąże się z żadnym systemem politycznym, jest zarazem znakiem i zabezpieczeniem transcendentnego charakteru osoby ludzkiej” [Sobór Watykański II, Konstytucja duszpasterska o Kościele w świecie współczesnym „Gaudium et spes”, nr 76].
I rzeczywiście, autorefleksja Kościoła doprowadziła do tego, że księża nie mogą sprawować urzędów państwowych – ale powtórzymy, nie dlatego, że zabrania im tego prawo państwowe, ale właśnie kościelne: „Nie mogą brać czynnego udziału w partiach politycznych ani w kierowaniu związkami zawodowymi, chyba że – zdaniem kompetentnej władzy kościelnej – będzie wymagała tego obrona praw Kościoła lub rozwój dobra wspólnego” [Kodeks Prawa Kanonicznego, kan. 287 § 2]. Tej słusznie odczytanej konieczności bycia ponadpartyjnym graczem na scenie przecież także politycznej dokonuje Kościół, a nie państwo.
Apolityczność Kościoła nie może oczywiście oznaczać neutralności wobec konkretnych politycznych propozycji, jakie są wysuwane przez rządzących, skoro takowe opierają się na jakichś (jakich?) wartościach i będą miały konsekwencje (jakie?). I jeśli nie każdą najmniejszą polityczną decyzję trzeba badać pod kątem zgodności z Ewangelią czy wartościami wynikającymi z prawa naturalnego, to już te największej wagi na pewno tak. A że przed każdymi wyborami pojawiają się tematy, co do których Kościół nie może milczeć – nie trzeba się oburzać, jeśli zabiera on głos. Przypomnieli o tym polscy biskupi w tym roku:
„Oczekiwanie, że Kościół stanie się »wielkim milczącym« na czas kampanii nie ma uzasadnienia w nauce społecznej Kościoła. Zarówno duszpasterze, biskupi i kapłani, a zwłaszcza katolicy świeccy mają prawo, a nawet obowiązek uczestniczenia w życiu społecznym i politycznym, gdyż są częścią tego społeczeństwa” [Komunikat z sesji Rady Biskupów Diecezjalnych oraz uroczystości na Jasnej Górze, 26.08.2011 r.].
Sławomir Zatwardnicki

Teolog, publicysta, autor wielu artykułów oraz dwudziestu książek; ostatnio wydał: Maryja. Dlaczego nie?

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Polityka