Sławomir Zatwardnicki Sławomir Zatwardnicki
167
BLOG

Chuchanie, cmokanie. Rodzinne piekło-niebo

Sławomir Zatwardnicki Sławomir Zatwardnicki Kultura Obserwuj notkę 0

 

Jest nadzieja dla chuchającego rodzica, w nadziei widzi siebie cmokającego. Nie jest to może niebo, ale przecież jego zadatek na pewno!
 
Chuchanie i cmokanie. Chucha się na swoje, cmoka na obce, gdy się swoje odchowa. Z wychowywaniem jest jak z wojną, za którą ponoć idą chłopcy malowani, ale tylko w piosenkach. Albo jak ze wsią spokojną, wsią wesołą. Sielanki rodzinnej nigdy dość, ale tylko wtedy, gdy chuchanie ma się już za sobą. Bo jeśli właśnie się chucha, nie starcza sił na cmokanie. Tak, okres chuchania zdecydowanie poprzedza kolejny etap, którym jest cmokanie. Owszem cmoka się również, gdy się chucha, ale tylko dlatego, że w nadziei już się tylko cmoka. Zabrać chuchającemu rodzicowi nadzieję, że czas chuchania się kiedyś skończy, to sprawić, że nigdy nie będzie cmokał.
 
Najmniej się cmoka, gdy trzyma się w domu wymagającego chuchania niemowlaka. Już w pierwszych dniach, a najdalej tygodniach ten, na widok którego babcie i sąsiadki cmokają, nabywa zdolności do wymuszania na rodzicach chuchania permanentnego – kosztem braku cmokania, coś za coś. Niby śpi, ale właściwie czuwa, i jeśli chcieć go odłożyć na chwilę do łóżeczka (to ta drewniana klatka, która staje się niepotrzebna, bo dziecko i tak wyląduje przy mamusiej piersi – odebranej tatusiowi na czas dłuższy – w łożu małżeńskim), obudzi go nawet ruch jego własnej ręki spadającej na prześcieradło albo nawet przypadkiem wydobywający z jego niemowlęcego gardła dźwięk.
 
Chuchający musi oczywiście wykształcić jakąś godną formę poddania się (o, już macha białym pampersem), skoro o wygranej mowy być nie może. Chwilkę da się chodzić na palcach bez malca, ale właśnie już się obudził i trzeba go będzie nosić, jak kiedyś nosiło się papieża w lektyce. Dalecy od cmokania rodzice wieszają go na haku bioder (mamusie gotujące obiad) czy spacerują po „spacerniaku” małometrażowego mieszkanka (znudzeni tatusiowie), bo „pogoda pod niemowlakiem”, minus piętnaście na dworze. Modlić się, chuchając, i nie rozpraszać się cmokaniem – śpi jak aniołek, aż się chce zacmokać (byle go nie obudzić) – można się tego nauczyć, gorzej z kąpaniem się czy zmywaniem naczyń, albo z ratowaniem domu zabałaganionego przez starsze rodzeństwo.
 
Gdybyż jeszcze ta przeklęta ewolucja nie ogoliła naszym przodkom włosów, tak żeby mały wiecznie niedopieszczony mógł jak zwinna małpka chwytać się maminego czy tatusiowego owłosienia... Niestety, pozostają tylko sztuczne twory w rodzaju nosidełka – ani to wygodne, ani bezpieczne dla kręgosłupa (chucham, chucham...). Gdybyż ta ludzka kultura nie wyewoluowała tak dalece, że wszystko musi być arcyczyściutkie, włącznie z pupką niemowlęcą, i pachnące jak skóra niemowlaka po kąpieli tak intensywnie (kąpię, kąpię...), że wodzi na pokuszenie wszelkiego rodzaju alergie. Ach, gdybyż ten mały nie był człowiekiem, proces nauki trwałby szybciej, i zaraz by biegał, i zaraz by porozumiewał się nie ludzką mową co prawda, ale jakimś rykiem, a nie – jak teraz – płaczem.
 
Kłębią się więc w głowie tatusia różne nieludzkie myśli. Za dużo tych ćwiczeń ascetycznych, tego ciągłego przewijania, noszenia, kąpania, karmienia. Ale kiedy tatuś przemedytuje już swoje frustracje w rytm mantry spacerowania zgodnie ze wskazówkami zegara (niezgodnie się nie da, czas sprzyja na szczęście rodzicom) po pokoju, wtedy Chrystus obecny przecież w tym małym wychuchanym dziecku zaczyna w rodzicu pracować. Przygotowuje go do przyszłego cmokania, bo przecież Kohelet się nie mylił, na wszystko jest czas pod słońcem lampy: jest czas chuchania, jest czas cmokania. Gdyby nie ta nadzieja, trzeba by powtórzyć za autorem bądź co bądź natchnionym, że „marność nad marnościami i wszystko marność” (Koh 1,2).
 
Tak, brak nadziei zabiłby rodzica. Ten kontakt (chuchającego z oczekującym chuchania) byłby niekończącym się nigdy procesem pozbawionym oczekiwania na to, że przyjdzie czas cmokania. Istne piekło na ziemi, bo przecież na czym innym, jeśli nie na braku nadziei polega rzeczywistość piekła? Oszczędna w swoich opisach piekielnej rzeczywistości św. Faustyna (ta od Bożego Miłosierdzia) pozostawiła jednak kilka wstrząsających, że aż ciarki idą po duszy, informacji o mękach piekielnych. W dzienniczkowym ujęciu można by biblijne określenie „robak ich nie umiera i ogień nie gaśnie” uznać za próbę opowiedzenia tej świadomości, która towarzyszy potępionemu; świadomości, że jego stan nigdy się już nie zmieni [Por. F. Kowalska, Dzienniczek... Profeski wieczystej Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia, Kraków 1983, nr 741, s. 277−278 (przyp. red.).].
 
Więc może w piekle dusze podejmują się wiecznych ćwiczeń ascetycznych, tyle że już bez szans, że doprowadzą je one kiedyś do Boga? Może chuchają, ale z tą przerażającą świadomością, że nie będzie im dane zacmokać? Na szczęście Boże Miłosierdzie bierze górę nad rodzicami, jest więc nadzieja dla chuchającego rodzica, w nadziei już jest zbawiony i widzi siebie cmokającego: najpierw nad pierwszym uśmiechem wychuchanego, potem nad raczkującym czy sepleniącym pierwsze słowa bobasem. Nie jest to może niebo, ale przecież jego zadatek na pewno! Są to jakieś pierwociny wiecznego cmokania.
Tekst pochodzi z książki: Tata strongman
 

Teolog, publicysta, autor wielu artykułów oraz dwudziestu książek; ostatnio wydał: Maryja. Dlaczego nie?

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura