Zgłębiona bez fałszywej pobożności tajemnica Wcielenia musi odsłonić relację miłości łączącą Józefa i Jezusa, której jednym z elementów było być może policzkowanie rodzica przez dziecko.
Zwykle sztuka sakralna przedstawia Józefa w pewnym oddaleniu od przytulających się Maryi i Dziecka. Jakby zakłopotany tym niepojętym włączeniem go w Boży plan, trzyma w ręku rekwizyt związany w wykonywaną przez siebie pracą. Czasem tylko odkłada taką powiedzmy piłę do drewna i sięga wtedy po Syna, ale nawet trzymając Go na ręce, pozostaje w stosunku do Niego w pewien sposób zdystansowany. Pobożnie oczywiście. Przynajmniej na tyle, na ile starczyło artyście pobożnej refleksji.
Z takich dzieł sztuki łatwo wyczytać, że refleksja dotycząca powołania Józefa nie nadąża po pierwsze za zwykłą ludzką naturalnością, w której mógłby się przecież zmieścić jakiś czuły gest nie tylko Matki, ale i Jej Oblubieńca (w kolędach jednak nie śpiewamy o tym, jakoby Józef owijał Dziecko w pieluchy), po drugie – za Bożym planem, który został przygotowany nie tylko w stosunku do Maryi, ale i Józefa. Jan Paweł II podkreślał w adhortacji Redemptoris Custos dotyczącej tego świętego, że Józef jak nikt inny z ludzi poza Maryją uczestniczył w tajemnicy Wcielenia, do której został dopuszczony na mocy małżeństwa z Nią [Jan Paweł II,Adhortacja apostolska«Redemptoris Custos» o Świętym Józefie i jego posłannictwie w życiu Chrystusa i Kościoła, Wrocław 2000, nr 1, s. 4 (przyp. red.).]. Mimo że Józef nie jest ani ojcem, ani mężem w ciele, a „tylko” w umyśle, jest jednak prawdziwym ojcem i mężem. „W małżeństwie tym – podkreśla Jan Paweł II, powołując się na św. Augustyna – nie brakowało żadnego istotnego elementu: «W rodzicach Chrystusa spełniły się wszelkie dobrodziejstwa płynące z zaślubin: potomstwo, wierność, sakrament. Znamy ich potomstwo, którym jest Chrystus Pan; ich wierność, ponieważ nie było tam nigdy cudzołóstwa; sakrament, ponieważ nie naruszył go rozwód»” [Tamże, nr 7, s. 14 (przyp. red.).].
Patrzę więc na to ojcostwo niezdarnie, bo nazbyt pobożnie przedstawiane w sztuce sakralnej tym rodzajem pobożności, która unosi się nad ziemią. I widzę co prawda Józefa, który odłożywszy piłę, wziął na ręce Jezusa, ale Oni jakoś w ogóle nie spoglądają na siebie, lecz gdzieś w siną (pobożną?) dal. Twarda ręka cieśli podtrzymuje Syna pod pośladkami, a Ten odwrócony plecami do Ojca nie wypada mu z ręki, choć przecież żaden rodzic nie stosuje tak niebezpiecznej techniki noszenia dziecka.
Ani mały Jezusek nie wypada z ręki starego (jak to się kiedyś śpiewało) Józefa, ani nie wyraża jakiegokolwiek zainteresowania jego osobą. A przecież podpisany na okładce tej książki tatuś małego smyka wie, że dziecko w takim wieku a to ciągnie za brodę, a to paluszkiem wyłupuje oczy, a to w końcu, w przypływie miłości, policzkuje rodzica po twarzy. Czyżby Jezus był inny? Snuje się tu i ówdzie urągające tajemnicy Wcielenia dyrdymały, jakoby to lepione przez Niego ptaszki z gliny stawały się żywe, więc może Jezus i w tym nie przypominał innych chłopców?
Ale w takim razie myliłby się autor Listu do Hebrajczyków (por. 4,15) twierdzący, że we wszystkim (powtórzmy: we wszystkim), oczywiście z wyjątkiem grzechu, Chrystus stał się do nas podobny. Więc może Jezus nie bił Józefa po twarzy, bo takie bicie wynika z grzechu? Sprawdzam więc na moim synu i nie wydaje mi się, żeby to żywe srebro w przypływie złych intencji uderzało w mój policzek. Jakże inaczej ma wyznać miłość ten, który innych wyrazów miłości jeszcze nie zna?
Bo przecież się kochamy. Gdy kładę na nim swoją rękę, a jego sapiący jak u pieska oddech zamienia się w spokojny anielski sen, wystarczy, że powiem „kocham cię”, a oddech znów przyspiesza, a bywa, że wtedy nawet błąka się na jego twarzy uśmiech. Śmiem twierdzić, że zgłębiona bez fałszywej pobożności tajemnica Wcielenia musi odsłonić relację łączącą Józefa i Jezusa; relację miłosną, której jednym z elementów byłoby swoiste policzkowanie rodzica przez dziecko.
Tekst pochodzi z książki: Tata strongman



Komentarze
Pokaż komentarze (1)