W konfrontacji z dziećmi inkwizytorami rodzice odgrywają rolę tłumaczących się heretyków. Wymaga się od nich odpowiedzi, po udzieleniu której mogą zostać obarczeni winą.
Dzieci swoimi dziecięcymi – co nie znaczy, że infantylnymi – pytaniami narażają rodziców na nie lada wygibasy intelektualno-językowe. Jak odpowiedzieć na wydawałoby się proste pytanie komuś, kto nie zna jeszcze wszystkich mniej lub bardziej potrzebnych konwenansów? Albo jak poradzić sobie, żeby nie skłamać, a zarazem nie powiedzieć prawdy raniącej dziecko? Pociechy bezlitośnie ćwiczą – same niczego nieświadome – mamę i tatę w sztuce dyplomacji. Dobrze, że same zachowały jeszcze nieskazitelność gołębi, tak że nie wyczuwają zagrożenia, gdy rodzic wije się jak wąż w poszukiwaniu roztropnej odpowiedzi. Gdy ostatnio córka wypowiedziała pewną kwestię na swój temat, zupełnie nie zdając sobie sprawy z tego, że uległa błędowi, a następnie oczekiwała mojego potwierdzenia jej sądu, ja, aby wybrnąć z sytuacji, zastosowałem pewną metodę przejętą od średniowiecznych heretyków. Otóż błędnowiercy, gdy przesłuchiwała ich inkwizycja, stosowali różnego rodzaju wymyślne fortele, które pozwalały im z jednej strony nie skłamać, a z drugiej nie przyznać się do tego, co zostać mogło uznane na ich niekorzyść. Rino Cammilleri, autor Prawdziwej historii inkwizycji, opisuje jedną z takich sztuczek dialektycznych:
Inkwizytor pytał: „Wierzysz, że Bóg jest jeden w trzech osobach?”. Heretyk mógł odpowiedzieć: „A wy inkwizytorzy, w co wierzycie?”. Ten mówił: „My wierzymy, że jest jeden w trzech osobach”. Heretyk stwierdzał: „I ja w to wierzę”, mając na myśli: „Wierzę, że wy w to wierzycie” [R. Cammilleri, Prawdziwa historia inkwizycji, przeł. B. Żurowska, Kraków 2005, s. 39 (przyp. red.).].
Cóż robić, gdy rodzic strofujący jedno dziecko za to, że nie posprzątało po sobie, słyszy od drugiego: „Ja zawsze mam porządek”. A kiedy milczy, „trybunał inkwizycyjny” domaga się odpowiedzi: „Prawda, tato, że ja zawsze sprzątam zabawki?”. Trzeba wtedy stosować kazuistykę przejętą od kacerzy, na przykład odpowiadając pytaniem na pytanie: „Myślisz, że zawsze dbasz o porządek?”, a kiedy dziecko z przekonaniem bezgranicznym, na jakie stać tylko dziecko albo błądzącego w wierze (w tym przypadku na jedno wychodzi), przytaknie, dodać należy: „I ja tak myślę”, przy czym myśleć trzeba o tym, że się myśli, że dziecko tak myśli.
Nie jest to aż takie skomplikowane. Przy długotrwałym treningu wchodzi w krew, tak że potem trzeba się pilnować, aby podobnej taktyki nie stosować w odniesieniu do dorosłych. Że co? Że można dziecku powiedzieć prawdę? Otóż czytelnikowi, który wysuwa pod adresem autora tekstu tego rodzaju radę, odpowiadam: można, ale ile razy na dzień? Siedem tak, ale jeśli już siedemdziesiąt siedem uwag krytycznych wypowiedziało się tego dnia do dziecka, nie godzi się wypowiadać kolejnej uwagi. Chyba że wcześniej dziecko usłyszało siedemdziesiąt siedem pochwał pod swoim adresem. A skoro nie usłyszało... no cóż, nie jest kacerz taki święty jak inkwizytor!
Tak więc paradoksalnie rodzice w konfrontacji z dziećmi inkwizytorami odgrywają rolę tłumaczących się heretyków, a przecież w słowach Jezusa: „Oto Ja was posyłam jak owce między wilki. Bądźcie więc roztropni jak węże, a nieskazitelni jak gołębie!” (Mt 10,16), to dzieci byłyby wilkami, a rodzice posłanymi między nie owcami. Od rodziców powinno się wymagać takiej roztropności w udzielaniu odpowiedzi, żeby nie krzywdzić dziecka, a zarazem nie skazić się kłamstwem.
Tekst pochodzi z książki:Tata strongman



Komentarze
Pokaż komentarze