Czy można się uwolnić od wstydu za to przaśne polskie społeczeństwo (jeśli się nań cierpi oczywiście) wynikającego z zaambarasowania nieprzystawaniem skromnego świata swojego pochodzenia do świata swoich aspiracji?
Co stoi na przeszkodzie by to wtórne uczucie – bo jest wstyd przecież odpowiedzią na jakieś zgoła bardziej pierwotne lęki – przestało sabotować myślenie i kontakty w polu przezeń zainfekowanym?
Ani mi w głowie sugestie dotyczące czyjejkolwiek psychoterapii - bo kto i z jakich pozycji może sobie pozwalać na takie sugestie komukolwiek? W naparzankach publicystycznych, jako tzw. „wszelki chwyt dozwolony” no może … Nie chcę wysyłać cierpiących na wstyd za naród na kozetki do ekspertów w celu rozpoznawania i uświadamiania wypartych indywidualnych czy powszechnie podzielanych lęków egzystencji, przed którymi jest on najpewniej obroną. Apostolstwo w tym zakresie zostawiam zdeklarowanym wyznawcom dyskursu psychoanalitycznego.
Proponuję by wroga- to niechciane, jak wierzę, uczucie obciachu i wstydu za współziomków - podejść od innej strony. Od strony postudiowania od czasu do czasu przykładów z polskiej mikrohistorii, losów zwykłych ludzi, opowieści, które mają moim skromnym zdaniem siłę by przemeblować światopogląd największego cyborga. Ciężar codziennego bytowania ludzi żyjących w tym kraju przez kolejne dziesięciolecia XX w. (po co sięgać głębiej, nie trzeba mitów romantycznych, dwudziesty wiek w zupełności wystarczy) dopadł mnie kiedyś z całą siłą swojej oczywistości, wymiótł irytację i poczucie przytłoczenia częstymi przykładami „zaściankowości" polskiego myślenia i perspektywy. Skończył się wtedy dla mnie czas łatwych odpowiedzi, choć nie zmienił się świat aspiracji.
Jest taka scena w pewnym włoskim filmie, który oglądam co jakiś czas z dużym sentymentem - G. Tornatore „Cinema Paradiso”, gdzie małomiasteczkowy zastępczy sycylijski ojciec mówi do młodego chłopaka- podopiecznego, by uciekał, nie odwiedzał nigdy więcej swojego zmurszałego miasteczka, walczył o marzenia, nie odwracał się za siebie, by się krótko mówiąc –odciął się od korzeni. No cóż, jest to jakaś strategia. Pozwala w krótkiej perspektywie oszczędzić i zogniskować siły na angażowanie się w działania i postawy promowane jako skuteczne dźwignie tzw. „rozwoju osobistego”; może daje iluzję wyjścia poza determinizmy pochodzenia społecznego, motywuje by z zaangażowaniem imitować choćby w okruchach docelowy, nowy wspaniały styl życia. Jakie są rezultaty ?– i tu każdy pisze swoją mikrohistorię. Często złożoną z większych lub mniejszych rozczarowań.
Są też polskie filmy o prowincji Andrzeja Barańskiego, ciepłe, empatyczne wobec tej przaśnej, ale przecież mocno umotywowanej polskiej peryferyjnej codzienności. (W nich "zwykły człowiek nie ma historii. Umierając spada jak liść i użyźnia ziemię" - tak prowokuje świetnie zagranego przez Bronisława Pawlika ojca, młody i inteligentniejszy niż otoczenie bohater filmu)
Jakże inaczej można spojrzeć na to samo.
Polecam publicystom „Krytyki Politycznej” dla odświeżenia swej wrażliwości społecznej. Trochę przednówkowej lebiodki zamiast kawioru.
Polecam publicystom „Krytyki Politycznej” dla odświeżenia swej wrażliwości społecznej. Trochę przednówkowej lebiodki zamiast kawioru.
Oglądam właśnie w ramach odreagowania na dyskurs wyższościowy elit.
I „Niech cię odleci mara”obciachu.
I „Niech cię odleci mara”obciachu.
Andrzej Barański. 1982
PS. I „Nad rzeką , której nie ma” też jest a propos odreagowania, o którym wyżej. (Ponadto sprzedawca w pewnej sieci towarów kulturalnych polecił mi ostatnio z całym przekonaniem „Życie kawalerskie na obczyźnie”. Tzw. męski punkt widzenia. Dla kobiet-ku empatii. Zobaczymy.)
PS2.W sprawie wspomnianego reżysera trzeba owej "Krytyce" oddać sprawiedliwość - wydali książkę-wywiad na temat jego filmów i "misji" opowiadania o codzienności.



Komentarze
Pokaż komentarze