Rzeka ma w tym miejscu ponad pół kilometra szerokości, jest rwąca i zdradliwa. Płynąć po niej mogły tylko duże jednostki, które opierały się prądowi i indiańskie canoe kierowane przez doświadczonych wioślarzy. Przeciwległy brzeg to stroma, licząca sobie kilkanaście metrów skarpa, obniżająca się w górę i w dół rzeki. Skarpa ta tworzy tu coś w rodzaju półwyspu, taki cypel, na którym wznosił się największy i najsilniej umocniony fort Nowej Francji – Quebek.
Twierdza była kluczem do Kanady, jej zdobycie oznaczało definitywny koniec Nowej Francji i koniec marzeń Burbonów o kolonizacji amerykańskiej północy. Operacja ta, zważywszy na okoliczności, była jednak tak trudna, że dowódca brytyjskich korpusów w Ameryce generał Jeffrey Amherst planował jej wykonanie na mniej więcej pół roku. Wszystko miało rozstrzygnąć się w czasie od lata do jesienie 1759. Amherst był ostrożny, bardzo ostrożny, nie dał się porwać sukcesom na pograniczu w roku 1758, nie pognał swoich żołnierzy pod Quebek po zwycięstwie pod Louisburgiem latem owego roku, nie ruszył tam także po zajęciu fortu Duquesne przemianowanego od razu na fort Pitt, nie dał się zwieść zwycięstwom nad jeziorem Chmaplain, które właściwie otworzyły mu drogę do Kanady. Jefferey Amherst, brytyjski generał postanowił, przeczekać zimę.
W tym czasie Kanadyjczycy zmobilizowali 15 tysięcy ludzi, wezwano korpus posiłkowy z Francji w sile 6 tysięcy żołnierzy, rozpoczęto pertraktacje z Indianami, którzy i bez tego woleli służyć królowi Francji niż Brytyjczykom. W czasie zimowych miesięcy okazało się jednak, że Nowa Francja, która nigdy nie była niezależna gospodarczo zaczyna głodować. Oderwani od prac polowych mężczyźni miast ruszyć wiosną z pługami w pole patrolowali pograniczne lasy i wypatrywali angielskich łodzi na taflach jezior i w nurtach rzek. Przybyli z Europy kupcy spekulowali żywnością. Brakowało jej dla mieszkańców Quebeku Montrealu, ale także dla Indian, którzy postanowili walczyć przy boku Francuzów. Wiosna roku 1759 nie była w Kanadzie witana z radością. W fortach, osiedlach i miastach panował nastrój ponurego oczekiwania.
Tej samej wiosny Brytyjczycy rozpoczęli poprzedzającą operacje wojskowe akcję uspokajania Indian. Posłańcy wyruszyli do wiosek Huronów, Abenaki i Ottawa, tradycyjnych francuskich sprzymierzeńców, by zanieść im białe i zielone wampumy pokoju. Wielu posłuchało. Do walki po stronie brytyjskiej nie stawił się jednak nikt. Nawet Mohawkowie, którzy zawsze wspierali Anglików licząc na nagrody w postaci broni i ubrań. Ci najstraszliwsi z czerwonoskórych, zamieszkujących lasy wokół wielkich jezior ogłosili neutralność wobec poczynań generałów, zarówno tych w czerwonych, jak i tych w błękitno-białych kurtkach.
Plan Amhersta zakładał zaatakowanie Kanady z morza i lądu jednocześnie. On sam wraz wielotysięcznym korpusem ruszył wiosną lądem w kierunku rzeki św. Wawrzyńca, od strony morza zaś Francuzów zaatakować miał awansowany pod Louisburgiem na generała młody James Wolfe. Ostrożność Amhersta była jednak tak wielka, że kiedy Wolfe w początkach lipca wyrzucał francuską załogę z położonej nieco poniżej twierdzy Wyspy Orleańskiej dowódca brytyjskiej armii był ciągle gdzieś w pogranicznych lasach, które usiłował przebyć zabezpieczając się ze wszystkich stron oddziałami zawiadowców.
Wolfe postanowił nie czekać na swojego zwierzchnika. Patrząc na przeciwległy brzeg rwącej i potężnej, nawet w czasie upalnego lata, rzeki widział w szkiełku lunety baterie dział ciągnące się wiele kilometrów w dół i w górę św. Wawrzyńca, widział wykrojone w błękicie nieba kształty tricornów na głowach muszkieterów, widział owiniętych kocami Indian. Były ich tysiące. On sam przyprowadził pod Quebek 8,600 żołnierzy i 18 tysięcy marynarzy, którzy prowadzili 49 wojennych okrętów i 76 statków transportowych. We flocie Wolfa znajdowały się także 152 lekkie jednostki pomocnicze. Wszyscy ci ludzie i sprzęt stłoczeni byli na gęsto zalesionym brzegu oddzielonym od twierdzy rzeką o szerokości pół kilometra, zajmowali także małą wyspę. To wszystko.
Anglicy i ich poczynania były widoczne jak na dłoni. Markiz Montcalm, marszałek Francji wyjeżdżał czasem na wysoki brzeg rzeki, na swoim potężnym, czarnym, jak kruk koniu i przyglądał się poczynaniom młodego generała. Nie było w nim złości, ani nienawiści do tego człowieka. Był bowiem pan marszałek człowiekiem niezwykle rycerskim i prawym, szlachetnym i dzielnym. Był także bez reszty oddany sprawie Kanady i jej obronę zaplanował sam w najdrobniejszych szczegółach. Po to, by nigdy noga brytyjskiego żołnierza nie stanęła na północnym brzegu rzeki świętego Wawrzyńca.
Brzeg zabezpieczony był na długości prawie trzydziestu kilometrów, po piętnaście z każdej strony twierdzy, stały tam działa, czworoboki muszkieterów, oddziały pospolitego ruszenia i Indianie. W lasach po jednej i po drugiej stronie rzeki pełno było białych i czerwonoskórych zwiadowców. Była pełnia lata, która w Kanadzie oznacza tyle tylko, że zaraz zacznie się chłodna jesień, a po niej przyjedzie sroga zima. Montcalm miał więc dużo czasu. Wolfe nie miał go wcale.
Wolfe w czasie lata dwa razy próbował szturmu na Quebek. Obydwa ataki Francuzi odparli z łatwością. Z początkiem września jasne wydawało się, że wkrótce zacznie się odwrót, a Quebek pozostanie niezdobytą twierdzą. Przyszłe lato zaś przyniesie serię francuskich sukcesów, bo czerwonoskórzy długo nie wytrzymają i z wiosną, ignorując obietnice dane Anglikom, na pewno ruszą z lasów by niszczyć ich osiedla i zabijać kolonistów. Quebek uspokajał się więc, uspokajał się także jego obrońca marszałek Francji markiz Montcalm. Wszystko szło ku dobremu.
Nocą z 12 na 13 września 1759 roku do twierdzy miał przybyć konwój z zapasami żywności. Transportowano ową żywność zwykle w wielkich szalupach, które w charakterystyczny sposób kołysały się na rwącej rzece. Taka właśnie łódź ukazała się pilnującym przeprawy pod wysokim brzegiem muszkieterom tamtej nocy. – Qui vive! – okrzyknięto załogę. – France! – zabrzmiał głos z szalupy, z wyraźnym paryskim akcentem. – Który pułk – nie ustępował strażnik. – Pułk królowej – wrzasnął oficer na łodzi. Chwilę potem szalupa zaryła w twardy gliniasty brzeg. Zanim strażnicy zorientowali się, że siedzący w niej żołnierzy mają na sobie czerwone kurtki było już za późno. Powiązano ich i rzucono w trawę nie troszcząc się co stanie się z nimi dalej. Do brzegu dobijały kolejne szalupy, jedna, pięć, dwadzieścia, pięćdziesiąt. Wszystko odbywało się w absolutnym milczeniu, bez bębnów i piszczałek. Każdy doskonale wiedział co ma robić. Żołnierze drapali się na strome urwisko wąską ścieżyną wydeptaną w gliniastej glebie, jeden po drugim, sapiąc i dysząc. Wolf poganiał każdego z nich z osobna - szeptem, słychać było huk rzeki i nawoływania francuskich patroli na górze.
Trzy brygady brytyjskiej piechoty uszykowane zostały na leżącej przed fortem równinie jeszcze po ciemku, była tam także artyleria. Plac ten, ta przestrzeń opodal twierdzy nazywana była poetycznie Błoniem Abrahama. Dzień 13 września 1759 roku pokazał jak właściwa była to nazwa.
Pomimo sukcesu, jakim było lądowanie sytuacja Wolfe’a nie była łatwa. Skoncentrował pod swoimi rozkazami nie byle jaką siłę, ale za plecami i przed sobą miał Francuzów. Rozciągniętych na wielu kilometrach, rozproszonych ale jednak niebezpiecznych. James Wolfe nie bał się jednak, nie było już odwrotu. Nie mógł przecież zejść ze skarpy, załadować ludzi z powrotem na łodzie i przewieźć ich na drugi brzeg. Mógł tylko zwyciężyć lub poddać się Montcalmowi.
Kiedy obudzono tego ostatniego Wolfe, wraz ze swoimi kolumnami maszerował wprost do twierdzy. Była mgła. Generał oddał więc konia ordynansowi i szedł razem z ludźmi, pieszo, ze szpadą w ręku. Montcalm ubierał się w pośpiechu, wkładał swój wspaniały mundur, a kamerdyner czyścił jego marszałkowski kapelusz. Ordynansi siodłali karego rumaka, a oficerowie wyprowadzali czworoboki muszkieterów z bramy Quebeku wprost w rozsnutą nad Błoniem Abrahama mleczną mgłę. Bito w bębny, grały piszczałki i słychać było miarowy krok kolumn. W miarę jak kolumny oddalały się od twierdzy mgła rzedła. Około 10 Montcalm, który zdążył połączyć się z armią zauważył nadchodzących Anglików, ruszył konno wzdłuż szeregów wykrzykując rozkazy dla oficerów. Najeżone karabinami i bagnetami centrum zatrzymało się, flankujące je oddziały milicji i Indian wysunęły się nieco do przodu tworząc łagodny łuk.
Z przeciwka nadchodził Wolfe. Montcalm nie widział go, bo generał dowodził na lewym skrzydle. Kolumny zbliżyły się na odległość strzału, było kilka minut po dziesiątej rano 13 września 1759 roku kiedy padła pierwsza angielska salwa. Potem francuska. Potem rozpętało się piekło, które trwało tak krótko, że to aż nie do uwierzenia. Pięć minut jednostajnej kanonady z obydwu stron, dopóki Montcalm nie zauważył, że dowodzący lewym skrzydłem Wolfe uderzył na oddziały ochotników, które cofają się odsłaniając flankę armii. Padł rozkaz ataku na bagnety. Za późno – salwa z flanki unieruchamia Francuzów na miejscu. Atakujący z przodu Brytyjczycy sami nakładają bagnety na karabiny i ruszają do ataku, Wolf prowadzi swoich żołnierzy z przestrzelonym nadgarstkiem, chwilę później dostaje postrzał w pachwinę. Nie zważa na to, maszeruje dalej. Strzał w pierś oddany przez jednego z ochotników powala generała na ziemię. Nie ma to już jednak znaczenia. Leżąc na ziemi słyszy James Wolfe huk salw, ciągły, nieustający, wydaje mu się, bitwa trwa już dobre pół dnia, a przecież od pierwszego strzału do jego upadku na trawę nie minęło nawet piętnaście minut. – Uciekają, uciekają – słyszy z oddali generał. – Kto? - pyta samego siebie, bo podtrzymujący go żołnierze patrzą gdzieś w przestrzeń i nie słyszą. – Francuzi sir – rzuca w końcu jeden z radością, tak, jakby nie widział, że jego generał umiera.
Tej samej godziny do fortu Quebek zaniesiono bezwładne ciało marszałka Montcalma. Przed śmiercią szlachetny i dworny markiz zdążył jeszcze napisać do Wolfa list prosząc go by ulitował się nad rannymi i jeńcami. Nie wiedział, że jego przeciwnik już nie żyje. Sam zmarł jeszcze tego samego dnia.
Dowódcy rozproszonych wokół twierdzy francuskich korpusów nie odważyli się atakować, wycofali się w lasy, pozostawiając Quebek własnemu losowi. Po kilkudniowych rokowaniach, 18 września twierdza skapitulowała.
Nikt tego jeszcze nie wiedział na pewno, ale tamtego wrześniowego dnia skończyła się Nowa Francja. Rok później, co prawda, na tym samym Błoniu Abrahama Francuzi pokonali Brytyjczyków dowodzonych przez Jamesa Murraya, ale nie miało to już żadnego znacznie. 15 minut nieustającej kanonady z muszkietów oraz pomysłowość i poświęcenie jednego młodego człowieka, którego awansowano właśnie na generała, zdecydowały o wszystkim.




Komentarze
Pokaż komentarze (21)