coryllus coryllus
4770
BLOG

Zimowa tęcza czyli po co nam polska racja stanu

coryllus coryllus Polityka Obserwuj notkę 41

 Odwiozłem dziś dziecko do przedszkola, a kiedy wracałem oczom moim ukazała się tęcza. Najprawdziwsza, siedmiobarwna tęcza wznosiła się nad parkiem dworskim w Radoniach i był to widok niesamowity. Pierwszy raz widziałem tęczę w zimie i ucieszyłem się jak nie wiem co, bo jestem ciut zabobonny i różne znaki na niebie i ziemi cieszą mnie i niepokoją w zależności od kontekstu, w którym je oglądam. Tęcza towarzyszyła mi do samego zjazdu na naszą ulicę. Pomachałem jej i skręciłem do domu, a teraz siedzę przed monitorem i z niejakim zdziwieniem myślę o tym ile to się ostatnio tekstów w salonie pokazało dotyczących polskiej racji stanu. Polska racja stanu to, polska racja stanu tamto, polska racja stanu coś jeszcze innego. Do tego mnóstwo rad dotyczących polityki wschodniej, oraz tego jak należy, a jak nie należy rozmawiać z Rosją i innymi państwami, itp., itd. Ponieważ jak tu od dłuższego czasu używam słowa doktryna, chciałbym do niego powrócić. Ono jest adekwatne do sytuacji o wiele bardziej niż racja stanu i o wiele dokładniej opisywać będzie naszą misję o ile już nasiąknie treścią, co może się, jak wiemy nie wydarzyć nigdy. Mało kto bowiem myśli o doktrynie, wszyscy pierniczą o racji stanu i sposobach jej realizacji.

Otóż sprawy mają się tak, że Polska ma dziś szansę zostać czymś w rodzaju XVIII i XIX wiecznej Hesji, skąd imperium brytyjskie wybierało najemnego żołnierza, który walczył potem w koloniach. Na nic więcej nas nie stać, a owe dyskusje dotyczące racji stanu są jedynie uwagami, dość luźnymi, dotyczącymi prowadzenia negocjacji z patronem i na temat wysokości stawek dla oficerów, podoficerów i żołnierzy walczących gdzieś hen daleko. Ludzie zaś, którzy je inicjują mają, biorącą się nie wiadomo skąd nadzieję, że posiadają jakąś swoistą chytrość, która pozwoli im ugrać te 5 dolarów więcej na głowę. W zasadzie to jest nawet gorzej niż w Hesji, skąd król Jerzy brał wojsko najemne, bo tam interesy wojenne prowadził miejscowy książę, a u nas właściwie nie wiadomo kto. I nie wiadomo kogo ci wyjeżdżający na misje wojacy tak do końca powinni słuchać. Niby prezydenta, ale sami wiecie jak jest....

Jak wiecie do niedawna istniały dwa rodzaje państw: imperia i państwa narodowe. Te ostatnie mogły realizować doktrynę podboju, ale nie muszą, mogą realizować jakąś misję. Póki co nie wymyślono lepszej misji niż głoszenie ewangelii, co w świecie realnym, zawsze sprzęgnięte było z szukaniem sposobów na tanią produkcję i taką organizację życia, która pozwoli ludziom nie tylko harować od świtu do nocy, ale także modlić się i posiedzieć bezpiecznie z rodziną przy stole. W imperiach nie może być o tym mowy, bo imperia rosną kosztem swoich obywateli, jedynymi zaś spokojnie i dostatnio, a także bezpiecznie żyjącymi ludźmi są tam twórcy imperialnej propagandy, czyli filmowcy, którzy kręcą obrazy o tym jak fantastycznie się żyło za króla Jerzego, a teraz to jest nawet proszę stryjenki lepiej. Przyszłość zaś rysuje się już całkowicie różowo. Wszyscy inni, zamieszkujący imperia mają przekichane. Są zadłużeni, tyrają od świtu do nocy, a w nagrodę mogą sobie kupić motor na raty i rozbić się nim na autostradzie w dzień święta państwowego.

Rzeczywistość wygląda tak, że państw narodowych właściwie już nie ma, są tylko imperia, które zwalczają się rozmaitymi sposobami, a my akurat mamy pieriedyszkę, polegającą na tym, że czynione są jakieś zakulisowe podchody, które mogą skutkować czymś strasznym, ale nie muszą o ile podstępy, które przygotowuje się we współczesnych tajnych kamerach okażą się skuteczne. Państwa narodowe stały się dziś jedynie atrapami, bo żaden naród nie jest tak silny, by utrzymać swoją dominację na niewielkim nawet obszarze. Nawet Chiny tego nie potrafią. Ponieważ imperia muszą rosnąć, a Ziemia nie jest z gumy, do jakiejś katastrofy prędzej czy później dojdzie. Raczej później niż prędzej ponieważ rozrastanie się imperiów odbywa się w kilku kierunkach, nie tylko w szerz, ale także w głąb. To znaczy przychodzi taki moment, kiedy imperium poszukiwać zaczyna wroga wewnętrznego, by utrzymać dynamikę wzrostu. Trzeba kogoś obrabować lub zmienić nieco stosunki władzy na szczytach i do tego potrzebny jest wróg wewnętrzny. Wszyscy mniej więcej znamy historię ZSRR i mamy jakieś pojęcie o tym jak się to tam odbywało. No to teraz może dojść do przeskalowanego poszukiwania wroga wewnętrznego, o jakim się towarzyszom z KC nie śniło. Musimy bardzo uważać, żebyśmy się takim wrogiem nie stali. Wtedy koniec. A możliwości wrabiania dużych grup ludzi w sytuację bez wyjścia to jest osobny przedmiot wykładany samym najlepszym studentom, w imperialnych uczelniach wyższych, które wszystkie jak jedna noszą imię im. Johna Dee. Czy my w ogóle mamy o tym jakieś pojęcie? Kiedy patrzę na te recepty dla Polski publikowane w salonie24 jestem pewien, że nie. My się poruszamy po jakimś gabinecie figur wioskowych, w którym ktoś puszcza slajdy z rzutnika i wmawia nam, że to film pełnometrażowy. Nie tak dawno pisałem o pewnym prawicowym publicyście, który wyjaśnił nam dokładnie, że pomiędzy Polską a Ukrainą nie ma żadnych nieporozumień prócz tych dotyczących przeszłości. Odniosłem się do tego w osobnym tekście, ale coś jeszcze muszę dodać. Otóż nic istnieje nic takiego jak przeszłość w świecie polityki i w świecie doktryn imperialnych. Wszystko jest teraz. Wystarczy posłuchać jednego czy drugiego demagoga, żeby zorientować się, iż sprawy sprzed 500 czy 300 lat są tak samo istotne i mogą być użyte realnie dziś jako polityczne narzędzie, równie skutecznie, a może nawet skuteczniej niż ekonomiczne embargo czy jakieś tam wskaźniki czegoś, wzrostu czy spadku, nie jest to istotne.

Integralną częścią imperiów są banki. Trudno wyznaczyć granicę, gdzie zaczyna się władza polityków, a kończy władza banków w strukturze imperialnej, pokusa by stwierdzić, że rządzą banki jest wielka, ale to nie prawda. Rządzi doktryna. Przeszłość zaś, która jak pamiętamy jest teraz, uczy, że sukces osiągają ci, którzy mają bardziej spójną doktrynę. Ja tu oczywiście zawsze będę wracał do doktryny Johna Dee stworzonej dla potrzeb imperium brytyjskiego, doktryny, która dała temu imperium sukces i którą ograniczał właściwie tylko bezwład innych państw. Ona jest najważniejsza bez jej zrozumienia nie dojdziemy do prawdy. W warstwie ekonomicznej doktryna ta polegała na prostej bardzo relacji pomiędzy bankami a koroną – korona była zawsze udziałowcem przedsięwzięć kupieckich i ona wystawiała certyfikaty legalności. Kiedy do tego z wyspy pozbyto się księży katolickich korona przejęła również atrybuty religijne i juma nie dość, że miała wymiar propaństwowy i integrowała ludzi z pieniędzmi w hierarchicznych gangach, to jeszcze miała wymiar sakralny i czyniła ich wybrańcami, pewnymi siebie i nie znającymi wahań. Żeby osiągnąć tak uprzywilejowaną pozycję korona musiała pozbyć się baronów, częściowo poprzez fizyczną likwidację, częściowo poprzez przejęcie ich majątku czyli systemowe zubożenie, a częściowo poprzez przywiązanie do osoby władcy. Czynności te określać będziemy jako podporządkowanie kapitałowi wielkoobszarowych gospodarstw rolnych i uzależnienie produkcji żywności od banków.

I tu dochodzimy do rzeczy najważniejszej, czyli co rzeczywistego celu imperiów. On jest zawsze taki sam - chodzi o kontrolę nad produkcją żywności, a w naszych czasach jeszcze nad energetyką. Dążenie to, rozpoznane i zafałszowane przez XVI, XVII, XVIII i XIX wiecznych filmowców nosi w literaturze nazwę rewolucji i przedstawiane jest zwykle jako proces zmierzający ku uszczęśliwieniu wielkich mas ludzi. My wiemy, że to kłamstwo, ale czy nasze dzieci będą o tym wiedzieć? To ważne pytanie, albowiem wiele osób łudzi się, że upadek komunizmu zmienił jakoś tę tendencje i teraz to już, panie dzieju będzie normalnie. Otóż nie będzie, bo zawsze jest tak, że ludzie wolni zaczynają działać i wychodzi im, że można coś zarobić na produkcji rolnej, jeśli nie na wielką skalę to na taką może trochę mniejszą. Wszystkiego zaś i wszystkich, nawet dziś kontrolować się nie da. Znajdą się więc na pewno tacy, którzy nieświadomie staną w poprzek doktrynie imperialnej. W systemie imperialnym zaś, w systemie, który musi dążyć do absolutnej szczelności takie rzeczy są nie do pomyślenia. Zaprzeczają one bowiem istocie imperium, negują ją i sprowadzają na takiego buntownika najgorsze kary.

Ponieważ jedyną organizacją, która skutecznie, aczkolwiek przy wielkich stratach, przeciwstawiała się imperiom był Kościół Katolicki warto przypomnieć jakimi metodami się w czasie owych konfrontacji posługiwano.

Kontrola nad dużymi dużymi sektorami gospodarki odbywała się zawsze poprzez organizację życia społeczności, czynnej przy jakiejś wytwórczości. Z żywnością sprawa była prosta, bo zarządzali jej produkcją baronowie, właściciele folwarków, którzy – nawet jak im się zdarzyło zadłużyć – potrafili kwestię swojego zadłużenia rozwiązać metodami powszechnie krytykowanymi, ale za to niezwykle skutecznymi. Oni też pozostawali w ścisłym sojuszu z Kościołem, który także gromadził latyfundia i prowadził, poprzez swoich ludzi gospodarstwa rolne nastawione na specjalistyczną produkcję. Kiedy baronowie nagrzeszyli wobec swoich wierzycieli, szli do spowiedzi, odbywali pokutę, nieraz bardzo ciężką i prowadzili swoje folwarki dalej. Byli także podporą tronów, ale ciągle niestety wystawiani byli na różne pokusy. Były to pozornie pokusy natury religijnej, ale w rzeczywistości chodziło po propagandę gospodarczą i zmianę stosunków własności na wsi. Na omówienie tych spraw szczegółowo przyjdzie jeszcze pora.

O wiele gorzej było z miastami, albowiem odbywająca się tam produkcja masowa wymagała dużej dyscypliny pracy, a tę dawała jedynie wspólnota o charakterze religijnym. Dobrze wiedziano o tym w Rzymie, ale życie bywa szybsze niż decyzje papieży i herezje zwykle zaczynały rozwijać się w wielkich ośrodkach miejskich. Szczególnie tam, gdzie rozkwitał najważniejszy przemysł dawnych czasów czyli przemysł tekstylny. Od razu też zaczynały w takich ośrodkach wybuchać bunty, których celem było uzależnienie produkcji od banków lub dworów obcych. Wrogami buntowników zaś zawsze byli miejscowi książęta i Kościół, który rościł sobie prawo do posługo religijnej w społecznościach miejskich. Naprzeciwko zaś herezji wychodziły za każdym razem zastępy mnichów żyjących i utrzymujących dyscyplinę według nowej, dostosowanej do aktualnych tendencji reguły. I wierzcie mi, że nie było wcale przypadkiem to iż św. Franciszek, biedaczyna z Asyżu, pochodził z rodziny kupieckiej, która obstawiała sporą część rynku tekstylnego w Italii.

Co to ma wspólnego z Polską? Otóż w Polsce numery z herezją nie przechodziły. Nawet kiedy połowa kraju wydawała się opanowana przez herezję, czyli w rzeczywistości podporządkowana bankom i dworom obcym, siła którą dysponowali miejscowi baronowie, czyli po prostu szlachta była przemożna. Dochody zaś płynące z latyfundiów oraz innych gałęzi gospodarki tak potężne, że o zawładnięciu nimi za pomocą jakiejś prymitywnej deprawacji nie mogło być mowy. Przechodziły za to owe numery we Francji i tu dochodzimy do bezwładu państw, który blokował rozwój i ekspansję imperium brytyjskiego. Francja do czasów Ludwika XIII jest krajem na granicy rozpadu, trzyma się dzięki gwałtownej i brutalnej reakcji katolickiej szlachty i oporowi Paryża, które to siły za nich nie chcą iść na służbę banków, czyli w tamtym przypadku po prostu Londynu. Ani szlachta francuska, ani uniwersytet nie były zdolne do akcji zaczepnej, ale mogły bronić się skutecznie u siebie. Kiedy imperium skierowało swoją uwagę za ocean, oraz starło się za tym oceanem z Hiszpanią, Francja mogła trochę odetchnąć, ale nie na długo. Potrzeba było czegoś, jakiejś doktryny, która odsunęłaby groźbę ponownego ataku. I taka doktryna się znalazła. Nazwano ją merkantylizmem, ale chodziło po prostu o ochronę francuskiego rynku i francuskich producentów. Żeby ową ochronę zapewnić Paryż musiał skierować uwagę imperium na kogoś innego. I skierował – najpierw na Austrię, a potem na Polskę. Zyskali w ten sposób Francuzi półtora stulecia spokoju. Przez te półtora stulecia trwała u nas wojna, właściwie nieprzerwana, wojna realizowana przez podwykonawców wynajętych przez banki, głównie przez Szwecję, ale także przez kozaków, a potem przez Prusy. Jej celem było zniszczenie i podporządkowanie bankom produkcji rolnej na terenie Rzeczpospolitej. Przeciwko tym działaniom można było wystąpić właściwie tylko w jeden sposób, poprzez wspólną akcję z Kościołem i organizacjami, które go reprezentowały, co w praktyce oznaczało współprace z Jezuitami.

I teraz zwróćcie uwagę na pewien szczególny rys, który pojawia się zawsze w opisach misji jezuickich na terenie Rzeczpospolitej. Otóż wszyscy uczeni humaniści, którzy problem ów badają, piszą, że jezuici powrócili do formuły Kościoła wojującego. Ja, bardzo przepraszam, ale to jest taka brednia, że szkoda gadać. Najtrudniejszy odcinek pracy – kresy upadającej w XVII wieku Rzeczpospolitej, opanowane przez różne gangi, zwykle bardzo brutalne są miejscem poświęcenia dla wielu zakonników. Chodzą oni osobiście od drzwi do drzwi i w czasie wojny głoszą dobrą nowinę. I dziś, na licznych uniwersytetach, w licznych antologiach tekstów dotyczących problematyki religijnej i politycznej tamtych czasów używa się wobec nich formuły „Kościół wojujący”. A na dodatek przeciwstawia się temu wojującemu Kościołowi arkadyjską, sięgającą antyku rzecz jasna, wizję życia ziemiańskiego, które jest udziałem szlachty innowierczej głównie lub z innowiercami sympatyzującej. I nikt tu nie widzi żadnej pomyłki? Żadnego curiosum w tym propagandowym zakrętasie? To po co ci autorzy chodzili do szkoły? Banda zdrajców szykująca rozbiór i podział majątków, w dodatku nie swoich, przedstawiana jest w polskiej literaturze naukowej, jako gromadka pogodnych i sympatycznych myślicieli zatroskanych o przyszłość kraju. Ojcowie jezuici zaś to Kościół wojujący, chcą oni powyrywać lutnie i flety z rąk tych pierwszych i każą im się biczować? Tak to jest rysowane.

Czasy trochę się zmieniły i Jezuici nie są już tym czym byli dawniej. Warto jednak wszystkie te kwestie przemyśleć raz jeszcze, bo nie możemy kręcić się wokół dylematów „czy z Niemcami, czy z Rosją” i nie możemy budować naszej przyszłości i przyszłości naszych dzieci wokół negocjacji stawek najemnych żołnierzy. Degradujemy się przez to i niszczymy.

 

Na stronie www.coryllus.pl trwa promocja książek „Dzieci peerelu” i „Nigdy nie oszczędzaj na jasnowidzu”. Sprzedajemy je w tym miesiącu po 15 złotych za egzemplarz. Można także zobaczyć tam portret Georga Hohenzollerna autorstwa Tomasa Bereźnickiego z Krakowa. Georg będzie jednym z bohaterów komiksu „Święte królestwo 1526”, który ukaże się na wiosnę. Mamy w ofercie także nowe książki i nowe kwartalniki. Wszystko na stronie www.coryllus.pl. Jeśli ktoś woli kupować książki w tradycyjnym sklepie może odwiedzić księgarnię Tarabuk przy Browarnej 6 w Warszawie, sklep FOTO MAG przy stacji metra Stokłosy, albo księgarnię „Latarnik” przy Łódzkiej 8 w Częstochowie. Aha, jest jeszcze księgarnia wojskowa w Łodzi, przy Tuwima 33, tak także powinny być jeszcze nasze książki. No i w Katowicach, w księgarni „Wolne słowo” przy 3 maja.

coryllus
O mnie coryllus

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (41)

Inne tematy w dziale Polityka