coryllus coryllus
5227
BLOG

Wzmocnienie władzy k(ról)..ewskiej czyli go-go girls

coryllus coryllus Polityka Obserwuj notkę 79

 Spośród różnych wytrychów, którymi otwiera się polską historię po to ją pokazywać maluczkim i głupim najważniejsze są dwa: wzmocnienie władzy królewskiej i wzmocnienie roli miast. Nie wiem kto te idiotyzmy wymyślił i kiedy, ale są one stale obecne w podręcznikach i różnych popularnych gawędach. Nie ma też oczywiście żadnych widoków na to, że uda się je stamtąd usunąć, że znikną i przestaną straszyć. Wzmocnienie władzy królewskiej to jest pieszczota dla uszu i serc wielu ludzi, tak wielu, że strach. I za nic tym ludziom nie da się wytłumaczyć, że w naszych warunkach wzmocnienie tej władzy oznacza po prostu wzmocnienie władzy banków i zadłużenie dworu. I jeszcze coś – wydanie na łup tym bankom szlachty, czyli zarządców folwarków, czyli oddanie w pacht produkcji żywności. To jest oczywista oczywistość jak mawiał klasyk, a temat wzmocnienia podtrzymywany jest w głowach dlatego, że każdemu się wydaje iż w Polsce możliwe były do przeprowadzenia te wszystkie zbrodnie, które dokonały się na Wyspie. I kiedy już byśmy przećwiczyli likwidację tych co przeszkadzają i rabunek dóbr kościelnych zapanowałby u nas taki sam dobrobyt jak w Anglii i byłoby tak samo świetnie. To jest myślenie charakterystyczne dla upośledzonych umysłowo i emocjonalnie socjopatów oraz dla niektórych profesorów z uniwersytetu warszawskiego. Smutne to, ale prawdziwe. Jest ów temat lansowany także z tego powodu, że wzmacniania władzy nigdy dość i można je przeprowadzić także dziś w imię porządku, prawa i spokoju. I jeszcze europejskich standardów. Po to, mili państwo, że zlikwidować bezhołowie i charakterystyczną polską anarchię, spadek po czasach sarmatyzmu. Ja dokładnie pamiętam jak o tym bezhołowiu i anarchii, co to nam się w genach przechowała opowiadał w przytomności czterech osób Czesław Bielecki. Siedzieliśmy wtedy, dwa lata temu zimą, w Instytucie Sobiesiaka, ja, Józef Orzeł, Czesław Bielecki, Ireneusz Jabłoński i Jan Filip Staniłko. No i pan kamerzysta jeszcze, który wszystko nagrywał. Siedzieliśmy sobie, a ja słuchałem jak bardzo wprowadzaniu standardów w Polsce przeszkadza ta szlachecka, anarchiczna tradycja, która nie wiedzieć czemu każe bronić swojego mienia. Gdyby tego nie było, o ileż łatwiej wzmacniałoby się władzę k(ól)urewską, o ileż łatwiej wzmacniałoby się rolę miast i robiło inne potrzebne rzeczy, bez których niemożliwe jest wprowadzenie dobrobytu.

Wróćmy do Wyspy i doktryny, która nią rządzi. Na wyspie produkowało się wełnę i to było podstawą gospodarki Wyspy. Wełna ta była sprzedawana masowo na południe dzisiejszej Francji, w czasach herezji katarskiej, do Flandrii, co oczywiste oraz do Włoch. Tam przerabiano ją na sukno i rozprowadzano po całej Europie. Wełnę produkowano też w innych krajach, ale ta z Wyspy była najważniejsza. Pieniądze z tego procederu oraz z innych, słabszych nieco gałęzi gospodarki, która od samego początku była – jak byśmy to dziś nazwali – bardzo nowoczesna, dynamiczna i opierająca się na szybkim obrocie i szybkich zyskach, zarządcy wyspy przeznaczali na wojnę. Było to łatwe, bo ubożuchni i upośledzeni w stosunku do banków, gildii miejskich i dworu właściciele folwarków, którzy mieli w dodatku narzucone chore prawo własności wydziedziczające wszystkich synów poza pierworodnym, bez problemu dawali się namówić do uczestnictwa w rabunkach za morzem. Jeśli do tego dołożymy horrendalne roszczenia dworu londyńskiego wobec Francji to mamy mniej więcej zarysowany obraz gangstera z nożem i granatem w obydwu rękach, który domaga się pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy. Ponieważ jednak pieniędzy nie da się zjadać, a na wyspie żywność produkowana jest w ilościach dalece nie wystarczających, do tego wielkie latyfundia znajdują się w rękach Kościoła, szczęście tych, którzy trzymają w rękach prawie wszystkie sznurki nie jest pełne. Jest prawie pełne. Całkowite będzie wtedy kiedy wszystkie sznurki będą w jednym ręku. Zaczyna się więc trwające kilka setek lat likwidowanie konkurencji, co niektórzy frajerzy nazywają postępem i wprowadzaniem nowoczesnej gospodarki. Najpierw przychodzi czas na baronów, których wpływy przestają mieć znaczenie od czasów Henryka VII, czyli od chwili wstąpienia na tron uzurpatorów wyciągniętych nie wiadomo skąd, czyli dynastii walijskiej. Później przychodzi pora na Kościół, z którym rozprawia się Henryk VIII. Na koniec zaś dwór zostaje zlikwidowany i podporządkowany bankom londyńskim, które wystawiają jako frontmena niejakiego Cromwella. Pan ten, przedstawiany zwykle jako ubogi szlachetka ze wschodniej Anglii, prowadzi politykę światową. Sam oczywiście nie ma aż takiej wyobraźni, by się tym zajmować profesjonalnie, ale jest wygodnym słupem, dla sił postępu. Ponieważ kwestie panowania nad produkcją żywności są najważniejsze i nigdy nie schodzą z pierwszych stron gazet, a do tego wiążą się one ściśle z rolą Kościoła hierarchicznego w życiu państw i narodów, ludzie zlecający panu Cromwellowi różne zadania postanawiają rozwiązać jakoś i tę kwestię. Jak to już pisałem niedawno, dla Anglii najważniejsza jest żywność produkowana we Francji, ale koszta opanowania tej produkcji okazują się za wysokie i Francuzi okupiwszy się różnymi kompromisami i kompromatami, wychodzą z tej przygody cało. Jest jednak kraj w Europie, który psuje całkowicie tę wędrówkę ku szczęściu powszechnemu. Chodzi oczywiście o Polskę wraz z Litwą i Rusią. Za dużo swobody, za dużo pieniędzy w jednym miejscu, które nie są przez banki kontrolowane, za dużo ozdób w kościołach, za dużo złota w domach, w rzędach koński, w strojach męskich i kobiecych. I żadnej kurna skromności w tym nie ma i nie chcą wcale ci Polacy słuchać o surowej pobożności, no, żesz w mordę, jak można to tolerować....?

Polskę trzeba więc podzielić, zlikwidować majątki kościelne, a także magnackie, szlachtę sprowadzić do roli dyrektorów małych PGR-ów, oczywiście szlachtę innowierczą, nie katolicką, bo ta pójdzie na wygnanie, wymorduje się ją, albo wywiezie do Ameryki, a krajowi dać nowego zarządcę. Najlepiej kalwina, żeby miał dobre kontakty z Londynem. Jest nawet ktoś taki na podorędziu. To Jerzy II Rakoczy, książę Siedmiogrodu. Fajny gość, wariat trochę, ale obleci. To wszystko nie może się udać niestety póki nie przewróci się w głowach choć części magnaterii i wpływowych osób. Najlepiej z najbliższych kręgów władzy, a najfajniej byłoby gdyby samemu królowi we łbie namieszać i to się udaje, ale spirytusem movensem całego przedsięwzięcia jest sam kanclerz Jerzy Ossoliński, szczery dureń i gamoń, który szkół niepotrzebnych wiele ukończył, aspirować ku nie wiadomo czemu zaczął i wreszcie go ambasadorem w Londynie zrobili. Tam właśnie książkę Buckingham, stary pedał i oszust naopowiadał mu jak to będzie fajnie jak się już tę władzę królewską w Polsce wzmocni, jak się tę szlachtę utemperuje, jak ta Polska rozkwitnie i jakie kariery robić w niej będą tacy Ossolińscy i ich krewni. Wszystko to będzie niebawem, a teraz trzeba tylko takie tu papiery podżyrować i gites...W kraju kanclerz powtórzył kolegom co mu tam w Londynie powiedzieli, a króla na wyprawę przeciwko Turkom zaczął namawiać. Dlaczego przeciwko Turkom? A dlatego, że osłabienie Turcji oznaczało osłabienie Francji i Londyn mógłby wtedy przeprowadzić to co było już kiedyś przeprowadzone i co nie udało się po raz kolejny za panowania ostatnich Walezjuszy, mógłby odkroić zachodnią, rolniczą część kraju, nadać jej całkowicie heretycki charaktery i uczynić swoją prowincją, jak w czasach Henryka II Plantageneta. I byłoby fajnie. Na Polskę zaś napuścić można w tym czasie Szweda. Sprawy jednak się skomplikowały, a to za sprawą faceta nazwiskiem Chmielnicki, który jakieś swoje karty powyciągał na stół i do głosu się dorwał.

W tym miejscu zakończę swoją tyradę, bo nie jest moim celem pisanie na nowo XVII wiecznej historii Polski, a na pewno nie zrobię tego dzisiejszego ranka. Wobec takiego szkicu taktycznego mili Państwo gadanie o wzmocnieniu władzy królewskiej jest po prostu niestosowne. Polityka zawsze bowiem ma wymiar globalny, a nie lokalny i decydują o jej przebiegu te ośrodki, które są od nas najbardziej oddalone. Polska w stuleciach XVI i XVII była eksporterem stali, zboża i wełny. Była rynkiem w zasadzie samowystarczalnym, który mógł stanowić konkurencję dla wszystkich. Szlachta zaś, która w tej Polsce była najważniejsza, prócz prowadzenia gospodarstw rolnych parała się również biznesem, co było wielokrotnie wyszydzane przez wielkich poetów, takich jak Hans z Czarnolasu, piszący o przekuwaniu lemieszy na miecze i o wycinaniu lasów na opał dla hut. To były z punktu widzenia Hansa czynności krępujące i haniebne, szlachta powinna dostarczyć zboże do miasta, najlepiej niemieckiego i ruszyć na Turka, a następnie polec w bohaterskim boju nie pozostawiwszy, rzecz oczywista, testamentu. A jeśli już to jakiś łatwy do obalenia.

Nie wiem dokładnie od kiedy i przez kogo realizowana zaczęła być doktryna hermetycznej izolacji stanu szlacheckiego, ale myślę, że jest to przedmiot badań, którym poważnie zająć powinni się historycy, szczególnie ci interesujący się propagandą i jej wpływem na życie narodów. Gadanie o wybraństwie szlachty, podkreślanym w setkach publikacji, przy jednoczesnym, realnym zmniejszaniu jej wpływów politycznych i finansowych, było jak myślę, jedną z przyczyn likwidacji Rzeczpospolitej. To ważna myśl, tym ważniejsza im mocniej przywiązani dziś jesteśmy do opowieści o naszej przeszłej wielkości, tym ważniejsza im mniej pieniędzy mamy w kieszeni, im bardziej fikcyjna jest nasza własność, a im mocniej pielęgnujemy coś co zwykle nosi nazwę „dumy narodowej”. „Firma zamiast”, była kiedyś taka książka dla dzieci, nie pamiętam dokładnie treści, ale już sam tytuł mówi bardzo wiele. Strzeżmy się tej figury, choć być może i na to jest już za późno i nie ma w ogóle o czym gadać.

Odsuńmy się teraz nieco od kwestii polityki globalnej i spójrzmy na ulicę Krakowskie Przedmieście w Warszawie, na ulicę przy której stoi kościół św. Anny, naprzeciwko zaś tego kościoła powstał niedawno klub go-go, czyli miejsce, w którym można sobie pooglądać jak gołe baby tańczą na stołach. Za pieniądze oczywiście, bo przecież nie za darmo. Ja, o czym już wspominałem, mam od niedawna radio w samochodzie i szczery od wczoraj zamiar, wyrzucenia go stamtąd. Tyle lat jeździłem bez radia i było dobrze, nie wiem co mnie podkusiło. Ono się w dodatku samo włącza kiedy uruchamiam silnik i płyną z niego głosy, jakże podobne do tego co o stali, hutach, wyrębie lasów i gospodarce pisał dawno temu Hans z Czarnolasu. Wczoraj była właśnie dyskusja o tym klubie go-go naprzeciwko kościoła św. Anny. W rzeczywistości było to szyderstwo z ludzi, którym się ten klub nie podoba, a jego istnienie w tym miejscu uważają oni za hańbę. Dzwonili do tego radia różni ludzie i opowiadali o niepotrzebnej świętoszkowatości księży, o tym, że przecież przy ul Jana Pawła II jest najwięcej sex-shopów w Warszawie i nikt nie protestuje, opowiadali o tym, że taki klub to tylko biznes i jeśli właściciel płaci miastu podatki to nie ma przecież o czym gadać wszystko jest legalne. Najlepsza zaś była pani z ratusza, która powiedziała, że choć klubu nie da się usunąć legalnymi środkami to można jego właścicielowi obrzydzić życie tak, że popamięta, będą kontrole, będą sanepidy, będzie wszystko co tylko może przyjść do głowy stołecznym urzędnikom. Ta powiedziała ta pani, a dziennikarze z radia byli bardzo zadowoleni, bo nie dość, że dokopali Kościołowi, emitując głosy tych biednych durniów z całej Polski co tam dzwonili to jeszcze wzmocnili władzę k(ról)urewską puszczając w eter popierdywania tej pańci z ratusza.

Ponieważ ja pracowałem kiedyś w prasie lokalnej i w prasie zwanej kobiecą, roszczę sobie prawo do niejakiego znawstwa w kwestiach biznesowych ocierających się o stringi. Jest tak – jeśli ktoś instaluje klub go-go w centrum miasta, tak jak to ma miejsce we Wrocławiu na przykład, przy rynku, czy w Warszawie przy Krakowskim Przedmieściu to wyczyn ten nie jest przypadkowy. To jest efekt pewnych przetasowań w kulisach władzy lokalnej, a być może nie tylko lokalnej i oznacza on, że na rynku władzy i wpływów urzędniczych pojawiły się nowe pieniądze, które do tej pory nie były tam obecne, lub były, a w ilości niewystarczającej do otworzenia go-go club w centrum stolicy. Żaden urzędnik nic z tym nie zrobi, może co najwyżej sobie pomlaskać w radio. Nie jest to bowiem sfera do której sięgają jego ręce. Wkrótce się o tym przekonamy, bo wszyscy urzędnicy udawać będą, że klubu nie ma, a rozgłośnie radiowe emitować będą jeszcze więcej programów o tym jaki okropnie zakłamany jest Kościół i wierni, bo im przeszkadza uczciwy biznesmen płacący podatki. Panie zaś, które tam tańczą, czynią to przecież dobrowolnie i nikt nie jest do niczego zmuszany.

Tego akurat nie wiemy, bo struktura rynku kurewskiego to jest jedna z ciekawszych zagadek świata tego i póki co nikt dokładnie tego rynku nie zanalizował. Nie wiemy ile tam jest ochotniczek na etatach, ile niewolnic, ile nieszczęśliwie zakochanych w alfonsach dziewic, ile złych kobiet, a ilu transwestytów aspirujących do bycia Sophią Loren. To są wszystko zagadki, których nie rozwiążmy, bynajmniej nie dlatego, że żona nam zabroni, ale dlatego, że nie ma w Polsce redaktora naczelnego, który opublikowałby uczciwy materiał na ten temat. A nawet jeśliby to zrobił, nikt by w to zapewne nie uwierzył.

No, ale wracajmy do ad remu. Obecność klubów go-go w centrach miast świadczy o tym, że wzmacniana jest władza K(ról)urewska i o niczym więcej. Nie świadczy to o tym, że społeczeństwo nasze staje się bardziej liberalne, nie świadczy też o tym, że Polacy zaczynają inwestować w nowe gałęzie show biznesu, które rozwijają się najbardziej prężnie. Nic z tego, tam chodzi o władzę, której istota jest zakamuflowana w sposób identyczny jak istota, tej, o której pisze się i mówi w związku z nieszczęśliwą historią Polski.

 

Na stronie www.coryllus.pl trwa promocja książek „Dzieci peerelu” i „Nigdy nie oszczędzaj na jasnowidzu”. Sprzedajemy je w tym miesiącu po 15 złotych za egzemplarz. Można także zobaczyć tam portret Georga Hohenzollerna autorstwa Tomasa Bereźnickiego z Krakowa. Georg będzie jednym z bohaterów komiksu „Święte królestwo 1526”, który ukaże się na wiosnę. Mamy w ofercie także nowe książki i nowe kwartalniki. Wszystko na stronie www.coryllus.pl. Jeśli ktoś woli kupować książki w tradycyjnym sklepie może odwiedzić księgarnię Tarabuk przy Browarnej 6 w Warszawie, sklep FOTO MAG przy stacji metra Stokłosy, albo księgarnię „Latarnik” przy Łódzkiej 8 w Częstochowie. Aha, jest jeszcze księgarnia wojskowa w Łodzi, przy Tuwima 33, tak także powinny być jeszcze nasze książki. No i w Katowicach, w księgarni „Wolne słowo” przy 3 maja.  

coryllus
O mnie coryllus

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (79)

Inne tematy w dziale Polityka