Z punktu widzenia warsztatowego najbardziej interesuje mnie sposób w jaki pisarze zabierają się za relacjonowanie wypadków na polach wielkich bitew. Ja wiem, że tym się nie specjalnie interesują kobiety, a ponoć cała literatura jest dla kobiet. Tyle, że to jest pewien wyznacznik umiejętności. O stanach duszy, bądź fizjologii potrafi bredzić każdy, nawet poeta Wencel, z bitwami jest gorzej. Teoretycznie najlepszym autorem takiego opisu powinien być ktoś, kto w jakiejś bitwie brał udział, ale to się sprawdza właściwie w dwóch tylko przypadkach. No chyba, że znacie więcej takich autorów. Ja mam na myśli Stendhala i Babla. U jednego i drugiego wojna jest opisana tak, jak pewnie naprawdę wygląda. No więc mamy bohatera, który nie rozumie połowy faktów rozgrywających się przed jego oczami. Mamy także problemy, które rozwiązać powinni, najlepiej jak potrafią, wszyscy, liczni uczestnicy zdarzenia. Oni jednak swoje zadania, i to jest właśnie w tych opisach najlepsze, sprowadzają do jednej właściwie kwestii: co tu ukraść i gdzie zwiać. Chaos jaki panuje na polach bitew jest mało heroiczny, śmierć nosi wszelkie cechy banalności i irytuje jedynie tych, którym udało się przeżyć, a czasem cieszy, jeśli nieboszczyk miał przy sobie coś cennego. Kradną wszyscy, od szeregowych, po wyższych oficerów. W najwyższej cenie są oczywiście konie, których, w przeciwieństwie do porzuconej broni zawsze na polu bitwy brakuje. Konie kradną więc wszyscy i w pomysłowości swojej, w czasie tych czynności, posuwają się do ostatnich granic. Tak więc szczerze polecam wszystkim ponową lekturę „Pustelni parmeńskiej” i „ Dziennika roku 1920”. Dobry opis bitwy znajduje się także w książce Stanisława Rembeka zatytułowanej „W polu”. Już o tym pisałem, ale jeszcze raz powtórzę. Frontalny atak bolszewików na pozycje polskie kończy się tak, że czerwoni zatrzymują się o kilkadziesiąt metrów przed linią nieprzyjaciela i nerwowo rozglądają się dookoła, patrzą czy nie można gdzieś uciec. Dopiero czekiści z naganami przywracają ich do przytomności. Nasi, kiedy uciekają przed bolszewikami, uciekają do ostatniego tchu, nikt nie myśli, żeby się poddawać, bo wie, że zamordują go w sposób okropny. No więc do Stendhala i Babla dołóżmy jeszcze Rembeka.
Czasy jednak, kiedy opisywanie starć i wielkich bitew było modne i właściwe, minęły bezpowrotnie. Dziś pisarze zajmują się czym innym. Właściwie czynne są dziś trzy nurty w literaturze, no może cztery: conradyzowanie, estetyzowanie, podróże i pornografia. Są to wszystko rzeczy wtórne w stosunku do literatury dawniejszej lub do tego co wydaje się i pisze w języku angielskim. Pornografia zaś jest po prostu pornografią i już.
Z conradyzowaniem jest moim zdaniem najgorzej. Im więcej bowiem pisarz miał za uszami, im głębiej musiał skrywać jakieś popełnione przez siebie świństwa tym zapalczywiej conradyzował. To się datuje od czasów powojennych. Nie pamiętam czy conradyzował już Pruszyński, czy dopiero Bobkowski, w każdym razie conradyzowanie było w modzie i dziś powraca do nas w wielkim stylu. Wydali właśnie dziennik Jana Józefa Szczepańskiego, który także ponoć conradyzował. Ja czytałem jedną tylko, cienką książeczkę Szczepańskiego, która się nazywała „Przed nieznanym trybunałem”. Poziom rozważań nie odbiegał wiele od tego co można znaleźć na blogu Ribitzkiego. No, ale w czasach kiedy Szczepański pisał, nie było internetu, tak więc wszystko co się ukazywało stanowiło jakieś odkrycie. A ja pamiętam jeszcze takie czasy, kiedy w telewizji pokazywali Zdzisława Najdera i przedstawiali go jako conradystę.
Do tego conradyzowania przyłożył także rękę Giedroyć, on się w tych conradystach zdaje się kochał i ich lansował z niezrozumiałym zacięciem. Ja sam nie przeczytałem nigdy ani kawałka z prozy Conrada, choć próbowałem. Tyle, że tam nie ma moim zdaniem ani łuta prawdy. To są konstrukcje myślowe człowieka, usiłującego opisać swoje przygody tak jak one nie wyglądały. Być może Conrad miał dobre powody, by zajmować się takim lansem, ale to wiecie Wy, którzy zapewne czytaliście jego książki. Ja wolę się od tego trzymać z daleka, choć sam napisałem dobre, moim zdaniem opowiadanie o Conradzie.
Z estetyzowaniem rozprawialiśmy się tutaj wczoraj przy okazji omawiania prozy pisarza młodego pokolenia nazwiskiem Springer. To jest jakiś taki niemiecki propagandysta, a jego proza, jak ktoś słusznie stwierdził, to kolejny odcinek serialu zatytułowanego „Utracona szansa na modernizacje”. I to jest coś co nas już dawno nie powinno dziwić, ale jednakowoż dziwi. Przychodzą oto w pewnym momencie do ludzi jakieś budżety, które przeznaczone zostały na budowlankę, na huty, na kopalnie albo na coś. Budżety te omawiać należy w skali globalnej, lub przynajmniej kontynentalnej, bo taki jest ich sens. Efektem ich zastosowania jest prosperity pewnych regionów i nędza innych. Tak było z katedrami gotyckimi w Ille de France, tak było z Florencją i tak było z niemieckimi miasteczkami na Śląsku. I na to wszystko przychodzi pisarz Springer, przykłada do oka swoją lupę zegarmistrzowską i mówi: przez tych nędznych Polaczków kraj utracił szansę na modernizację. No miły, panie Springer, ale za to jak się w tym czasie Magnitogorsk rozwijał, albo zagłębie Donieckie! Coś za coś, miły autorze, nie można mieć wszystkiego. Jeśli ktoś nie rozumie mojego szyderstwa, chciałbym przypomnieć tu jeden z najciekawszych opisów mechanizmu gospodarczej prosperity wybranych regionów jaki znam. Pamiętacie wszyscy powieść autora nazwiskiem Mikka Waltari zatytułowaną „Egipcjanin Sinuhe”. To jest wstrząsająca i pod wieloma względami wybitna powieść o starożytnym Egipcie za rządów faraona Echnatona. Władca ten cieszy się zrozumiałą estymą wśród conradystów i estetów, ale my wiemy, że był to świr i szaleniec pokroju towarzysza Stalina, tylko, że inne kwestie zaprzątały mu głowę. No i budżety miał z innych źródeł. Wpadł ów pan pewnego dnia na pomysł, że trzeba nieco potrząsnąć kastą kapłańską i wydrzeć im parę groszy. Za wykonawstwo tego dzieła zabrał się bez wahań i zaczął z bardzo dobrego punktu, z punktu centralnego. Unieważnił główne bóstwa Egiptu, czyniąc od jednego zamachu z wszystkich kapłanów bandę niepotrzebnych i komicznych głupków. I niech mi nikt nie mówi, że to jest złe zagranie. Ono było tak dobre, że faceta nie zabili od razu, ale parę lat się na tym całym tronie utrzymał. Nie mogli się otrząsnąć po prostu, w piach pustyni libijskiej ich wbiło. To było zagranie tak świetne, że powtórzyli je z sukcesem dopiero bolszewicy unieważniając po rewolucji en masse całe prawo obowiązujące w cesarstwie.
Jak to możliwe ktoś spyta, że Echnatonowi się udało? Waltari tłumaczy to w ten sposób, że pan Echnaton miał dobrą ochronę i wydał rozkaz by cały aparat urzędniczy i dworski zmienił otoczenie. Po prostu przeniósł się ze stolicy na pustynię i tam zbudował nowe miasto – Achetaton. Niestety nie tłumaczy nam Waltari, skąd się wzięły pieniądze na budowę nowego miasta, skoro Echnaton był – jak twierdzą conradyści i esteci – marzycielem i romantykiem, co ludzkości nieba chciał przychylić. No właśnie tego nie wiemy, książka jednak Mikki Waltari kończy się konkluzjami podobnymi do tych co je umieszcza w swoich pracach pisarz Springer – przez tych cholernych kapłanów Egipt utracił szansę na modernizację. To tam wyraźnie pobrzmiewa, choć Waltari jako człowiek przytomny i obdarzony talentem, zauważa także różne inne, towarzyszące panowaniu Echnatona okoliczności. Takie na przykład, jak niezrozumiałą i nabierającą tempa dynamikę plemienia Hetytów, którzy rozpychają się po okolicy, ludzi gubią, haracze ściągają i generalnie czynią zło. Za czyje, że spytam kredyty? Tego nie wiemy i pewnie się nie dowiemy, bo my w ogóle nie myślimy takimi kategoriami w odniesieniu do czasów nam współczesnych, a co dopiero do starożytności, która – jak nas swego czasu pouczył profesor Zieliński – była bajeczna.
Mamy więc za czasów tego Echnatona pustynię i na tej pustyni wskutek decyzji jednego człowieka – tak nam to tłumaczy Waltari – wyrasta miasto i rozpoczyna się gospodarczy boom. Ludzie, którzy miasto to tworzą znaleźliby pewnie uznanie w oczach pisarza Springera uznanie, jako że stworzyli nową przestrzeń urbanistyczną i ją zagospodarowywali. No, ale kiedy Echnaton umarł szansa na modernizację znów została stracona, wszyscy wrócili do Teb i sprawy potoczyły się znanym już trybem.
Do czego zmierzam? Do konkluzji następującej: warunki lokalne, a mam na myśli warunki gospodarcze, kształtują się w myśl decyzji zapadających, poza zasięgiem wzroku lokalsów. Oni mogą te decyzje bojktować, ale wtedy zamyka się ich w rezerwatach lub przyjmować je ze spokojem, wtedy chcąc nie chcąc biorą udział w budowie, bądź dewastacji infrastruktury, zależy co zostało zaplanowane dla danego obszaru. I to jest zrozumiałe dla większości ludzi, no chyba, że uprawiają oni propagandę za obce pieniądze i muszą jednych opisać jako ćwoków, a innych jako dzielnych rycerzy bez skazy. I tak właśnie jest w przypadku Springera. Polacy przed wojną zbudowali Gdynię i COP, a budżety mieli takie, że pożal się Boże. Nikt im nie chciał pieniędzy na te inwestycje pożyczyć. Co innego Niemcy, oni mieli na wszystko, nawet temu antysemicie Hitlerowi pożyczano pieniądze. Zupełnie jak tym wstrętnym Hetytom, co to ich Mikka Waltari swego czasu opisywał. Tak, tak, tym samym co to chcieli okoliczności produkcji zboża nad Nilem zmienić na swoją korzyść i nieco na cenach żywności pospekulować, wykończywszy wcześniej oczywiście kastę kapłanów egipskich, która tych spraw jak raz pilnowała. I tak to się panie dzieju plecie, modernizacje, szansy, albo leworęczność...właśnie...Pilch napisał taką książę „Bezpowrotnie utracona leworęczność”. A wszystko przez to, że jeszcze Sprinegra nie znał i o tej całej modernizacji nie słyszał. Gdyby wiedział to co my napisał by powieść pod tytułem „Bezpowrotnie utracona szansa na modernizację”.
Na stronie www.coryllus.pl mamy nowe obrazy Agnieszki Słodkowskiej, ze słynnej już serii „japończyków” mamy też cztery portrety bohaterów naszego komiksu o bitwie pod Mohaczem. Można tam także kupić poradnik „100 smakołyków dla alergików” autorstwa Patrycji Wnorowskiej, żony naszego kolegi Juliusza. No i oczywiście inne książki i kwartalniki. Jeśli zaś ktoś nie lubi kupować przez internet może wybrać się do sklepu FOTO MAG przy stacji metra Stokłosy, do księgarni Tarabuk przy Browarnej 6 w Warszawie, albo do księgarni wojskowej w Łodzi przy Tuwima 33, lub do księgarni „Latarnik” w Częstochowie przy Łódzkiej 8. Od jutra zaś nasze książki będzie można kupić w księgarni „Przy Agorze” mieszczącej się przy ulicy o tej samej nazwie pod numerem 11a.
4 lutego zaś, w Gdańsku, w Manhattanie odbędzie się mój wieczór autorski. Początek o godzinie 17.00.


Komentarze
Pokaż komentarze (88)