O prozie Fiodora Dostojewskiego wypowiadam się zawsze z niezwykłą lekkością, swadą i znawstwem, a wszystko przez to, że przeczytałem tylko jedną jego książkę, tę mianowicie, która nosi tytuł „Biesy”. Najbardziej z tych wszystkich zawiłości, co je tam Fiodor Dostojewski pomieścił podobał mi się opis spotkania dwóch wieśniaków w karczmie. Jak wszyscy wiemy był Dostojewski znawcą rosyjskiej duszy i tam w tej scenie duszę tę właśnie opisał ze znawstwem. Spotyka się dwóch mużyków i zaczynają gadać, po kilku głębszych są już zaprzyjaźnieni, a po jeszcze jednym okazują się być powinowatymi. Rozmowa toczy się wartko, traktuje o koniach, czy o czymś, nie pamiętam dokładnie, a obaj bohaterowie przypadają sobie nawzajem do gustu tak mocno, że nie wyobrażają sobie rozstania. No, a jeśli już to wśród łez. I nagle jeden, dobrze już podcięty, wyciąga złoty zegarek i pokazuje drugiemu. Tamten jest zafascynowany, faktem, że jego kamrat posiada złoty zegarek i ogląda go ciekawie. Potem ten pierwszy chowa zegarek i rozmowa wraca do wytoczonych już wcześniej koryt, ani na chwilę nie zmieniając tempa czy temperatury, która, jak to wśród Słowian, jest wysoka. Kiedy przyszła pora by iść spać oba chłopi szczęśliwi i spokojni położyli się każdy w swoim barłogu. No i zasnęli. W nocy jednak ten co nie miał zegarka wstał, wziął siekierę i rozwalił łeb temu co zegarek posiadał. W cyrkule tłumaczył się, że po prostu był tak mocno wzruszony widokiem tego przedmiotu, tak nim zafascynowany, że zrobiło mu się jeszcze bardziej smutno niż wtedy, kiedy pomyślał o rozstaniu ze swoim kamratem. No, a że miał przy sobie jak raz siekierkę, nie czekał tylko swój emocjonalny problem rozwiązał od razu. I to jest właśnie mili Państwo słowiańska dusza, o której się tyle mówi i pisze ostatnimi czasy. Ja jak dobrze wiecie odnoszę się do ludzi epatujących otoczenie emocjami nieufnie. Szczególną zaś nieufność rezerwuję dla tych, którzy eksponują emocje głębokie, poważne, emocje związane z wielką, ale dawno minioną miłością na przykład, albo z wielką, nigdy do końca nie przemyślaną literaturą, ewentualnie z jakimś zgonem. To są rzeczy, które włączają mi w głowie sygnał alarmowy i od razu chwytam pewną ręką to co tam akurat mam cennego w kieszeniach, najczęściej portfel bo zegarka nie noszę. Naukę tę wyniosłem właśnie z prozy Fiodora Dostojewskiego, którą to prozę polecam wszystkim szczerze.
O wiele mniej nieufnie, ale także z rezerwą odnoszę się do ludzi epatujących emocjami płytkimi, powierzchownymi i tanimi. Mniej się ich obawiam po prostu, bo i cóż oni mi mogą ukraść? Zastanówcie się? Co może uczciwemu człowiekowi zwędzić kibic lokalnej drużyny piłkarskiej, z jakiegoś Potworowa, o którym tu już pisałem, albo wręcz z Werbkowic, gdzie kiedyś była wielka cukrownia? Cóż może zwędzić uczciwemu człowiekowi wariatka zakochana w jakimś pryszczatym gamoniu? Nic, może co najwyżej wzbudzić politowanie swoimi emocjami. Co innego ludzie o duszy przepastnej i wrażliwości wielopoziomowej, którzy chętnie o tych sprawach opowiadają.
Wczoraj na przykład Toyah napisał o jednym takim. Mam tu na myśli Janusza Józefowicza, który ma tę dziwną żonę, co jej się każe na dziwki w kiblu stylizować i nazywa to karierą. To jest swoją drogą niesamowite, jak ludzie mając przed oczyma jawny upadek i nędzę potrafią wmawiać sobie i innym, że jest to sukces i szczyt kariery. Ja celowo i złośliwie przypomnę tego degenerata Pilcha. Byłem bowiem dziś z teściową w szpitalu na kontroli ręki, która jakoś tam się zrasta i na poczekalni zauważyłem młodego człowieka z żółtymi zębami, który siedział i czytał Pilcha. Robił wrażenie oszukanego przez jakiegoś wrażliwca o słowiańskiej duszy, bo co rusz zerkał do tyłu ile jeszcze stron zostało mu do końca rozdziału. I nie mógł uwierzyć, że tak dużo. Kręcił też ów młodzieniec głową od czasu do czasu, a twarz jego wyrażała wówczas niedowierzanie. Tak to zinterpretowałem. No więc mamy tego Pilcha, symbol nędzy, upadku, Parkinsona chodzącego pod rękę z Alzheimerem i zapowiedzianej wielokrotnie śmierci, która przecież nie ominie nikogo z nas. I to jest właśnie według medialnych oszustów, kroicieli budżetów, miłośników złotych zegarków bliźniego swego, uosobienie zwycięstwa, to jest ta Nike w męskiej postaci zaplutego karła z flaszką w kieszeni. I jakby tego było mało mamy jeszcze tę nieszczęśliwą Urbańską, której coraz bardziej starzejący się mąż wrabia w coraz gorsze upokorzenia i coraz straszliwsze ustawki. Sam zaś reprezentuje to co zawarłem w tytule i co dotyka wielu Polaków, którzy skończą 50 rok życia i zorientują się, że to co zostało im dane, a co oni brali za złotą papierośnicę, za gęśle z jaworowego drewna, jest w rzeczywistości czymś innym. Bynajmniej nie złotym zegarkiem opisanym przez Fiodora Dostojewskiego, ale czymś całkowicie odeń różnym. I wtedy zaczyna się taniec. Wtedy zaczyna się to co ludzie żyjący w zgodzie z biologicznym zegarem, albo tacy, którzy mają marzenia i plany prawdziwe nazywają niestosownością. I my ten serial możemy oglądać właściwie codziennie od 25 lat. Mamy przed oczami jeden nie kończący się przegląd niestosowności. Korowód na którego czele pędzi w podskokach Janusz Józefowicz, człowiek, który chciał imponować ludziom z Brodwayu swoim musicalem, a teraz robi jeszcze dziwniejsze rzeczy. Ci wszyscy biedni, ciężko doświadczeni przez los ludzie marzą o tym, by być młodymi arystokratami, to marzenie hołubili w sercach od dzieciństwa, a jeśli nie od tak dawna, to od chwili kiedy poznali pierwszego oficera SB, czy jako to się tam w ich czasach nazywało. On ich przekonał, że wszystko jest możliwe, że wszystko się może zdarzyć gdy głowa pełna marzeń, jak mówią słowa piosenki. No i właśnie to co zostało powiedziane już się zdarzyło. Zarówno w życiu Pilcha, jak w życiu Józefowicza i Urbańskiej. Wszystko co zostało zapowiedziane już się spełniło. I nie pozostaje im już nic więcej jak iść w zaparte. Będzie co oglądać możecie mi wierzyć, bo są rzeczy na niebie i ziemi, nad którymi władzy nie ma nikt poza Panem Bogiem, ani Gromosław Czempiński, ani ten nowy, co go teraz lansują, autor książki „Zawód szpieg”. Po prostu nikt...
Z Józefowiczem sprawa była może troszkę bardziej złożona, to znaczy on rokował jeszcze nie dawno dość dobrze, tak dobrze jak kibice drużyny z Potworowa albo Werbkowic, czy tak jakaś wariatka, co biustonoszem na koncercie w wokalistę punkowego zespołu rzucała, bo się zakochała. Rokował pan Józefowicz nie najgorzej, bo ujawnił swoje prawdziwe emocje dotyczące rzeczy doczesnych. Przyznał się kiedyś, że jak był w Szwecji na jakimś tournée to ukradł coś dla dziecka ze sklepu. Wziął, bo mu było żal, że kupić nie może, że te szwedzkie dzieci mogą mieć co chcą z tych sklepów z zabawkami, a jego dzieci, mimo że jest on znanym artystą sceny, nie mają na to szansy. I on swoim dzieciom tę szansę stworzył. Można oczywiście dyskutować, dlaczego Józefowicz będąc w Sztokholmie nie miał pieniędzy, można oczywiście uwierzyć w to, że Pagart czy jak się ta mafia za komunizmu nazywała, okradał wszystkich równo i po występach żaden artysta nie mógł myśleć o niczym jak tylko o smutnym wpatrywaniu się w bogate wystawy sklepowe. Można, w to wierzyć, powiadam, ale nie trzeba. Ja byłem w latach osiemdziesiątych za granicą, nie w kraju kapitalistycznym, ale w takim dziwnym, co się Czechosłowacja nazywał i wcale nie zaprosił mnie tam Pagart. Pojechałem tam na zaproszenie przedsiębiorstwa o nazwie Jihomoravske Statni Lesy. Moje występy zaś polegały nie na stepowaniu i śpiewie solo przed wypełnioną publicznością salą koncertową, ale na lataniu po zachwaszczonych uprawach świerkowych z sierpem w dłoni i wycinaniu tych chwastów, które, dodajmy to koniecznie, by opowieść nasza nabrała niezbędnej w takich razach dramaturgii, były dwa razy wyższe ode mnie. Jeśli ktoś kojarzy nazwę trzcinnik, wie o czym mówię. No, ale wracajmy do Józefowicza. On nie mógł zarabiać w Szwecji na śpiewie i stepowaniu mniej niż ja na odchwaszczaniu upraw świerkowych na południowych Morawach. To są niemożliwe rzeczy. Mnie tam było stać na wszystko, ale większość pieniędzy wydałem i tak na piwo i czekolady, których w Polsce po prostu nie było. Pamiętam też kolegę Jurka, który nie widząc od kilkunastu lat pomarańczy kupił ich sobie za pierwszą zaliczkę chyba z 5 kg i zjadał wieczorem jedną po drugiej nie dzieląc się z nikim. Następnego dnia dostał takiej sraczki, że chcieli do do szpitala w Brnie odwieźć, ale jakoś z tego wyszedł. No i niczego nie ukradł wyobraźcie sobie, podobnie jak żaden z nas. Do głowy nam nie przyszło, że coś nam się od tej Czechosłowacji należy za darmo.
I myślę, sobie teraz jakie to jest dziwne, że Józefowicz może dorobić do swojej nędznej kondycji taką szmatławą legendę, taką brednie o dziecku co chciało mieć zabawkę ze Szwecji i nie przyzna się za nic, że pieniądze z honorarium przepił i przepuścił na dziwki. Że zamiast śmiało iść ścieżką prawdy i heroizmu jak mój kolega Jerzy, co zjadł 5 kg pomarańczy jedna po drugiej, on ucieka się do tak nędznych chwytów. Ale, jak powiadam to i tak jest nieźle, a raczej było nieźle. To jeszcze jakoś rokowało, ale teraz po teledysku z Urbańską to już właściwie koniec.
I popatrzcie teraz gdzie jest prawda, dobro i piękno. Żaden z tych ludzi nie może, po prostu nie może, pod karą natychmiastowego przemienienia się z ropuchę o nieświeżym oddechu, powiedzieć o sobie ani słowa prawdy. Może tylko łgać. I to dotyczy wszystkich, całej tej kasty wybrańców na opak, całej tej grupy amatorów złotych papierośnic wręczanych przez przypadkowo poznanych sympatycznych facetów z dużą ilością żelu na włosach. Wyobrażacie sobie, że – już nie będę wspominał tego Pilcha – jakiś Ziemkiewicz, albo Jankowski, albo nawet Warzecha pisze prawdę o tym jak przebiegała jego kariera w mediach? Że oni mają tyle ciepła dla tych ludzi, których poznawał w pracy, albo tyle niechęci do nich, że potrafiliby napisać o tym prawdziwe opowiadanie? Nigdy. I to dotyczy naszych, a co jeśli zaczniemy się zastanawiać nad Orlińskim, Vargą, czy Szczygłem? To jest absolutne dno i ciemność, to są główki dziecięce na pajęczych nogach wychodzące z bagien o pełni księżyca, to jest coś, za co nagrodą może być jedynie Alzheimer z Parkinsonem i Heine Medina na dokładkę.
Na stronie www.coryllus.pl mamy nowe obrazy Agnieszki Słodkowskiej, ze słynnej już serii „japończyków” mamy też cztery portrety bohaterów naszego komiksu o bitwie pod Mohaczem. Można tam także kupić poradnik „100 smakołyków dla alergików” autorstwa Patrycji Wnorowskiej, żony naszego kolegi Juliusza. No i oczywiście inne książki i kwartalniki. Jeśli zaś ktoś nie lubi kupować przez internet może wybrać się do sklepu FOTO MAG przy stacji metra Stokłosy, do księgarni Tarabuk przy Browarnej 6 w Warszawie, albo do księgarni wojskowej w Łodzi przy Tuwima 33, lub do księgarni „Latarnik” w Częstochowie przy Łódzkiej 8. Od dzisiaj zaś nasze książki będzie można kupić w księgarni „Przy Agorze” mieszczącej się przy ulicy o tej samej nazwie pod numerem 11a.


Komentarze
Pokaż komentarze (57)