Wszyscy czytelnicy książeczek o przygodach Tytusa, Romka i tego trzeciego doskonale wiedzą, że Papcio Chmiel miał swoje wielkie dni, ale miał też dużo dni słabszych, wręcz krępujących. Nie ukrywamy tego, jesteśmy tylko ludźmi, księga o przygodach Tytusa wśród mrówek mogłaby nie powstać i nic złego nikomu by się nie stało. Nie zbiednielibyśmy od tego. Analogicznie nikt przytomny nie wyobraża sobie, że jego dzieciństwo mogłoby przeminąć bez przeczytania księgi przygód o podróżach Prasolotem czy Mielolotem. To jest dla mnie przynajmniej nie do pomyślenia. Albo, że nie poznałbym księgi IX, tej o Dzikim Zachodzie, czy tej z aparacikiem do przenoszenia się w przeszłość. Tak to już bowiem jest z ludźmi, którzy mają przymus tworzenia, że pomysły na nadążają za ręką i czasem zdarza się coś gorszego, jak te mrówki na przykład, albo Tytus tajny agent, a momentami coś wybitnego, jak kopalnia zegarków. Jedno było u Papcia wielkie i bezapelacyjnie doskonałe przez cały czas nasz Papcio, szanowny Henryk Jerzy Chmielewski doskonale demonstrował w sposób bliski doskonałości czym jest dydaktyka i jak się uczy dzieci, by ich nie zabić i na zawsze nie zniechęcić do czynności zwanych poznawaniem. On po prostu traktował i nadal traktuje swoją misję serio, mimo setki już chyba na karku. Tytus po to został powołany do życia, by uczył bawiąc i nigdy nie było w tym ani jednej skuchy, narracje mogły szwankować, mogły być powyciągane nie wiadomo skąd, mogły kuleć na obie nogi, ale misja Tytusa była zawsze przekonująca i on sam nie kłamał nigdy. Dobrze o tym wiemy, nawet jak go w cholerę ożenili z tą czeską małpą. Podejmowano oczywiście w czasach dawniejszych inne próby wpływania na młodzież poprzez dzieła literackie, filmowe i poprzez komiksy, ale jeśli chodzi o moment zaciekawienia i edukacji młodzieży szkolnej z Tytusem nie mógł równać się nikt. Tolek Banan na przykład nie miał z Tytusem żadnych szans, już nie wspomnę o takich lekturach szkolnych jak „Ten obcy” czy innych gniotach.
Od czasów, kiedy powstawały najlepsze księgi Tytusa minęło wiele czasu, a ludzie, którzy byli ich odbiorcami nie wydorośleli wcale ale zdziecinnieli. Wszystko dlatego, że to co szło za Tytusem było odeń gorsze, słabsze, bardziej infantylne i nędzne. Dziś zaś osiągnęliśmy dno absolutne, dziś nie edukuje się już młodzieży i dzieci, one bowiem są szykowane jako przekąska dla różnych szamanów od gender. Dziś edukuje się dorosłych i robi się to w taki sposób, że gdyby Tytus, Romek i A'tomek to zobaczyli zapadliby się ze wstydu pod ziemię.
Oto wczoraj na blogu Toyaha jeden z kolegów umieścił fragmenty wywiadu z Nergalem. Wywiad ten dotyczył sposobu w jaki Nergal rozumie patriotyzm. I to jest coś nieprawdopodobnego, nie ze względu na to, że Darski bredzi tam jakby zeżarł wazę zupny nagotowanej na lulku czarnym, zielu magicznym, ale dlatego, że każdy miłośnik przygód Tytusa z największą łatwością potrafi sobie wyobrazić jak taki wywiad z gwiazdą-debilem narysowałby Henryk Jerzy Chmielewski, każdy z nas ma to w głowie. Tytus, który akurat robi karierę w mediach, przychodzi do Nergala i pyta go o patriotyzm. No, a ten bałwan, obwieszony tym blaszanym śmieciem pościąganym na chybcika ze straganów przy Camden w Londynie robi mądrą minę niczym Siedzący Bawół co dmuchał w organki nie tym co trzeba płucem i zaczyna swoją przemowę. Potem jest pointa i historia rozwija się dalej. Wszyscy się śmiejemy i czekamy na kolejną księgę przygód Tytusa. Tyle, że to wszystko nie rozgrywa się na obrazku, ale przed naszymi oczami. Nergal jest prawdziwy, bo faceci, którzy też czytali kiedyś Tytusa, a dziś kręcą rynkiem i mediami uważają, że historię obrazkową może wprost przenieść w życie i będzie dobrze. Dla niektórych będzie, a dla innych nie. I ja tu nie chcę nikogo straszyć, ale Tytus wybrał się kiedyś do kina na film pod tytułem „Strzały znikąd”.
O czym miałby być kolejny po Nergalu odcinek przygód naszego ulubionego bohatera? Nie musimy nań wcale czekać on się rozgrywa równolegle na naszych oczach, obok tej historii z Nergalem leci sobie najspokojniej w świecie historia z Cywińską. Wyobraźcie sobie, że sąd w Warszawie skazał dwóch wznoszących antysemickie okrzyki kibiców na karę grzywny i oglądanie filmu Cywińskiej pod tytułem „Purimowy cud”. Ja ten film widziałem w czasach dawnych, kiedy jeszcze miałem telewizor. I powiem Wam, że żadna, nawet najsłabsza księga narysowana przez Papcia Chmiela nie jest tak słaba jak ten syf. I ja to piszę specjalnie – syf – bo inaczej się nie da. Myślę, że czegoś takiego jak wizyta w domu bohaterów tego filmu nie zniósłby nawet Tytus, nie wiedziałby co powiedzieć. Film jest o tym, że jakiś łódzki zakapior antysemita nagle odkrywa, że jest Żydem, bo jakaś fundacja z Ameryki sobie o nim przypomniała i chce mu dać pieniądze. No i on za tę kasę Żydem chętnie zostaje. No, ale kiedy już nim został, okazało się, że z tymi pieniędzmi to pomyłka. Bycie Żydem jest jednak dla łódzkiego zakapiora taką frajdą, że postanawia on wbrew okolicznościom swoje żydostwo pielęgnować i w nim żyć. I teraz w ramach resocjalizacji sądy w Polsce skazują kibiców na oglądanie tego filmu. To jest jeszcze gorsze niż zamykanie żołnierzy w salach kinowych na trzygodzinnych seansach radzieckich filmów o wojnie i rewolucji, z czego na początku lat dziewięćdziesiątych szydziła nawet gazownia. I ja bym chciał teraz usłyszeć zdanie wybitnych krytyków z GW na temat tego filmu i tego pomysłu z przymusowym oglądaniem „Purimowego cudu”. Nie mam cienia wątpliwości, że byliby gorącymi zwolennikami takich kar, a ten gówniany obraz wychwalaliby pod niebiosa. Nasi zaś, ze strachu przecież, bo z czego innego, nie zabiorą w tej sprawie głosu w ogóle. Bo cóż to w końcu jest, wymiar sprawiedliwości skompromitował się już tyle razy, że pokazywanie filmu za karę, to jest doprawdy mały pikuś, nie ma się czym przejmować.
Ja piszę o tych współcześnie żyjących ludziach jako o bohaterach komiksu trochę celowo. Wpadłem wraz z Tomaszem Bereźnickim na pomysł, by stworzyć album opowiadający o życiu największych, współczesnych postaci polskiej polityki, mediów i nauki. Nie powstanie on szybko, bo Tomasz rysuje teraz album pod tytułem „Święte królestwo”, ale w ciągu roku powinien powstać. W każdym kolejnym numerze naszego kwartalnika „Szkoła nawigatorów” umieszczać będziemy jedną planszę z tego albumu. Pierwsza już jest, ale nie zdradzę kogo dotyczy. Nie ma się co ochrzaniać, bo oni się sami o to proszą, po prostu błagają nas na kolanach byśmy narysowali ich w komiksie, jak razem z Tytusem latają prasolotami. Nergal mógłby jeszcze dodatkowo pełnić funkcje stróża w muzeum czarownic na Łysej Górze, a Cywińska zagrać zwariowaną kustosz muzeum sztuki nowoczesnej, w której Tytus uczyłby się jak nie dawać się wkręcać we współczesne narracje artystyczne. Albo coś innego, podobnego....
Piszę o tym wszystkim także dlatego, że już niebawem na naszej stronie www.coryllus.pl pojawi się regulamin konkursu na komiks według „Baśni jak niedźwiedź”. Ja już zdradzę co nieco, bo nie ma co czekać, zdradzę zanim jeszcze pojawią się bannery, ogłoszenia, plakaty i trailer. A kiedy się to wszystko pojawi będę Was prosił o rozpropagowanie tego konkursu gdzie się tylko da.
No więc jest tak, mamy trzy kategorie: bitwy, kresy, święci. Do każdej kategorii przyporządkowane jest jedno opowiadanie i można sobie wybrać co się chce rysować. Czy bitwę pod Żyrzynem według opowiadania „Żyrzyn 1863”, czy historię księcia Romana Sanguszki według opowiadania „Baśń kresowa”, czy może historię św. Ignacego de Loyola według opowiadania „Trzydniowa spowiedź kochanka królowej”. Nagrody są niekiepskie, w każdej kategorii po trzy. Za pierwszą 5 tysięcy minus podatek, który w takich razach koniecznie trzeba odprowadzić, za drugą 3 tysiące minus tenże podatek, a za trzecią 2 tysiące minus wspomniany podatek. Myślę, że warto się pokusić, tym bardziej, że z autorami najlepszych prac chciałbym potem podpisać umowy na stworzenie całych albumów, według mojego scenariusza. Aha, jeszcze jedno: na konkurs nie rysujemy całej historii, ale jedynie od 4 do 6 plansz formatu A 4 w pionie. Szczegóły pojawią się niedługo na stronie www.coryllus.pl w specjalnej zakładce „Konkurs”. Prace będzie można nadsyłać do 20 maja, a ogłoszenie wyników nastąpi 20 czerwca. Póki co czekajcie cierpliwie.
Mam też inne ogłoszenie. Jeden z naszych przyszłych autorów, Robert Gawkowski, którego tekst będzie można przeczytać w najnowszym numerze „Szkoły nawigatorów” zaprasza wszystkich czytelników tego bloga na spotkanie autorskie i promocje książki FUTBOL dawnej Warszawy. Spotkanie organizuje Towarzystwo Miłośników Historii
oraz Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego
Prezentacja książki odbędzie się we wtorek, 4 lutego 2014 r.
o godzinie 17.00 w siedzibie Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk
(Rynek Starego Miasta 29/31) w Sali Kościuszkowskiej.
W trakcie prezentacji przewidywany pokaz fragmentów filmów
archiwalnych sprzed 75 lat.
Mnie tam niestety nie będzie, bo akurat mam swój wieczór autorski w Gdańsku, w Manhattanie. Ten sam dzień i ta sama godzina.
Na stronie www.coryllus.pl mamy nowe obrazy Agnieszki Słodkowskiej, ze słynnej już serii „japończyków” mamy też cztery portrety bohaterów naszego komiksu o bitwie pod Mohaczem. Można tam także kupić poradnik „100 smakołyków dla alergików” autorstwa Patrycji Wnorowskiej, żony naszego kolegi Juliusza. No i oczywiście inne książki i kwartalniki. Jeśli zaś ktoś nie lubi kupować przez internet może wybrać się do sklepu FOTO MAG przy stacji metra Stokłosy, do księgarni Tarabuk przy Browarnej 6 w Warszawie, albo do księgarni wojskowej w Łodzi przy Tuwima 33, lub do księgarni „Latarnik” w Częstochowie przy Łódzkiej 8. Nasze książki można także kupić w księgarni „Przy Agorze” mieszczącej się przy ulicy o tej samej nazwie pod numerem 11a.


Komentarze
Pokaż komentarze (53)