399 obserwujących
2903 notki
12309k odsłon
  7740   0

Uniwersytet dla idiotów

Znajoma przysłała mi wczoraj link do strony radia Kraków, na której znajduje się nagranie tak zwanego reportażu śledczego. Śledztwo zaś dotyczy nie byle czego, ale zaginięcia dwóch najważniejszych dla uczelni dokumentów, czyli aktów założycielskich akademii krakowskiej wydanych przez Kazimierza Wielkiego i Władysława Jagiełłę. To śledztwo jest zrobione z takim zadęciem, że śmiech powinien zebrać nas tu wszystkich, tych oczywiście, którzy czytali książkę Karola Estreichera pod tytułem „Nie od razu Kraków zbudowano”. Podam krótkie streszczenie. Oto w czasie kampanii wrześniowej ukryto na terenie uniwersytetu najcenniejsze skarby, to znaczy różne śmieci typu berła rektorskie i łańcuchy, oraz dwa wymienione dokumenty. Ukrywał je Karol Estreicher i jego współpracownicy. Po wojnie, kiedy skrytkę otwarto, a nie wiadomo gdzie była ta skrytka, bo tego reportaż śledczy nie wykazał, okazało się, że wszystko tam jest z wyjątkiem owych pergaminów. Co za pech. Niemiec nie znalazł, ale wdała się wilgoć i szczury przyszły no i zjadły cenne dokumenty. Papierów, które leżały obok wilgoć ani szczury nie tknęły. Mamy je do dzisiaj. No więc profesor Estraicher, człek mądry i przewidujący wpadł na pomysł, by zapakować jakieś paprochy do słoja po marmoladzie i pokazywać to ludziom, jako relikwię, czyli szczątki po dokumentach erekcyjnych akademii. Oczywiście słoik służył do użytku wewnętrznego, to znaczy Estreicher nie był na tyle szalony, żeby wystawiać go na ekspozycji i wmawiać ludziom, że to coś cennego, szyderstwo byłoby zbyt wielkie. Całe zaś śledztwo wzięło się stąd, że po siedemdziesięciu latach ktoś wpadł na pomysł, żeby zbadać zawartość słoja. No i okazało się, że nie ma tam nic, co pochodziło by ze średniowiecza. Są rzeczy starsze, na przykład pleistoceński piasek zgarnięty z dziedzińca collegium maius, oraz nowsze, czyli niemieckie gazety wydawane w czasie okupacji, ale z XIV wieku nie ma akurat nic. No i trzeba w związku z tym przeprowadzić śledztwo. Dziennikarze są bezwzględni. Mówią, że w roku 1945 ktoś musiał wyjąć dokumenty, a potem zamknąć skrytkę ponownie, profesor Waltoś mówi wprost, że Estreicher napchał jakichś śmieci do słoika i wmawiał ludziom, że to skarby – bo – podkreśla Waltoś– w każdym gospodarstwie domowym znajdzie się taki słój. Można się skichać ze śmiechu słuchając takich reportaży. Bo po tych wszystkich rewelacjach nagle słyszymy, że na ekspozycji znajdują się kopie zaginionych dokumentów, które zostały wykonane przez Jana Przypkowskiego na zlecenie Estreichera. Najpierw – pergaminy zginęły w 1945, a potem – Estreicher zlecił wykonanie kopii w roku 1953. A na jakiej przepraszam podstawie? Z czego Przypkowski kopiował? Z pamięci? Czy może przyglądał się temu co jest w słoiku i jego niezawodne oko pozwoliło mu odtworzyć tekst dokumentów? A może te kopie, to nie żadne kopie, ale ordynarna fałszywka? Może na polecenie Estereichera Przypkowski napisał to z tak zwanej głowy, czyli z niczego? Jeden z tych dokumentów zaczyna się ponoć od słów: niechaj otworzy się orzeźwiające źródło nauk, a z jego pełności niech czerpią wszyscy...Ja bardzo przepraszam, ale może by ten tekst porównać z innymi tekstami dokumentów erekcyjnych innych akademii i sprawdzić czy Przypkowski choć dobrze je naśladował? Bo jeśli skopiowano te dokumenty w 1953 to znaczy, że one istniały, a jeśli istniały to nie zabrali ich Niemcy jak sugeruje autorka reportażu, w dodatku za zgodą Estreichera, ale kto inny, ktoś kto o zgodę nie musiał wcale pytać. Proponuję, żeby autorzy reportażu spytali syna Jana Przypkowskiego, albo jego wnuka, który pracuje w Warszawie w Instytucie Sztuki przy Dobrej, jak to było. Może zachowały się jakieś rodzinne legendy dotyczące kopiowania tych dokumentów, wiecie takie żartobliwe historyjki z dawnych czasów, podobne do tych, które serwuje nam w swojej książce Karol Estreicher. Mnie się już nie chce cytować fragmentów rozdziału „Miedziana miednica”, sami sobie przeczytajcie, jak ktoś jeszcze tego nie zna:

http://www.zwoje-scrolls.com/zwoje34/text22.htm

Mnie idiotyzm ludzi zatrudnionych na polskich uczelniach wyższych po prostu paraliżuje. Postaram się już nigdy nie zbliżyć się do żadnej z tych instytucji na odległość mniejszą niż strzał z kuszy.

Najlepszy w tym reportażu jest gość, którego przedstawiają nam jako tropiciela sensacji, poszukiwacza skarbów narodowych. Mówi on, że to hańba, że takie cenne dokumenty zostały zniszczone. Jak przeczytacie 'Miedzianą miednicę” zorientujecie się skąd się w ogóle brały te skarby w muzeum akademii krakowskiej, gdzie je stary Estreicher pozyskiwał. Może też okazać się, że tamte rzekomo oryginalne, tak pieczołowicie przechowywane wcale nie były prawdziwe. Nikt bowiem nie zadał sobie trudu by prześledzić ich losy od czasów wkroczenia Prusaków na Wawel, albo nawet wcześniej, od czasów kiedy rządził akademią Kołłątaj. Tu już nawet nie chodzi o to, że cała ta sakralizacja uniwersytetu jest po prostu komedią, tu chodzi o to, że w tym radio nie umieją nawet zrobić porządnego reportażu śledczego.

Lubię to! Skomentuj112 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale