Open'er to po prostu zjawisko. Przechadzając się pomiędzy
scenami i strefami, patrzyłem na całość pozamuzyczną i jestem pod
wrażeniem skali przedsięwzięcia. To po prostu logistyczne Himalaje.
Wiem, że po Euro to już nic nie jest dla nas niemożliwe - sky is the
limit- ale mimo wszystko uważam, że fakt, iż udało nam się w Polsce
dorobić festiwalu, który osiągnął taki pułap - i to już kilka lat temu -
graniczy wręcz z cudem. Festiwal z każdym rokiem się rozwija, podąża za
trendami i nowinkami techniczno-modowymi. To już nie jest wydarzenie
czysto muzyczne. To prawdziwy fenomen społeczny. I nieważne, że zestaw
wykonawców mógłby być jeszcze lepszy. W tym miejscu po prostu warto być,
bo każdy znajdzie tam coś dla siebie. Spektakle teatralne, pokazy mody, organizacje
pozarządowe, Muzeum Sztuki Współczesnej, przestrzenne instalacje
artystyczne i wiele innnych... A mnogość scen, nurtów muzycznych i konglomerat charakterów artystów daje szansę, że osoba otwarta na muzykę wyłapie coś, co akurat jej podpasuje. Bo każdy
ma właściwie swój własny festiwal, każdy na własną nutę komponuje
festiwalową ścieżkę, która z reguły jest zgoła odmienna od ścieżki innego festiwalowicza.
No i publiczność - jakoś podskórnie odczuwająca pewną więź, tworząca społeczność.
Co do muzyki - wczoraj udało mi się zahaczyć o koncert Yeasayer w
namiocie, choć jedynie o dwie ostatnie piosenki. Szkoda, bo miałem
ochotę na cały koncert. Potem poszedłem na trochę na Bjork na scenie
głównej, ale nie zabawiłem tam długo. Pani w pewnym momencie swojej
kariery trochę "odleciała", oddała się eksperymentom, co nie bardzo mi
podchodzi. Pierwsze dwie płyty były rewelacyjne, później już mniej.
Kiedy słuchałem jej na koncercie, właśnie eksploatowała te "odlotowe"
kawałki, zatem popatrzyłem tylko, pokontemplowałem i ruszyłem dalej. Tym
bardziej, że na scenie World już grał Gogol Bordello. Przyznam,
wiedziałem czego się spodziewać - cygański punk - ale nie słyszałem
wcześniej żadnej pieśnie tego zespołu. I ten koncert to prawdziwa bomba.
Sex Pistols meet Gypsy Kings and Manu Chao. Energia, kontakt z
publicznością i wspólnota słowiańskich doświadczeń. Na pewno do tej
muzyki jeszcze wrócę. Muzyczna podróż jednak na tym się nie skończyła -
w namiocie trwał już występ The Ting Tings. Nigdy wielkim fanem nie
byłem, ale muszę przyznać, że to był hit wieczoru. Wokalistka o
wyglądzie zbuntowanej licealistki w bejsbolówce ma ogromną charyzmę i
szybko złapała wspólny język z publicznością. To był żywioł i moc!
Koncerty w namiocie najbardziej podobają mi się na Open'erze. Mimo że
budowla to ogromna, panuje tam jakaś intymna atmosfera podczas występów.
I dźwiękowo zawsze jest znakomicie, czyściusieńko - od zawsze.
Koncert, na który się najbardziej nastawiałem, to New Order. Z
sentymentu, ale też po prostu muzycznie zespół mi podchodzi. I tu
rozczarowanie. Nigdy nie byłem na koncercie tak perfekcyjnie położonym
przez dźwiękowca. Nie mam pojęcia dlaczego tak się stało. Dźwięk na
głównej scenie na Bjork był w porządku, a New Order występowali przecież
bezpośrednio po niej. W każdym razie, mimo że stałem jakieś 80 m od
sceny, słyszałem głównie perkusję. Gitary, a szczególnie gitara basowa -
tak istotna dla NO - dobiegała jakby zza ściany. A wokalisty nie było
słychać prawie w ogóle. Kiedy w końcu w połowie koncertu technicy coś
tam poprawili, okazało się, że lepiej dla śpiewającego było, gdy był
niesłyszalny:-) To już nie ten głos panie Sumner. Starał się, ale
miejscami nie wyrabiał na zakrętach. I mimo wszystko trochę komicznie
wyglądało, jak pan z zakolami i z brzuszkiem, co chwila poprawiający
fryzurę z przedziałkiem, próbował uskuteczniać taneczne wygibasy a la
młody Jackson. Nic to jednak, skoro była muzyka. Mimo wszystko sama w
sobie mocna, ponadczasowa, broniąca się - nawet z paskudnym
nagłośnieniem.
Byłem jednak zniesmaczony, gdy chłopcy zabrali się za
pieśni z repertuaru Joy Division. New Order powstał na gruncie
Joy Division po samobójczej śmierci wokalisty Iana Curtisa w 1981 r.
Chłopaki uznali, że będą grać dalej w tym samym składzie z własnymi
kawałkami, a gitarzysta Bernard Sumner stał się jednocześnie wokalistą.
Przez dłuuuugie lata nie grali na koncertach nic Joy Division, bo były
to teksty bardzo osobiste, stworzone przez Curtisa. I tak było lepiej. A
wczoraj na profanację zakrawało wręcz wykonanie utworu Isolation -
napisanego przez trawionego depresją epileptyka, który wkrótce odbierze
sobie życie. Sumner zaśpiewał niczym na weselu, podskakując
i podrygując wesoło. Panowie - to jest pieśń o wyizolowaniu, o
alienacji! Tak nie można...
Na bis zabrzmiało jeszcze Love will tear us
apart - jeden z moich ulubionych utworów wszech czasów. I odczucia
miałem ambiwalentne. Z jednej strony fajnie, zawsze chciałem usłyszeć to
na żywo, ale z drugiej... To przecież też bardzo osobista pieśń Iana...
Let Him Rest in Peace!



Komentarze
Pokaż komentarze