Gdy odliczanie godzin do zakończenia starego roku wchodzi w decydującą fazę, popularne stają się różnego rodzaju podsumowania, rankingi sukcesów i porażek, festiwale noworocznych postanowień i obietnic. Ja postanowiłem skupić się na muzycznym podsumowaniu mijających dwunastu miesięcy, wszak był to okres obfitujący w ciekawe wydawnictwa, z których wiele, przynajmniej w moim mniemaniu, przetrwa próbę czasu i do których z przyjemnością będę powracał.
Na miano albumu roku zasłużyło wydawnictwo grupy Kings of Leon – „Only by the Night”.
Wybór nie był łatwy, konkurencja była duża, jednak po kilku przesłuchaniach nie byłem już w stanie się od tej płyty uwolnić.
Czwarta płyta chłopaków z Nashville pokazuje, że zespół nie powiela dotychczasowych, do perfekcji dopracowanych schematów, ale stara się wciąż poszukiwać. Stąd też na płycie nie ma już tylko gitarowych trzyminutówek, ale poszczególne partie instrumentalne są bardziej rozbudowane. Płyta jest bardzo równa, pozbawiona tak powszechnych w muzycznym mainstreamie wypełniaczy. Nie brak oczywiście utworów wybijających się już po pierwszym przesłuchaniu – jak hymnowy „Sex on Fire”, mający wszystkie przymioty wybitnej rockowej pieśni. Jednak w miarę słuchania, odbiorca wciąż odkrywa kolejne perełki – jak np. utwór „Manhattan”, bądź świetnie zamykający album „Cold Desert”. Jak to dobrze, że istnieją inne niż programy typu „Idol” kanały muzycznej ekspresji, wszak ktoś o tak skrzypliwym głosie jak Caleb Followill – wokalista KoL tam nie miałby szans.
A dalej...
2. TV on the Radio – Dear Science
Świetna płyta grupy, która wciąż nie boi się eksperymentować z dźwiękiem – tym razem stawiając na gatunkowy synkretyzm.
3. James – Hey Ma
Po długim milczeniu manchesterska formacja powróciła z jedną z najlepszych płyt w swojej karierze.
4. Goldfrapp – The Seventh Tree
Zmysłowy, głęboki, czasem zadziorny głos Alison brzmiał wyśmienicie podczas wielu gorących nocy tego lata... Również na żywo na gdyńskim Open’erze.
5. Nick Cave and the Bad Seeds – Dig Lazarus Dig!!!
Album, który jako pierwszy rzucił mnie na kolana w mijającym roku –
6. MGMT – Oracular Spectacular
Zdecydowanie ożywczy powiew nie tylko w muzyce inspirowanej elektroniką.
A poza tym, poniżej, w przypadkowej kolejności albumy, które nie wywarły może na mnie takiego wrażenia jak powyższe, ale z pewnością będą kojarzyć mi się z rokiem 2008 i bez wątpienia będę o nich pamiętał także za rok.
Fleet Foxes
Santogold
Elbow – The Seldom Seen Kid
Grace Jones - Hurricane
Morcheeba – Dive Deep
Oasis – Dig Out Your Soul
The Verve - Forth
M83 – Saturdays=Youth
Lao Che - Gospel
Isobel Campbell & Mark Lanegan – Sunday at Devil Court
Ladyhawke
Lindsay Buckingam – Gift of Screws
Bloc Party - Intimacy
I’m From Barcelona – Who Killed Harry Houdini?
A dla Was – jaki był muzycznie mijający rok?



Komentarze
Pokaż komentarze (9)