Od dwóch-trzech tygodni mam nieustające wrażenie deja vu. Bowiem ostatnio, niemal jak za PRL-u nastąpił "wysyp" otwieranych inwestycji, oddawanych dróg i wezłów, obiektów sportowych, nasiliło się podejmowanie decyzji dotąd, jak mówiono, nie do podjęcia z powodu ważnych i absolutnie obiektywnych przyczyn i przeszkód.
Nagle znaleziono właścicieli działek pod Placem Defilad. Niespodziewanie akurat teraz, właśnie w listopadzie zostaje podjęta decyzja o przetargu na budowę wyczekiwanego przez mieszkańców Ursynowa szpitala Południowego. Co prawda wedle obietnic Hanny Gronkiewicz-Waltz z poprzedniej kampanii miał już teraz przyjmować pacjentów, ale co szkodzi obiecać kolejny raz?
Wreszcie podwoje otworzy pierwszy pełnowymiarowy basen w Wawrze. Nie szkodzi, że inspektor nadzoru budowlanego podała się do dymisji, bo wedle niej popełniono przy budowie rażące błedy - wstęgę przecież można dziś przeciąć, a remontować się będzie po wyborach...
Nie dało się zbudować obiecanego tramwaju na Tarchomin? Oddamy do użytku chociaż 700 metrow trasy.
I tak dalej i tak dalej, i tak dalej...
Czuję się jak w Socjalistycznej Ojczyźnie przed 22 lipca. Mam wrażenie, że zaraz zabraknie łamów prasy na odtrąbianie kolejnych sukcesów a w pasmanteriach skończą się zapasy biało-czerwonych wstęg do przecinania.
Jako warszawiak cieszę się oczywiście z tego, że coś jednak udało się skończyć, ale ten lipcowy festyn w listopadzie nieco mnie niepokoi. Czy aby wyborcza obietnica Pani Prezydent że "Ciąg dalszy nastąpi" nie będzie oznaczała, że tym dalszym ciągiem będą pośpieszne remonty oddawanych na "hurra' inwestycji?
Więc patrzmy w kalendarz. 21 listopada to naprawdę nie 22 lipca.
Czesław Bielecki


Komentarze
Pokaż komentarze (54)