Po dłuższej przerwie, spowodowanej tym, że mi się najzwyczajniej w świecie nie chciało, uraczę was moi mili recenzją „Pensjonatu” Piotra Pazińskiego, laureata Paszportu Polityki 2009.
O czym jest więc ta znakomita (przecież Paszportu Polityki nie dostałaby byle słabizna!), wstrząsająca, odmieniająca nie tylko spojrzenie na pewne sprawy, ale i całe życie książka?
O przemijaniu. O pamięci. O strachu przed byciem zapomnianym. O przekleństwie, przekazywanym z pokolenia na pokolenie.
Oto główny bohater przyjeżdża na kilka dnia do tytułowego pensjonatu, w którym to za młodu spędzał każde wakacje wraz ze swoją babcią. Teraz wraca tam, by odświeżyć stare klisze tkwiące głęboko w jego umyśle, odtworzyć to, co było, a co nieuchronnie zmierza ku wiecznej pustce, wiecznemu zapomnieniu.
Albowiem należy on do trzeciego już pokolenia Żydów po holokauście. Ostatnie pokolenie, które może wysłuchać relacji od tych, którzy przetrwali obozy zagłady. Jeszcze dziesięć, dwadzieścia lat i nie będzie nikogo takiego. A wtedy cierpienia setek tysięcy zamienią się wyłącznie w temat na lekcji historii, abstrakcyjną notkę na siłę wepchniętą do stronic tyczących się całej drugiej wojny światowej.
Pensjonat zdaje się opuszczony. Starzy już nie żyją – pozostała ich ledwie garstka – a młodzi? Młodzi nie pamiętają. Młodzi są w ciągłym ruchu. Młodych nie interesuje niczyi los, poza ich własnych. I ten stary, konający pensjonat jest niczym innym jak odzwierciedleniem losów narodu żydowskiego. Narodu, który został zdziesiątkowany, narodu, którego wyznawców usilnie stara się zasymilować do zachodniej kultury i zachodnich wzorców, nawrócić na wiarę chrześcijańską, obedrzeć z ich tradycji i obrzędów.
I z każdym rokiem owej presji ulega coraz więcej i więcej Żydów. A jaki los czeka tych, którzy nie chcą się podporządkować?
Wygnanie. Mogą wyruszyć w poszukiwaniu ziemi obiecanej – do Izraela – albowiem Żyd skazany jest na los wiecznego tułacza, który gdy tylko opuścił Egipt, skazał siebie na wędrowanie po wszech czasy. I nigdzie nie będzie się czuł jak w domu. Nigdzie nie będzie traktowany jak „swój”. Wybuduje dom, zasadzi drzewo, spłodzi syna – wszystko na obcej, nieprzyjaznej ziemi. Czy to jest wymarzony los dla narodu, który przeszedł tak wiele?
Oczywiście można nie iść na wygnanie, pozostać w zamieszkiwanym przez siebie kraju i dalej opierać się podszeptom diabła. Zostać zepchniętym na margines, nie mając nic innego, jak tylko oczekiwać śmierci i rozdrapywać stare rany, rozpamiętując stare krzywdy.
Mieszkańcy pensjonatu wybrali tę drugą drogę. I płaczą. I wątpią. Wątpią w Boga, albowiem Bóg ich opuścił, Bóg pozwolił im cierpieć. Co więcej – Bóg dokładał im tych cierpień. I jeśli przez te wszystkie stulecia naród żydowski nie mógł odetchnąć nawet na chwilę, to skąd myśl, że przyszłe pokolenia będą miały lepiej?
Czeka ich taki sam los, jak ich dziadków, pradziadków, jak każdego innego Żyda, dopóki litościwy Pan nie zetrze ostatniego uciekiniera z Egiptu z powierzchni Ziemi. Jest bliski tego dzieła. Widzi to kierownik pensjonatu, który resztkami sił broni się przed tym, by nie popaść w obłęd. Resztkami sił walczy o przetrwanie pensjonatu, a więc i resztkami sił walczy o przetrwanie całego narodu. Jeśli odpuści, ktoś inny też może odpuścić, i tak lawina zdarzeń zmiecie pamięć o cierpieniu ich przodków z kart historii. Nie pozostanie nikt, kto mógłby ich opłakiwać.
I właśnie to jest motywem przewodnim książki Pazińskiego. Strach przed przemijaniem. Strach przed niepamięcią. Skoro o uczestnikach koszmaru holokaustu nie pamiętają nawet ich synowie i córki, którzy uciekli daleko, do ich własnej, nowej ziemi obiecanej – nie Izraela, a na przykład Szwecji – to dlaczego mają ich wspominać obcy ludzie? Żyd jest zawsze samotny i zrozumieć go w pełni jest w stanie wyłącznie drugi Żyd.
W pewnym momencie główny bohater natrafia na całą kolekcję starych pocztówek. Widzi na nich swoją babcię, wujków, ciotki, ale i także osoby, których nie zna, a skoro on ich nie zna, to znaczy, że ich imiona przepadły na zawsze, pozostał wyłącznie obraz, który przecież i tak zniknie – zniknie wraz z jego śmiercią.
Litery na tych pocztówkach są w większości nieczytelne – nie minie wiele czasu, a i one znikną.
Wszystko zniknie. Cały naród. Nadzieja. Nie zostanie już nic, całe wieki cierpienia – to wszystko pójdzie na marne. Każda przelana łza – będzie łzą straconą.
I nie tylko obrazy, zdjęcia blakną. To samo dzieje się ze wspomnieniami. Wujek Leon, Wujek Abram – kiedyś tak bliscy głównemu bohaterowi, teraz jest pełen wątpliwości, czy w ogóle potrafiłby ich odróżnić, gdyby stanęli przed nim.
Nikt nie przetrwa. Nikt i nic. Pozostaje tylko czekać.
Wszystko to opisywane jest beznamiętnie, bez jakiegokolwiek współczucia. Taki zamysł? Konwencja? Być może. Oto trzecie pokolenie, które nie jest w stanie do końca pojąć tego, co zaszło. Nie potrafią współczuć, bo nie potrafią wyobrazić sobie tego, przez co musieli przejść ich dziadkowie. Niektórzy przed tym uciekają, a niektórzy – bezskutecznie – próbują jednak przebić się przez ten mur, dojrzeć, co też znajduje się po drugiej stronie.
Być może tak właśnie jest. Niestety, konwencja konwencją, a gusta gustami. Dlatego Paziński ma u mnie minusa. Za tą suchą, beznamiętną relację, która sprawia, że dramatyczne przecież wydarzenia zdają się… takie nieistotne, pozbawione jakiegokolwiek znaczenia.
Czytamy „Pensjonat”, trafiamy na wspomnienia o stłamszonych i zniweczonych nadziejach na przyszłość i jedyne co jesteśmy wycisnąć z siebie to: och, jakie to straszne.
I idziemy zająć się własnymi sprawami.
Książka nie zostawia na nas żadnego piętna, nie każe na nowo przemyśleć problemy, które porusza. Sto trzydzieści stron, po których ma się wyłącznie poczucie, że oto zaliczyło się kolejną książkę, jakże cenną, bo dostała przecież Paszport Polityki, więc teraz można zabłysnąć w oświeconym towarzystwie.
Napisana poprawnie, ale bez ikry. Przewracam kartkę za kartką i nie czuję krwi, potu i łez, jakby autor nie wysilił się nic a nic. A to cenię sobie w prozie i nie tylko w prozie.
I dlatego ocena brzmi 7/10.
Rzekłem.



Komentarze
Pokaż komentarze