Dajemy się robić „w konia”. Niemal za każdym razem. Gdy jakiś podejrzany DJ organizuje na imprezie rozbierane konkursy, lub puszcza muzykę w stylu „straciłaś cnotę”, to on chce dobrze, chce być normalny i rozkręcić zabawę. Gdy chrześcijanin to krytykuje, jest on chorym z nienawiści fanatykiem, który wszędzie widzi zło, jest nietolerancyjny i pozbawiony miłosierdzia.
69
BLOG
Nie mamy za co przepraszać
Gdy jakiś autor oczernia Jana Pawła II, to jest to człowiek dążący do prawdy i pokonujący schematyczne myślenie, taki na przykład jak Pan Obirek. Gdy krytykuję takie i inne postawy, jestem uważany za zwolennika ciemnogrodu i zacofania.
Szczególnie ciekawie wygląda jednak pokusa wewnętrzna, pokusa rozgrywania wiary w imię własnych interesów. Doświadczam tego w środowiskach chrześcijańskich pogodzonych z duchem tego świata, które dobrze funkcjonują we współczesnym społeczeństwie, rozmiłowane w gadżetach i przyjemnościach, które oferuje tzw. „salon”.
Środowiska te często lubią sobie tłumaczyć własną oziębłość apostolską dostrzeganiem dobra, niechęcią do oceniania innych i podobną temu retoryką, której skutkiem, miast sprawiedliwości, jest rozmywanie różnicy pomiędzy dobrem a złem. Nie zapominajmy jednak, że sprawiedliwość opiera się na wynagradzaniu dobrego i karaniu złego, a chrześcijanin ma wręcz obowiązek upominać bliźniego swego, nastawać „w porę i nie w porę”.
Innymi słowy, teza, że funkcjonowanie w dzisiejszym świecie powinno opierać się na poszanowaniu innych, rozumianego jako absolutny brak ingerencji w ich życie, chyba że ów ktoś ewidentnie nie szanuje życia, własności czy wolności innych, nie jest pomysłem z ducha Ewangelii, lecz raczej z pism odstępcy religijnego Johna Locke’a i jemu podobnych.
Marek Przychodzeń


Komentarze
Pokaż komentarze (1)