To mój pierwszy wpis. Długo się zbierałam z tym, aby podzielić się refleksją, aż zsumowałam sobie dyskusje, spory, awantury ostatnich dekad (na polu polityczno-historyczno-naukowo-społecznym) i doszłam do wniosku, że warto by popełnić taką notkę.
Od wybuchu II WŚ minęło już sporo czasu, a jednak wciąż krążą wokół niej sprawy niejasne i niedoprowadzone do końca, które stają się podstawą do przepisania historii na nowo i przerzucenia przynajmniej części odpowiedzialności na ofiary.
Coraz częściej słyszy się tu i ówdzie, że właściwie to podczas okupacji Polacy nie byli gnębieni i mordowani, jeśli tylko nie mieszali się do konspiracji (a i polski ruch oporu nierzadko dostaje dziś po uchu - na razie nie wnikam w szczegóły, bo PPP to historia na osobną notkę), że jesteśmy współodpowiedzialni za Holocaust, że sami jesteśmy sobie winni, bo przedwojenna władza popełniała błędy (to również temat na dłuższą notkę, temat, który w wielu historycznych publikacjach omówiono dość obszernie).
Zacznijmy od spraw niewyjaśnionych, najbardziej nośnych medialnie po dziś dzień, które wykorzystują do swoich celów politycy, a które są źródłem osobistych wręcz obsesji niektórych badaczy z tzw. "nowej szkoły historycznej" (Barbara Engelking-Boni, Mirosław Tryczyk, Jan Zbigniew Grabowski, Jan Tomasz Gross, Alina Cała).
Jedwabne
Zbrodnia, która każdego roku w lipcu rozgrzewa emocje społeczeństwa do czerwoności. Zbrodnia, która w opinii niektórych ma skutecznie " wypchnąć" nas z pozycji ofiary wojny i umieścić w pozycji jeśli nie sprawcy, to przynajmniej współsprawcy.
Problem polega na tym, że mija ćwierć wieku od wytworu J. T. Grossa "Sąsiedzi" a sprawa utknęła w martwym punkcie. W międzyczasie nakręcono "Pokłosie", Słobodzianek napisał rozsławiony na cały świat dramat "Nasza klasa" (w oparciu o Grossa) , A. Bikont napisała "My z Jedwabnego"; zaś Tryczyk domknął tę dyskusję książką o licznych sąsiedzkich pogromach, wykreślając słowo "Niemiec" z fragmentów, które nie pasowały mu pod tezę - za co został ustawiony do pionu przez samych historyków (sam nie jest bowiem z wykształcenia historykiem) zajmujących się tą sprawą (dr Persak).
Całość dopełniła ekshumacja, która została przerwana po odnalezieniu łusek. Prof. A. Kola, archeolog badający to miejsce, odnalazł na niektórych łuskach wybitą datę wskazującą na rok produkcji - 1939.
Nasuwa się pytanie: Czy ludzie, którzy tam zginęli, nie zostali zamordowani tą samą metodą, co mieszkańcy Chatynia, Kartelisów, Michniowia, Rosicy, Borowa, Soch, Radziłowa i wielu innych polskich oraz radzieckich (białoruskich/ukraińskich) wsi? Schemat niemal identyczny: płonąca szopa/stodoła/inny budynek oraz strzały z broni palnej.
Kwestia świadków, którzy różnią się w zeznaniach; zagadka Szmula Wasersztajna, którego w chwili dokonania zbrodni nie było, bo uciekł, a którego Gross wziął za świadka, Eliasz Grądowski, który podobno był, ale go nie było, bo rok wcześniej Sowieci wywieźli go na Sybir, tajemniczy list mieszkańca Jedwabnego Calka Migdała, mieszkającego w Ameryce od 1937.
Czeski film? Nie wiadomo o co chodzi?
To potworna masakra, którą trzeba wyjaśnić, bo inaczej mamy kilka różnych historii, kilka różnych wersji. Tu nie chodzi o strach przed potencjalnym zmierzeniem się ze zbrodnią. Ale żeby się z nią zmierzyć, trzeba poznać pełną prawdę.
Stawiam zatem uporczywie powracające pytanie: Dlaczego nie dokończono ekshumacji? Czy zaważyły na tym względy religijne (ale w takim wypadku ekshumacja w ogóle nie zostałaby rozpoczęta), czy może chodzi o co innego?
(Widziałam na blogu, że @pink panther i @Daani swego czasu zajmowały się tą sprawą)
Pogrom kielecki
Zbrodnia powojenna, która zelektryzowała Kielce, która została wiele lat później przetworzona przez różnej maści pisarzy i publicystów, przekształcona w dowód na krwiożerczą zbrodniczość "polskiego motłochu". Oficjalny powód: antysemityzm? Czy taki sam powód był w pozostałych krajach satelickich zsrr w tamtym czasie? W Czechosłowacji czy na Węgrzech, gdzie doszło do pogromów na podobnych "zasadach".
Dziwna wizyta Henia Błaszczyka na ub, gdzie wytłumaczono mu, co ma mówić, uzbrojeni milicjanci, wypowiedzi Anatola fejgina - funkcjonariusza aparatu bezpieczeństwa: "stąd pogromy i inne fortele"; strzały z okien kamienicy...pomimo wielu opracowań dotyczących pogromu, sprawa pozostała nie w pełni wyjaśniona. Więcej pytań niż odpowiedzi.
Chciałoby się zapytać: ile jeszcze takich niejasności i spraw porzuconych w połowie, ile jeszcze przypadków modelowania przebiegu zbrodni w zależności od tego, kto o niej opowiada?
Nowa-stara koncepcja?
Zdaje się, że wpisuje się to w szersze zjawisko przesuwania akcentów. Ostatnie rewelacje pana Rossolińskiego-Liebe o "współudziale" polskich burmistrzów w Holocauście (to zupełnie tak, jakby pociągnąć do odpowiedzialności urzędników z Judenratu, a przecież nikt przy zdrowych zmysłach i przy zrozumieniu okupacyjnego kontekstu nie będzie podejmował się takich stwierdzeń), ekwilibrystyka pani Elżbiety Janickiej, jakoby Warszawiacy budowali w czasie okupacji kapliczki po to, żeby dziękować Bogu za Zagładę Żydów (tak jakby sami nie doświadczali masowego terroru, tak jakby sami nie ginęli z rąk Niemców), najnowsze "dzieło" pani Engelking-Boni do spółki z panem Grabowskiem, w którym dopuścili się srogiej manipulacji relacjami świadków (słynna sprawa pani Filomeny Leszczyńskiej i jej wujka) - to wierzchołek góry lodowej.
Ostatnio coraz częściej można usłyszeć, że jesteśmy sami sobie winni w przypadku rzezi wołyńskiej - przecież II RP prowadziła krzywdzącą politykę względem Ukraińców, a to, że rzeź ta nie była zemstą ludową (przynajmniej nie był to czynnik decydujący), że przywódcy Ukraińskiej Powstańczej Armii zaplanowali szeroko zakrojoną czystkę mającą oczyścić ziemię ukraińską z Polaków oraz innych nacji (ofiarą padli też Żydzi czy czescy osadnicy), że wielu zwyczajnych Ukraińców nie chciało mordować swoich sąsiadów, za co płaciło życiem z rąk swoich - to "drobny szczegół".
Pojawiają się gdzieniegdzie w przestrzeni głosy rozgoryczonych niemieckich nacjonalistów, twierdzący, że ukradliśmy im ziemie na wschodzie (co bardziej radykalni mają na myśli Poznań).
Wersja rosyjska niezmienna od lat - Katynia nie było, łagrów też nie, za to było wyzwolenie.
Nie chodzi o licytowanie się teraz na krzywdy. Każdy naród ma swoje jasne i ciemne karty. Historia jest również pełna odcieni szarości, moralnej niejednoznaczności. Tylko dlaczego nie szukamy ciemnych kart tam, gdzie mamy pewność, że one faktycznie są? W postaci PKWN czy krótko działającego NOR-u; w postaci okrutnej, powojennej bezpieki i MO, w postaci Dzierżyńskiego - krwawego ojca czekistów, czy Bieruta...Jeśli odczuwamy palącą potrzebę wstydu historycznego, to wstydźmy się za nich.
Dlaczego dzisiejszy salon polityczno-nowohistoryczny (nie oszukujmy się - zarówno przeszłość jak i teraźniejszość została podporządkowana bieżącym sprawom politycznym) żeruje na tragedii milionów ludzi, na tym nieludzkich okresie w naszych (i nie tylko naszych) dziejach? Jaki jest tego cel? Dotarcie do prawdy? Ależ nie...gdyby tak było, powyższe sprawy zostałyby doprowadzone do końca. Tak, żeby nikt nie miał wątpliwości, ani ci z prawa, ani ci z lewa.
Wnioski:
Wystarczy przesunąć akcenty tu i tam, wystarczy zamienić w publikacji figurę niemieckiego żandarma na figurę Polaka i gotowe! Róbmy tak dalej, a obudzimy się wkrótce w Norymberdze...na ławie oskarżonych.
Ps. Zdaję sobie sprawę, że część rzeczy przedstawiłam w sposób chaotyczny, skrótowy i nieco uproszczony, jeśli będzie okazja to rozwinąć, poświęcę temu osobną notkę.


Komentarze
Pokaż komentarze (19)