J. Piłsudski zdjęty z cokołu
NIE MA JEDNEGO PIŁSUDSKIEGO. JEST DWÓCH PILSUDSKICH: JEDEN PRZED- I DRUGI PO-MAJOWY.
0 obserwujących
13 notek
2174 odsłony
  162   2

Jak to z Wieprzem było (Bajka dla dorosłych)

"Marzyłem o wielkości. Ja z tą myślą nie rozstawałem się nigdy". (Józef Piłsudski, "Myśli, mowy i rozkazy")

 Jak to z Wieprzem było...



A było tak: Żył raz Wódz, co miał państwo, które sam stworzył, wiernych wojskowych dowódców, wyższych od niego rangą i przydomek drugiego Chrobrego, chociaż bram Kijowa nigdy nie przekroczył. Ale Wódz niczym się nie cieszył, tylko markotny był, że nie nazywają go drugim Napoleonem. - Bylebym tylko taką sławę miał – myślał – to już mi niczego więcej nie trzeba. I oto nadarzyła się sposobność wielka, bowiem u wrót stolicy stanął wróg, który lat 140 z okładem ciemiężył nadwiślański lud. – Teraz albo nigdy – pomyślał Wódz i nocą z 5 na 6 sierpnia, A.D. 1920, w szóstą rocznicę wymarszu Kadrówki, "zamknął się w swoim pokoju w Belwederze, dając przedtem rozkaz, aby nikt do niego nie wchodził" (A. Piłsudska, Wspomnienia). Tam "przepracowywał siebie samego dla wydobycia decyzji". (J. Piłsudski, Rok 1920)

image
Jerzy Kossak – „Cud nad Wisłą” (1930)

Owej nocy, wywoławszy ducha Napoleona (Marszałek parał się okultyzmem ), pogawędził sobie z nim jak… car z cesarzem (podczas odbywania kary zsyłki na Syberii Wódz spotkał Cygankę, która wywróżyła mu, że będzie carem). Duch dał Wodzowi wiele dobrych rad, co i jak ma czynić, by skutecznie pogromić wroga i wieczną sławę zyskać.  Nie obyło się bez swarów, bowiem Wódz  […] często [złościł] się na Napoleona, który wygłosił zdanie, że dobry generał nie powinien mieć wyobraźni", a on przecież był nie tylko dobry, ale wręcz genialnyi  […] zawsze [miał] bardzo żywą wyobraźnię (J. Piłsudski, Myśli, mowy i rozkazy). Następnego ranka Wódz wielce zmaltretowany na ciele i umyśle zwołał naradę generałów, by im przedłożyć w męce zrodzony plan. Istnieją rozbieżności co do autorstwa owego planu – czy był nim Naczelny Wódz, J. Piłsudski, czy Szef Sztabu, generał Rozwadowski. Ale obaj byli zgodni, że   "Warszawa, a nie co innego, jest celem operacji p. Tuchaczewskiego" (J. Piłsudski Rok 1920).   Kiedy więc ten ruszy na  stolicę od wschodu, część polskiej armii zgrupowana nad rzeką Wieprz, zaatakuje jego tyły.  Plan został zatwierdzony jako rozkaz Nr. 8358/III z dn. 8. 08. 1920 r. i podpisany przez gen. Rozwadowskiego (J.P. go nie podpisał).  Dla przeprowadzenia kontrofensywy znad Wieprza została utworzona tzw. Grupa Uderzeniowa, której dowództwo miał przejąć gen. Śmigły-Rydz.  Gen. Rozwadowski proponował by jej centrum dowodzenia umiejscowić w Garwolinie, jako bliskim Warszawy, jednak Piłsudski stanowczo się temu sprzeciwił i – utworzywszy swój własny sztab z płk. W. Stachiewiczem jako jego szefem – zainstalował się w Puławach (ok. 140 km od Warszawy), by “Dwaj Panowie”, jak zgryźliwie nazywał generałów Rozwadowskiego i Weyganda, nie zaglądali mu w karty (a szczególnie w pasjansa). Za to dowództwo polskie zaglądało w karty bolszewikom, odkąd pracownik polskiego wywiadu, porucznik Jan Kowalewski, na przełomie sierpnia i września 1919 r. rozpracował ich szyfry. Stąd prawdopodobnie znano datę ofensywy Tuchaczewskiego i kontruderzenie znad Wieprza zaplanowano na 14 sierpnia. Piłsudski był bardzo niezadowolony z przydzielonych mu wojsk i po zarządzonej 12 sierpnia rano defiladzie stwierdził: "To jest dziadostwo i z takim wojskiem mam iść na ofensywę!".  A przecież to on, jako Naczelny Wódz, był odpowiedzialny za ich kondycję.  Po defiladzie, bez podania przyczyny powiadomił gen. Rozwadowskiego, że postanowił zaczynać "nie wcześniej jak 17 sierpnia rano, gdy natarcia na Warszawę już się dostatecznie rozwiną i zwiążą “gros” sił sowieckich z naszym polskim “gros”, będącym w Warszawie" (J. Piłsudski, Rok 1920).

Pewnie przypomniał sobie o chrzcinach w Puławach, gdzie miał wystąpić jako ojciec chrzestny kolejnego Józefa. A po południu tegoż dnia, na ręce premiera Witosa złożył dymisję z funkcji Naczelnika Państwa i Naczelnego Wodza. A przecież, jak sam pisał:  "Wódz musi umieć rachować i przebywać tam, gdzie rachunek już zatraca pewność, gdzie są tylko prawdopodobieństwa".  Najwyraźniej skończył edukację z matematyki na liczydle… Witos dymisję schował do kasy pancernej i nie podał tego faktu do wiadomości publicznej, by nie siać paniki, ale zrobił sobie kopię. A gen. Rozwadowski, jako szef sztabu, został naczelnym wodzem nic o tym nie wiedząc. Wieczorem Piłsudski oświadczył mu, że wyjeżdża do swojej kwatery dowodzenia w Puławach, by podnieść niske morale “dziadowskiego wojska”.  Chociaż to on sam potrzebował duchowego wsparcia.  M. Rataj tak pisał: 
Piłsudski stracił pod wpływem klęsk głowę. Opanowała go depresja, bezradność, powtarzał ciągle, iż wszystkiemu winien jest upadek „moralu” w wojsku (w czym miał zresztą dużą słuszność), ale nie umiał wskazać sposobów podniesienia go; wszystkich nawet najbliższych mu, zadziwiała jego apatia, sugerowano mu by udał się do jednego lub drugiego oddziału wojska, pokazał się, dodał otuchy żołnierzom – daremnie.

“Po drodze” wstąpił do oddalonej o 300 km Bobowej pod Krakowem, gdzie w majątku matki gen. Wieniawy-Długoszowskiego przebywała jego przyszła żona – Aleksandra Szczerbińska z córkami.  W Puławach zjawił się 15 sierpnia, by uczestniczyć w chrzcinach. Tymczasem na froncie zaszły zasadnicze zmiany po tym, jak jadący z rozkazem Nr. 8358 goniec został pojmany i zabity przez bolszewików.  Tuchaczewski, poznawszy polskie plany, postanowił obejść Warszawę od północy i uderzyć od zachodu, powtarzając tzw. manewr Paskiewicza sprzed 100 lat.  Wobec zaistniałej sytuacji gen. Rozwadowski postanowił jak najszybciej użyć Grupy Uderzeniowej do wsparcia 5 Armii gen. Sikorskiego, walczącej z głównymi siłami bolszewickimi, i kilkakrotnie próbował porozumieć się telefonicznie z Piłsudskim, by skłonić go do natychmiastowej akcji (a był on oddalony o 2 dni drogi od Warszawy). Niestety, Naczelnego Wodza (byłego – o czym gen. Rozwadowski nie wiedział) w Puławach nie było, a jego szef sztabu, płk. Stachiewicz, wystąpiwszy w roli dzisiejszej automatycznej sekretarki, odpowiedział, że abonent (J.P.) jest chwilowo niedostępny i żeby zostawił wiadomość.

Na wojnie sytuacja  zmienia się jak w kalejdoskopie i pierwszym odruchem i obowiązkiem dowódcy, na jakimkolwiek szczeblu, jest udanie się w miejsce najbardziej zagrożone.  Zasada ta nie dotyczyła jednak Piłsudskiego, który tak mówił o sobie do historyka M. Sokolnickiego, mającego pomagać mu w pisaniu wspomnień (z zamysłu nic nie wyszło): 
Mam niesłychany upór w pracy myślenia. O jednej i tej samej sprawie mogę bez przerwy myśleć lat kilka i po upływie lat kilku znowu do niej powrócić. Jestem wierny swym myślom.  Co postanowię, to doprowadzę do skutku, chociażbym na ten skutek miał bardzo długo czekać. Ja się nie zrażam tym, że czekać trzeba i umiem czekać.  (Ta przypadłość w terminologii medycznej nazywa się obsesją, a w skrajnych przypadkach-natręctwem).

Tak więc, zgodnie ze swoimi zasadami, Piłsudski postanowił wyruszyć z kontrofensywą 17 sierpnia i nic nie mogło zmienić jego decyzji, chociaż plan ten już się zdezaktualizował.  Bowiem, jak pisała A. Piłsudska we Wspomnieniach:  Plan jest i – zły czy dobry – musi być wykonany. Łączyło się z nim wielkie ryzyko, to prawda, ale czy plany nieprzeciętne mogą być ryzyka pozbawione?  
Wobec alarmujących wieści z frontu północnego, zgodził się przyspieszyć o jeden dzień wymarsz z Grupą Uderzeniową (16 sierpnia) i tak  to opisał w książce "Rok 1920": Ostatecznie postanowiłem, że kontratak poprowadzę sam , chociaż z góry w ten sposób przesądzałem, że wprowadzam wskutek tego bezład w dowodzeniu, gdy biorę może na czas dłuższy dowodzenie bezpośrednie małej zaledwie części wojsk, których byłem naczelnym wodzem.

Piłsudski odebrał dowództwo gen. Śmigłemu-Rydzowi, bo przestraszył się zapewne, iż ten okazać się może zbyt śmigły i dopadłszy wroga rozbije go, a przecież, jak śpiewali Skaldowie – „nie o to chodzi, by złowić króliczka, ale by gonić go„... Wyruszył więc w pościg 16 sierpnia rano, by… uderzyć w próżnię.  Bolszewicy bowiem, po rozgromieniu ich przez 5. Armię gen. Sikorskiego, byli już w chaotycznym odwrocie dziesiątki kilometrów na północ i wschód od Warszawy. 
16-go rozpocząłem atak, o ile w ogóle atakiem nazwać to można […] gdyż nieznacznych potyczek w tym czy innym miejscu z jakimiś małymi grupkami, które natychmiast po zetknięciu się z nimi rozpraszały się i uciekały, kontaktem nazwać bym się nie ośmielił.  Cały dzień spędziłem w samochodzie […] zbierając ciągle dane i wrażenia – swoje i mych podwładnych.

Najbardziej niepokoiła Piłsudskiego Grupa Mozyrska, która jawiła mu się jako jakiś wielogłowy potwór, a w rzeczywistości była formacją najsłabszą: Główną zagadką, którą chciałem sobie rozstrzygnąć, była tajemnica tak zwanej Grupy Mozyrskiej. Właściwie nie było jej wcale, oprócz 57 Dywizji; lecz taki wynik rozumowań przeczył najzupełniej dotychczasowym przez miesiąc całym wykuwanym z dnia na dzień wrażeniom, jakie posiadałem. Przecież była to jakaś apokaliptyczna bestia, przed którą cofały się przez miesiąc liczne dywizje. Wydawało mi się, że śnię.  Jako wynik, do którego doszedłem, był pogląd, że czeka mnie gdzieś jakaś zasadzka. […] Straże przednie 14 Dywizji (część G.Ud.) stanęły 16 sierpnia niecałe 20 czy 25 kilometrów. […] A nieprzyjaciela nie było! […] Gdzieś jednak musiała być mozyrska, dotąd zwycięska grupa, gdzieś także 16 Armia, atakująca Warszawę.  

Wobec bezowocnych poszukiwań Grupy Mozyrskiej J. Piłsudski stwierdził, że ona po prostu nie istnieje.   Po latach, na wykładzie w Wyższej Szkole Wojennej tak mówił:  Godzinami łamałem sobie głowę nad rozwiązaniem zagadki, gdzie jest ta groźna grupa, z którą gen. Sikorski miał tyle roboty.  Jakże byłbym spokojniejszy, gdybym wiedział, że to fantom. Dalej tak opisuje swoje działania: 
Dzień 17 sierpnia nie przyniósł mi żadnego wyjaśnienia tych zagadek. […] Spędziłem znowu dzień cały w samochodzie, szukając śladów tajemnicy i choć pozoru zasadzek.  Dobrze po południu zastałem w Łukowie dowódcę 21 Dywizji wraz z jego sztabem, festynującego wesoło po tak wspaniałym marszu.  Gdy dowódcy brygad i niektórych pułków mnie otoczyli przy stole, wszyscy w jeden głos twierdzili, że właściwie nieprzyjaciela nie ma i z zapałem mi opowiadali, jak cała ludność spieszy im z pomocą. Tak więc, gdy jakaś grupka nieznaczna nieprzyjaciela chce stawić opór, to nieledwie baby z cepami i chłopi z widłami spieszą sekundować naszym góralom, gdy ci boso w tyralierze idą do ataku.  […] Gdy pod wieczór wracałem ku zachodowi po pięknej szosie od Łukowa w stronę Garwolina […] wydawało mi się że jestem gdzieś we śnie, w świecie zaczarowanej bajki. Nie rozumiałem właściwie, gdzie jest sen a gdzie prawda. […] Pod tymi wrażeniami przyjechałem wieczorem do Garwolina. Pamiętam jak dziś tę chwilę, gdy pijąc herbatę obok przygotowanego do snu łóżka, zerwałem się na równe nogi, gdy wreszcie usłyszałem odgłos życia, odgłos realności, głuchy grzmot armat, dolatujący gdzieś z północy.  Więc nieprzyjaciel jest! Więc nie jest on jakąś ułudą!

I tak, po dwóch dniach poszukiwań, udało się wreszcie Piłsudskiemu natknąć na jakieś niedobitki bolszewickiej armii, czym się niepomiernie ucieszył i wypiwszy szklankę herbaty, spokojnie ułożył się do snu. Następnego ranka postanowił poszukać 16. Armii: 
Dnia 18-go, gdym rano zerwał się ze snu, armaty już nie grały, była zupełna cisza. Zdecydowałem się zaraz pojechać sprawdzić sytuację. Nigdy nie zapomnę dziwnego wrażenia, gdy bez żadnych przeszkód przyjechałem do Kołbieli i zastałem w dworku przy szosie tylko tyły 14. Dywizji i wiadomość o tym, że dywizja ta bój w nocy toczyła i ruszyła pospiesznym marszem już do Mińska, by zgodnie z moim rozkazem być o świcie trzeciego dnia na szosie brzeskiej.  Gdzież więc jest 16. Armia?  Gdy jechałem do Mińska, świadczyły o niej armaty zostawione bez zaprzęgów i bez obsługi w polu, świadczyły o niej dość liczne trupy ludzi i koni obok szosy, świadczyła wreszcie ludność, która z zachwytem opowiadała mi, zatrzymując auto  gdy mnie poznawano, że “bolszewiki” uciekały w bezładzie i w popłochu w różne strony.  Wielu z opowiadających uważało moją podróż za mało bezpieczną, gdy w okolicy tak dużo rozsypanych  i rozproszonych “czerwonych kozaków”.[…] Ze wszystkich danych wnosiłem, że jeśli nie mogłem nigdzie spotkać oporu ze strony tzw. Grupy Mozyrskiej, to oczekiwany przeze mnie opór sowieckiej 16 Armii jest właściwie zakończony.  […] Stąd wyprowadziłem wniosek, że większość armii sowieckiej musi się cofnąć od Warszawy ku wschodowi i że zatem z naszej strony należy jak najszybciej zarządzić zupełną jednolitość działań wszystkich wojsk zebranych pod Warszawą, aby po rozbiciu jednej z sowieckich armii, energicznym pościgiem i naciskiem zewsząd rozbić i porazić resztę sił nieprzyjaciela.W tym celu zdecydowałem udać się zaraz do Warszawy, by i pościg, i ogólne uderzenie zorganizować i nakazać.  W Warszawie znalazłem nastrój nieco inny niż ten, którego się spodziewałem.

W Warszawie “Dwaj Panowie” nie wykazywali zbytniego entuzjazmu, gdyż większość wojsk bolszewickich zdołała wycofać się na wschód, aż do Grodna nad Niemnem, a III Korpus Konny, nazywany również Złotą Ordą Gaj-Chana, wymknął się nocą z zasadzki zastawionej nań przez wymęczoną 5. Armię i przekroczył granicę z Prusami Wschodnimi, gdzie został internowany. A w nocy, kiedy Naczelny Wódz, po wypiciu szklanki herbaty, spokojnie spał w Garwolinie, oni przygotowywali plan pościgu za Tuchaczewskim. Plan nie przypadł Piłsudskiemu do gustu i podczas dyskusji doszło do nieporozumienia, wskutek którego gen. Weygand poczuł się obrażony i zrezygnowawszy z funkcji doradcy wrócił do Paryża.Po powrocie Piłsudskiego do Belwederu  Witos oddał mu odręcznie napisaną dymisję, a ten, zapadłszy na amnezję, stwierdził, że ”o tym wszystkim zapomniał“ i jak gdyby nigdy nic zaczął urzędowanie jako Naczelny Wódz.

Jak widać z relacji samego jego autora, słynny ”manewr w stylu napoleońskim“ nie był żadną kontrofensywą, tylko pościgiem za uciekającym w popłochu wrogiem, a "Piłsudski wydając rozkaz o przeprowadzeniu uderzenia znad Wieprza, w którym przejął dowództwo, mocno skomplikował system dowodzenia" (L. Wyszczelski Cud nad Wisłą-1920). Javier Moro w książce Szkarłatne Sari wyraził myśl, że sukces ma wielu ojców, a bitwa na przedpolach Warszawy miała też matkę, i to ze sfer niebieskich, a mianowicie Matkę Boską Łaskawą.  Określenie ”Cud nad Wisłą“ wymyślił endecki polityk St. Stroński, by umniejszyć rolę Piłsudskiego, a kler wykorzystał go do podtrzymania kultu maryjnego. 15 sierpnia bowiem przypada Święto Wniebowstąpienia NMP, a w dniu tym pod Warszawą toczyły się ciężkie walki, które przechyliły szalę zwycięstwa na stronę polską.
Oburzona A. Piłsudska tak pisała: Zwycięstwo sierpniowe nazywano ”Cudem nad Wisłą“, zwycięstwem Matki Boskiej. Tak jest, wierzę w siłę Ducha i pomoc Boską. Ale w sprawach ludzkich nic się samo nie zrobi. Świat Ducha działa i pracuje przez ludzi i świat Ducha wybrał na wykonawcę tym razem nie kogo innego, jak Józefa Piłsudskiego. (A. Piłsudska, Wspomnienia).

Sam zainteresowany też nie był tym określeniem zachwycony i zaproponował  salomonowe wyjście, by bitwę nazwać ”Cudem Wisły i Wieprza“. Pomysł nie spotkał się z entuzjazmem, bowiem nie godzi się łączyć nieczystego zwierza z imieniem Matki Bożej. I tak kończy się bajka o Wodzu, co siedząc wygodnie w samochodzie, gawędząc  na popasie z babami i racząc się herbatą, wykonał słynny manewr, który dał mu upragnioną sławę drugiego Napoleona. Wódz jednak nie osiadł na laurach, bo tak sobie upodobał gonienie niewidzialnego wroga, że postanowił ścigać go aż do rzeki Niemen.  Przedtem jednak wielkodusznie dał mu z górą cztery niedziele na odpoczynek. Ale to już jest całkiem inna bajka…
Lubię to! Skomentuj4 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale