Niedawno na falach eteru dopłynęły do mnie dwie wiadomości o znaczeniu ostatecznym; dobra i zła. Zacznijmy od gorszej. Otóż, koniec Świata znów został odwołany i przesunięty na dogodniejszy termin. Podobno Majowie pomylili się w swoim kalendarzu, czy też ostatecznie zmienili zdanie… Na szczęście – i to jest druga wiadomość – leci na nas planetoida, i ta dopiero da nam popalić, choć dopiero po 2020 roku (Dobry Boże, tyle lat Tuskiem i Hanną G.-W., kto to wytrzyma!). Planetoida ma podobno 250 metrów długości oraz wygląd monstrualnego kartofla.
Amerykanie już coś tam kombinują z pociskiem termojądrowym, którym chcą strącić planetkę niczym lizaka w lunaparku. W innym wariancie proponują oni dokręcić asteroidzie silnik, który zmieni trajektorię jej lotu. Osobiście w Amerykanów nie wierzę, gdyby byli tacy zdolni to nie zaśmiewalibyśmy się od lat z american jokes. Do ratowania ziemi trzeba wykorzystać inne, wartościowsze narody. Oto kilka możliwych rozwiązań:
· Polacy; można by wysłać kilku naszych rolników, planetoida zostanie przepędzona. Nie ma wszak kartofla którego by nie przepędzili.
· Żydzi; jeśli oskarżą kosmicznego potwora o antysemityzm to z pewnością zawstydzą go na śmierć,
· Ormianie; sprzedadzą go kosmitom z opcją natychmiastowego odbioru.
· Chińczycy; zjedzą, nie takie rzeczy u nich się jada.
· Rosjanie; na trasie planetki zasadzą brzozę, albo i dwie.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)