Gdy dziś rano wszedłem w dobrze znany korytarz w Pałacu Staszica usłyszałem coś mniej więcej takiego:
„Panie Darku! Pan tak przychodzi, z samego ranka– do instytucji, która właśnie upada, a od nas idzie Pan – o ile nam wiadomo – do muzeum, które – zdaje się – już upadło. Czy to aby przypadek? Czy może to Pan jest przyczyną tego zamieszania, jak nie przymierzając jakiś czarny kot. Trzeba by chyba Pana – kochaneczku – prewencyjnie spalić na stosie, ot choćby tu, na pałacowym dziedzińcu. Koledzy antropolodzy i etnografowie, znają się na rzeczy więc jakoś to tak zorganizują, żeby odczarować skutecznie. W razie czego nasi historycy coś tam jeszcze doczytają w swych pożółkłych papierzyskach. Proszę nam nie mieć za złe, ale w czasie kryzysu, zawsze kogoś poświęcić trzeba."
Ten Instytut PAN, w którym miałem sprawy, otrzymał tylko część ubiegłorocznej dotacji. Zmniejsza się ona zresztą rokrocznie, pomimo uzyskiwanej przez placówkę kategorii A. Pomysłowi i wisielczo weseli jego pracownicy wiedzieli, że prosto od nich biegnę do Muzeum, w którym wciąż mam kawałek etatu. To Muzeum, niegdyś centralne, żyło od lat ze stałej dotacji ministerialnej, resztę swych potrzeb realizując ze sprzedaży biletów. Szczęśliwie jest ono jedną z najczęściej odwiedzanych polskich placówek muzealnych, więc choć cena biletów jest wciąż relatywnie niska, jakoś tam dawało się przeżyć. Dotacja nie rosła od lat, nasze pensje też zatrzymały się i w zasadzie oscylowały w pobliżu stawek minimalnych. Rósł tylko czynsz, które władze Warszawy kazały sobie płacić za budynek. Pani Prezydent była w tej materii nieugięta. Pomimo biedy organizowaliśmy kilkanaście wystaw rocznie i prowadziliśmy dość szeroką działalność oświatową.
W przeciwieństwie do zaprzyjaźnionych akademików moje Muzeum, w tym roku nie zostało dofinansowane nawet częściowo. Proszono mnie by dopóki rozpatrywane jest odwołanie od decyzji Ministra, nie wymieniać nazwy placówki skazanej na zagładę. Zagładę, bo pomimo, że jest to duża i istniejąca „od zawsze” instytucja, nie posiada ona (serio), osobowości prawnej, wobec czego nie może sięgać np. po granty unijne.
Oczywiście, zaraz podniosą się głosy, że cały ten PAN i staroświeckie muzealnictwo, nie nadaje się do niczego i dobrze, że jest likwidowane. Takim głosem był niedawny felieton red. Andrzeja Talagi w „Rzeczpospolitej”. W przeciwieństwie do cenionego przeze mnie publicysty, nie sądzę, żeby cała Akademia nadawała się na szrot. Coś tam jednak w ostatnich latach zrobili, wynaleźli niebieski laser, wydali po raz pierwszy Dzieła wszystkie Kopernika. Wśród panowskiej produkcji wydawniczej wciąż jednak znajdowałem opracowania, z których korzystać będą następne pokolenia, jeśli tylko nauczymy je czytać. Rozumiem postulaty publicystów, że finansowanie nauki trzeba mocnej oprzeć o granty przemysłu i biznesu. Tylko, że do tego trzeba mieć własny przemysł, który coś przetwarza i koncerny.
Naturalnie, mówiąc o PAN-ie oraz moim, nieszczęsnym Muzeum, mówimy o organizmach starych i w dużej mierze niewydolnych. Ja także uważam, że trzeba je odbiurokratyzować i reformować. Tyle, że nikt tu nic nie reformuje, tylko usiłuje zagłodzić. W dodatku, jak to u nas – bez planu. Na zasadzie; „nie damy forsy i zobaczymy co będzie, a księgozbiory, a zabytki, przecież ktoś je chyba przejmie i gdzieś umieści”.
Przy okazji dyskusji o Polskiej Akademii Nauk, dowiedzieliśmy się, że roczna dotacja dla tej instytucji, ze wszystkimi wydziałami i instytutami i całą zwariowaną strukturą wynosi 88 mln zł. Cena Stadionu Narodowego to ponad 20 lat finansowania Akademii. Wartość dotacji miejskiej przeznaczonej na stadion warszawskiej Legii, to 100 lat życia mojego Muzeum. A jeszcze kilka lat temu, gdy ktoś głosił tezę, że w globalnych planach na ten świat Polacy mają być narodem pracowników fizycznych i rzemieślników, uznawaliśmy gościa za obłąkanego i czym prędzej oddalaliśmy się aby uniknąć pogryzienia.


Komentarze
Pokaż komentarze (31)