Blog
Magia obłoków (Magellana)
unukalhai
unukalhai unuk.al.hayah@gmail.com
48 obserwujących 132 notki 194157 odsłon
unukalhai, 17 sierpnia 2014 r.

Buciki z prawdziwej skóry

683 16 0 A A A

 

Tekst ukazał się po raz pierwszy w 1966 r. w wydaniu londyńskich „Wiadomości” (nr 1081/1082
 z 18 – 25 grudnia 1966 r.) pt.: „Makówka”.
Nie będę komentował dlaczego zamieszczam ww. tekst, gdyż, w moim przekonaniu, należy on do kategorii tych, w przypadku których używa się określenia, iż broni się sam.
Ludwik Kruszelnicki jest jedną z licznych pereł wyniszczonej w ramach wojny i powojennej sowietyzacji warstwy inteligencji polskiej , której prace (i losy) zostały zadeptane w prochu i pyle ideologicznej buty zamilczenia, a w konsekwencji zapomnienia. Strat tych, przede wszystkim w wymiarze samoświadomości społecznej, nie sposób odrobić ani skompensować.
Appendix
Ludwik Michał Kruszelnicki (ur. 7.11.1901 Lwów - zm. 4.06.1981 Wollongong, Nowa Południowa Walia, Australia).
Polski przedwojenny i powojenny na emigracji dziennikarz i publicysta, dr prawa (Uniwersytet Jana Kazimierza we Lwowie - 1925), absolwent studiów dziennikarskich na Uniwersytecie Kalifornijskim w Santa Barbara. Po 1.09.1939 więzień sowiecki i niemiecki, osadzony przez trzy lata  w Sachsenhausen. Po wojnie w Szwecji i Kanadzie. W 1950 roku wyemigrował wraz z żoną Riną z d. Szurek (Żydówką, ocalałą cudem z getta łódzkiego i niemieckich obozów) do Australii, gdzie mieszkał do końca życia. Publicysta władający dwunastoma  językami, stały współpracownik londyńskich „Wiadomości” oraz licznych pism polonijnych.
Więcej szczegółów biografii:
Syn ww. małżeństwa , dr Karl Sven Kruszelnicki (rocznik 1948 r.), jest znanym naukowcem i popularyzatorem nauki, zajmującym się profesjonalnie inżynierią biomedyczną, ze specjalizacją okulistyka (Sydney Children’s Hospital), jak również autorem licznych publikacji, w tym kilkudziesięciu książek (vide: gogle);
Ostatni akapit opowiadania podałem wytłuszczona czcionką. Kto doczyta do tego miejsca, zrozumie dlaczego. Ponadto,   tradycyjnie już,  uzupełniłem tekst oryginalny własnymi przypisami.
……………………………………………………………………………………………………………………………………………………………
Makówka
Siedzący przy biurku gestapowiec spojrzał przez okno. Jesienna, beznadziejna szaruga zaległa ulice brzeżańskie [1]. Miasto jak wymarłe. Jakaś kobiecina, otulona w chustę, przebiegła szybko przez szosę i weszła do urzędu pocztowego. 0d strony Leśnik[2] wlekła się fura chłopska, ciągniona przez starego, przeraźliwie chudego konia, na którego, widocznie, ani przedtem bolszewicy, ani obecnie Niemcy nie mieli już ochoty. Na koźle siedział stary, zgarbiony starowina. Dla ochrony przed deszczem zrobił sobie z  worka kaptur, nasadził go na głowę i, bez większego przekonania, popędzał człapiącą po błocie szkapę.
Po chwili wzrok Niemca powrócił nad biurko, na którym rozłożona była gazeta, a na niej części rozebranego pistoletu. Gestapowiec starannie, choć z widoczną niechęcią, przeczyścił wyciorem lufę, potem spojrzał pod światło i uznał że była wystarczająco czysta. Nawinął kawałek szmatki na koniec ołówka, nabrał trochę wazeliny z pudełka i rozprowadził ją wewnątrz lufy.
- Eine Biüroarbeit – mruknął z ironią. - lm Grossen und Ganzen ist es Ja nur eine Büiroarbelt.
Przypomniała mu się tępa, nalana twarz Schultzego. Frau Schultze wiele pomogła przesiedleńcom. Wypożyczyła im łóżko, stół, klika krzeseł i poradziła, do jakich urzędów mieli się zwrócić o dalszą pomoc. Toteż, gdy mąż jej, Herr Schultze, przyjechał na urlop wypadało go zaprosić na piwo.
Trochę to raziło że Schultze miał  sobie mundur gestapowski l nawet jakąś tam rangę, ale trudno już było wycofać się z tego zaproszenia. Przy piwie Schultze szeptem zaczął mu radzić:
- Sei nicht dumm, Franz, nie bądź głupi, Franek. Wczoraj otrzymałeś Już dokument twojego obywatelstwa. Nic już ciebie więcej z Polską nie łączy. Jesteś już teraz pełnoprawnym obywatelem Rzeszy, stoi za tobą miłość naszego .Führera i potężna niemiecka siła zbrojna.
Pociągnął łyk piwa.
- Tak to wszystko jest dobre i ładne, ale:.. jutro, pojutrze a najdalej do dwóch tygodni otrzymasz wezwanie do stawienia się przed komisję poborową.. Jesteś zdrów, więc wezmą cię na pewno. Oni tam zresztą nie bardzo teraz przebierają. I co dalej? Pójdziesz na trzy miesiące do koszar, uważaj, do koszar niemieckich. Ty, zdaje się, nie wiesz jeszcze, czym jest okres rekrucki w niemieckich koszarach. A potem wyślą cię na front, do Rosji. Na błoto, na straszne mrozy. I na kule partyzantów. Wierz mi, Franz, kto jak kto, ale my w Gestapo najlepiej chyba wiemy, czym ten rosyjski front pachnie... I dlatego sei nicht dumm Franz. Radzę ci, zgłoś się zaraz na ochotnika do nas. My teraz pilnie potrzebujemy ludzi, znających język polski, ukraiński lub rosyjski. A gdy cię Gestapo przyjmie, to już Wehrmacht nie ma do ciebie prawa. U nas nie jest najgorzej. lm Grossen und Ganzen es ja nur eine Büroarbeit. Ogólnie rzecz biorąc, jest to tylko praca biurowa.
Franz spojrzał na leżące przed nim części rozebranego Mausera. Ładna ml praca biurowa.
Z pistoletem. Jeździ teraz jakiś "starszy" po inspekcji. W Złoczowie[3] za nie dość czysty pistolet wstrzymano urlop świąteczny jednemu Scharführerowi. Już się cieszył że spędzi święta Bożego Narodzenia z rodziną. Żona urodziła mu syna w listopadzie. Jeszcze go nie widział. A tu, za nieczysty pistolet, siedź, człowieku w tej dziurze i, na pocieszenie, upić się możesz, o ile ci jeszcze służby na święta nie wyznaczą" .
Zaczął z powrotem składać rozebrany pistolet.
"Dwie sprężyny, trzecia w magazynku - rozmyślał. - Lufa z tą nasadką u spodu li. ta iglica, co przebija "kapslę". Jak piekielnie proste jest to urządzenie, które w ułamku sekundy może zniszczyć taki skomplikowany mechanizm jak życie... jak życie ludzkie"...
Cofnięty w tył zamek Mausera trwał w tej pozycji jak otwarta paszcza wilka. Dopiero gdy Franz z dołu podsunął magazynek z nabojami! nastąpił cichy trzask, zamek wrócił na swoje miejsce i jedna kula siedziała już w lufie. Gestapowiec zabezpieczył broń, po czym miękką flanelową ściereczką dawał pistoletowi ostatnie oczyszczające pociągnięcia.
- Jaaa?! - zwrócił się wreszcie do stojącego przed biurkiem człowieka.
Był to już starszy, około 5O-letni mężczyzna. Łysy. Pozbawiony włosów wierzch czaszki otaczały z boku kosmyki rudych, pomierzwionych włosów. Miał sumiasty, rudy wąs, nos krogulczy i ruchliwe, błyszczące oczy. Twarz zeszpecona przez ospę, ubrana była w wyraz głębokiej pokory. Nerwowo przebierał palcami, w których trzymał czapkę-cyklistówkę.
Na wezwanie Niemca wyprostował się i zaczął przygotowaną  już zawczasu tyradę:
- .. .ich kann nicht sprechen deutsch... ich weiss viele Juden, Vlel
Gold, viel Brillante...
- Mów po polsku - rozkazał gestapowiec.
- O, to dobrze - odetchnął z ulgą przybyły. - Ja właśnie przyszedłem, aby donieść wysokiemu urzędowi że ja znam miejsce, gdzie ukrywają się Żydzi.
- Ilu ich tam jest?
- Będzie ich ponad dwudziestu. A może i trzydzieści .osób. Jest tam taka wielka piwnica w ogrodzie. Mój kum przechowywał tam przed wojną jarzyny, bo on jarzynami handlował. Tam nawet i pięćdziesiąt osób mogłoby się wygodnie pomieścić.
- Skąd się o tych Żydach dowiedziałeś ?
- Ja sam to wyśledziłem, proszę wysokiego urzędu. Sam wykryłem i sam wszystko zbadałem. Trzy noce stałem na deszczu i zimnie. I dlatego... proszę wysokiego urzędu,. ja właśnie... ja jestem biedny człowiek. Ja tak myślę... gdyby tam po tych Żydach co zostało, a wysoki urząd tego nie potrzebował, to może ja bym to dostał...
- Jak ich wyśledziłeś?
- Przez makówkę.
- Przez makówkę? Nie rozumiem.
- Bo to, proszę wysokiego urzędu, żona mojego kuma (my się gniewamy i nie rozmawiamy ze sobą) chodziła po sąsiadach i prosiła o makówki. ..
- Co za makówki?! Po jakie licho te makówki?! - niecierpliwił się gestapowiec.
- Te makówki to dla dziecka, aby spało. U nas tu w Brzeżanach i w okolicy kobiety, które muszą iść do pracy na cały dzień, na zasiewy lub na żniwa, a nie mają z kim zostawić swoich małych dzieci w kołyskach, dają im makówkę.
- Do zabawy?
- Nie do zabawy. To się bierze dwie lub trzy makówki, kruszy się je zalewa wodę. i gotuje. Potem ten odwar miesza się z mlekiem i daje dziecku. Śpi potem mocno. Nieraz i 24 godziny. Jeszcze lepiej gdy makówka jest świeża i ma jeszcze ten taki biały soczek, jak mleczko.
- Ale co makówki mają wspólnego z Żydami?
- A no, teraz jest jesień, a właściwie i zima. Więc ja sobie pomiarkowałem że teraz żadna kobieta nie chodzi do pracy. Kto więc teraz może chcieć żeby dziecko spało i nie krzyczało? I zaraz wpadłem na to że tu musi być gdzieś ukryte jakieś dziecko żydowskie. I się boją, ażeby nie krzyczało i nie zdradziło kryjówki.
- Co dalej?
- Więc ja sobie pomyślałem że jeżeli to żona mojego kuma potrzebuje tych makówek, to widocznie u nich Żydzi się ukrywają.  A wiedziałem że mają tę wielką piwnicę w ogrodzie. Poszedłem więc nocą do Ich ogrodu, ukryłem się i czekałem. Zimno było, deszcz popadywał. Przemokłem do nitki. Było już po północy i już miałem iść do domu, gdy usłyszałem jakiś szmer. Tam właśnie koło tej piwnicy. I zaczęli wychodzić. Najpierw jakichś trzech młodszych Żydów wyniosło kubły. Wylewali je daleko od domu, na polu, żeby to w oczy nie wpadało. A potem i inni zaczęli z jamy wyłazić. Mnie nie widzieli, bo przykucnąłem za płotem i nie ruszałem się.
- I mogłeś tak wszystko po ciemku widzieć?
- Proszę wysokiego urzędu, gdy człowiek przez dłuższy czas jest w ciemności, to się oczy oswajają z tym i widzi się prawie tak jak w dzień.
- I coś tam widział?
- Pierwszej nocy to tylko tych, co kubły wynosili. I potem jeszcze jakaś starsza para wyszła, aby się trochę przejść:i rozprostować kości.
- Słyszałeś co mówili?
- Słyszałem, ale nie rozumiałem, bo mówili po żydowsku. A może to było po niemiecku. Nie wiem. I dopiero drugiej nocy zobaczyłem to dziecko. Maleńkie jeszcze, kilkomiesięczne. Młoda kobieta trzymała je na ręku i płakała. Jej mąż pocieszał ją.. Mówił do niej po polsku że przetrzymają to i że się uratują.. Tak on sądził. A ja sobie pomyślałem, już ja wam dam ten ratunek.
- Kiedy to było?
- Przedwczoraj.
- Dlaczego zaraz nie dałeś znać?
- Bo ja jeszcze i tej nocy poszedłem tam na zwiady.
- I co widziałeś?
- Jak zwykle tych trzech z kubłami a potem wyszła kobieta z chłopakiem. Matka z synem. Ten chłopak kasłał i trzymał się za piersi. Widocznie go bolało. Słaniał się na nogach. Ja myślę że albo miał on zapalenie płuc,  albo to już był suchotnik, taki na amen. Matka mówiła do niego: "Wciągaj powietrze, Heniu. To ci pomoże, to ci na pewno ulży".
A on wciąż: "Boli mamusiu, strasznie boli" '" Ot, taki mały był ten chłopak. Może miał lat czternaście...
Tu zeznający przerwał i patrzył zdziwiony na gestapowca. Widział jak na dźwięk słów "lat czternaście" Niemiec drgnął jakby prąd elektryczny przeszedł przez jego ciało. Potem znieruchomiał. Twarz z zastygłym na niej bólem pochyliła się nad biurkiem, oczy wpatrywały się w kąt izby, ale na pewno nie widziały niczego.
Tymczasem myśl Franza pracowała. Mózg coraz to nowe obrazy z niedalekiej przeszłości stawiał mu przed oczami... A więc był Lwów. Przedwojenny słoneczny, roześmiany Lwów. I dom i rodzina. Żona Polka i ładny synek, jedynak Jasio. Chodził do gimnazjum, uczył się dobrze. Franz pracował jako urzędnik w kasie oszczędności. Lubili go wszyscy, przełożeni cenili go za sumienność, dokładność i punktualność. Piękne wakacje spędził z żoną i synem w Jaremczu[4]. I zaraz potem uderzył grom w to szczęście. Wybuchnęła wojna.
Franz stanął przed trudnym i bolesnym problemem. Wprawdzie nie czuł się Polakiem ale z polskością wszystko go łączyło. Z urodzenia był Niemcem, Austriakiem, ale z rodakami swoimi utrzymywał już tylko luźny kontakt. Powoli bladły 1 zacierały się w pamięci szkoła ewangelicka przy ul. Kochanowskiego[5] i gimnazjum II na Podwalu[6] z niemieckim językiem wykładowym. Ożenił się z Polką, syna wychowywał po polsku, w domu mówiło się tylko po polsku.
To było dużo, a nawet bardzo dużo. Ale wciąż jeszcze za mało, aby Franz mógł strzelać do Niemców, do swoich rodaków. Do późnej nocy rozważał z żonę. tę sprawę. Ostatecznie stanęło na tym że jako obywatel polski musi, na wezwanie, zgłosić się do szeregów, ale powinien czynić wszystko, co jest w jego mocy, ażeby w tej bratobójczej dla niego wojnie nikogo nie zabijać. I, oczywiście, nie dać się zabić. Było to jedyne, choć tylko połowiczne rozwiązanie problemu.
Los, jednak, poszedł mu na rękę. Otrzymał powołanie do jednego z pułków krakowskich. Gdy 3 września 1939 zameldował się na dworcu głównym we Lwowie, powiedziano mu że pociągi do Krakowa już nie odchodzą.. Poszedł ze swoim wezwaniem do P .K.U. przy ul. Jabłonowskich[7].
Przypatrywano mu się tam uważnie, czytano jego papiery osobiste i wreszcie kazano mu iść do domu i czekać na nowy przydział. Przydział we nadszedł, a wkrótce potem Lwów zajęły wojska sowieckie. W połowie października przybyła do Lwowa i zatrzymała się na pl. św. Zofii niemiecka kolumna samochodowa. Zabierała lwowskich i podlwowskich Niemców do Rzeszy. Franz nie zgłosił się do nich. Czekał na powrót Polaków. Uważał że byłoby to straszną niesprawiedliwością gdyby Polska nie wr6clła do Lwowa.
I nadszedł smutny dzień 13 marca 1940. Tego dnia Franz, zaraz o świcie, pojechał na rowerze za Winniki[8], do rozsianych tam licznych kolonii niemieckich. Wyjeżdżały stamtąd ostatnie transporty do Niemiec. Ponieważ miał tam dalekich krewnych, spodziewał się że mu "na odjezdnym" odstąpią trochę żywności, bo już głód zaczynał zaglądać do Lwowa. Jadąc w górę uL Łyczakowską widział długi, nie kończący się łańcuch sowieckich ciężarówek, bądź to zaparkowanych wzdłuż jezdni, bądź też jadących od rogatki ku miastu.
"Czyżby już mieli uciekać? - pomyślał sobie i raźniej zrobiło mu się na duchu. - W każdym razie coś się we Lwowie przygotowywało".
Gdy wieczorem tego dnia wracał do miasta, dowiedział się że dziesiątki tysięcy mieszkańców wywleczono z mieszkań i wywieziono do Rosji. Mieszkanie swoje zastał zamknięte. Pobiegł więc na ul. Piekarską do teściów, gdzie spodziewał się spotkać żonę i dziecko. Mieszkanie teściów było również zamknięte, a na drzwiach umieszczona była pieczęć z miękkiego, plastycznego laku, używanego przez N.K.W.D. Strwożeni sąsiedzi powiedzieli mu że teścia jego, który przed wojną był urzędnikiem starostwa grodzkiego, wywieziono wraz z żoną. do Rosji. Enkawudziści zastali w domu teścia również żonę Franza.
- A wy kto? - zapytał ją "komandir" .
Powiedziała że jest córką wywożonego. Zabrali i ją.. a chłopak poszedł za matką.
Franz pobiegł na dworzec. cały plac przydworcowy otoczony był kordonem enkawudzistów. Ciężarówki sowieckie wciąż jeszcze pracowały, dowożąc coraz to nowe ofiary. Próbował Franz dostać się na tory od strony Lewandówki i Batorówki. Nie dał rady. Z szatańską precyzją wszystkie przejścia, wszystkie zakamarki obsadzone były przez żołnierzy N.K.W.D.
Zrozpaczony wrócił do domu. Spędził bezsennie noc przy stole, z głową podpartą rękami. W wyniku tych całonocnych rozważań uświadomił sobie, że bezcelowe by było robienie jakichkolwiek starań u władz sowieckich. Rozkaz przyszedł z góry, i nikt mu na to nie mógłby poradzić. Tych kilka miesięcy, w których ciągu obserwował te "sowieckie władze", pozwoliło mu wyrobić sobie należyte o nich zdanie. Główną sprężyną działalności tych władz był terror. Terror wzajemny. Podwładni bali się przełożonych a przełożeni drżeli ze strachu przed podwładnymi, bo w tym, zbudowanym dla uszczęśliwienia ludzkości, ustroju donos był już dowodem winy. Wystarczającym do zasądzenia i skazania.
Franz doszedł ostatecznie do przekonania że żonę i dziecko mogą mu uratować tylko Niemcy. Tylko oni i nikt inny na świecie żyją teraz dobrze z Rosją, są jej sprzymierzeńcami, więc mogą żądać uwolnienia tych ludzi, na których im zależy.
Zaraz następnego poranka poszedł na ul. Listopada, gdzie urzędowała repatriacyjna komisja niemiecka. Papiery miał w porządku. Świadectwa szkolne i metryka chrztu, wystawiona przez ewangelicką parafię we Lwowie i podpisana przez starego pastora Kesselringa, wystarczyły zupełnie. Przesiedlono go do niewIelkiego miasteczka w Rzeszy, niedaleko Drezna. Przyjęto go tam uroczyście. Było powitanie, przemówienia ściskanie rąk. Śpiewał chór miejscowy. Franz z miejsca opowiedział obecnym, co spotkało jego najbliższych. Nie dawano temu wiary. Ale też zaraz ruszyła z miejsca nIemiecka maszyna biurokratyczna. "Burgermeister" natychmiast przywołał jednego ze swych najtęższych referentów, maszynistka siadła do maszyny, Franz podawał dane osobiste i jeszcze tego samego wieczora odeszło do ministerstwa spraw zagranicznych "mocne" pismo z wszelkimi wymaganymi podpisami, pieczęcią miejską i napisem "DRINGEND"[9]. Miejscowy oddział N.S.D.A.P. też przyłożył swoją pieczątkę i poparł prośbę.
W trzy miesiące potem przyjechała żona. Z trudem ją poznał. Była wysuszona jak szkielet, z oczami zapadniętymi, prawie zupełnie siwa. Tych kilka miesięcy w raju sowieckim postarzało ją o dwadzieścia lat.
- Gdzie Janek? - zapytał Franz z niepokojem.
Rzuciła mu się na szyję i wybuchnęła płaczem. Długo trwało nim się uspokoiła i mogła mówić. Ich jedyne najdroższe dziecko zostało w Rosji. Pogrzebane.
Żonę Franza i syna wywieziono do Kazachstanu. Pracowali tam oboje w kołchozie i mieszkali w starej szopie, którą z pomocą przepierzeń kartonowych podzielono na kilka "mieszkań". Za pracę płacono im żywnością, najczęściej jagłami. Mało tego było. Trzeba było od czasu do czasu sprzedawać coś z odzieży, aby zaspokoić głód. Pewnego wieczora, po pracy chciała ugotować trochę jagieł. Nie było wody w domu. Chłopak chwycił wiadro i pobiegł do studni, odległej o sto metrów. Gdy przez dłuższy czas nie wracał, zaniepokojona matka poszła go szukać. Znalazła syna niedaleko szopy, leżącego na ziemi bez życia. Na skrwawionej piersi chłopca doliczyła się, nieszczęsna, sześciu głębokich pchnięć nożem. Z zabitego ściągnięto buciki. Dobre sportowe buciki, które ojciec kupił mu tuż przed wybuchem wojny. Te właśnie buciki były przedmiotem podziwu i pożądania całego osiedla. One też stały się przyczyną śmierci chłopczyny.
Do skamieniałej z rozpaczy matki podchodzili miejscowi ludzie, kiwali ze współczuciem głowami i mówili:
"Biedny chłopak... miał takie ładne buciki, zagraniczne l z prawdziwej skóry" ...
W sowieckiej Rosji buciki zagraniczne i z prawdziwej skóry to rzecz rzadka i drogocenna. A życie ludzkie takie tam tanie. I dlatego śmierć chłopaczka była, wedle tamtejszych pojęć, raczej śmiercią naturalną, łatwą do wytłumaczenia.
- Właśnie następnego dnia miał Janek obchodzić swoje urodziny - opowiadała matka. - Zdobyłam dla niego kawałeczek czekolady. Kończył lat czternaście...
- Piekło!!
To słowo "piekło" wyrwało się Franzowi głośno. Przez zaciśnięte zęby. Ocknął się, rozejrzał się po izbie i poczuł na sobie badawczy wzrok denuncjanta.
- Co dalej? - rzucił mu machinalnie pytanie.
- Właściwie to już wszystko, proszę wysokiego urzędu. Teraz tylko uważam, należałoby tam pojechać i wykurzyć z nory całe to towarzystwo. Ja chętnie zaprowadzę.  
Gestapowiec milczał. Oddychał ciężko.
- Czy ty wiesz, co czeka tych Żydów? - zapytał po chwili.
-Tak wiem. Ale nie żałuję ich. Przez długie lata jak pijawki ssali krew naszych ludzi. Führer dobrzewie, co robi. To jedyny środek na nich.  
- Pójdzie z nimi również ten twój kum i jego żona, która o makówki sąsiadów prosiła. Czy zdajesz sobie sprawę z tego?
- Proszę wysokiego urzędu, oni oboje są ludźmi dorosłymi i czytać potrafią. A były w tej sprawie rozlepione wielkie afisze na mieście. O, widzę przez okno, jest jeszcze jeden taki afisz na budynku pocztowym. A poza tym to oni oboje są ludźmi „wrednymi". On był bogaczem przed wojną. Handlował jarzynami i dostarczał dla tutejszego 51-go pułku[10]. Potem wyrobił sobie dostawę jarzyn dla całej dywizji. Miał dwa samochody ciężarowe. Straszliwie zachłanny był na te pieniądze. Potem i mnie chleb odebrał. Ja, proszę wysokiego sądu, od lat, każdej wiosny wynajmowałem sobie sady owocowe. W jesieni zbierałem owoce, odstawiałem koleją do Lwowa i z tego skromnego zarobku żyłem sobie przez zimę i przez przednówek. 016t on, przed samą wojną, uprzedził mnie i zakontraktował wszystkie moje sady. Płacił właścicielom 10 a nawet 12% więcej niż ja. Dobrze mu się powodziło. Syna do gimnazjum posyłał.
- Mają syna?
- Tak. Teraz nie ma gimnazjum. Siedzi w domu.
Franz przez chwilę patrzył donosicielowi ostro w oczy. Potem rzekł:
- Powiedz prawdę! Kto jeszcze, oprócz ciebie, wie o tych Żydach?
Głos Niemca stał się bezdźwięczny, twardy, chropawy.
- Nikt, proszę wysokiego urzędu. To jest wszystko moja tylko robota. Sam wyśledziłem, sam zbadałem i sam teraz raportuję.
- No, ale chyba żona twoja wie o tym?
- Nie wie, bo nie ma jej w domu.
Od trzech tygodni jest w Szybalinie [11] u siostry, która oczekuje dziecka.
- Jak się tu do mnie dostałeś? Co powiedziałeś wartownikowi na dole?
- Wartownik rozmawiał z jakimś panem po niemiecku. Pokazałem mu na migi te chcę wejść do środka. Kiwnął mi głowę. że się zgadza.
Gestapowiec nerwowo poprawił się w krześle.
- A teraz powiedz gdzie to jest?
Gdzie jest ta kryjówka? - ściszył swój głos do szeptu.
Zapytany zbliżył się do stołu, oparł na nim swe ręce i, również szeptem, powiedział:
- To jest na końcu miasteczka, tam już niedaleko Leśniki, za cegielnią Wiszniewskiego...
Pochłonięty opisywaniem kryjówki denuncjant nie zauważył jak prawa dłoń Franza zacisnęła się kurczowo na kolbie pistoletu a paznokie6 kciuka odsunął bezpiecznik. Przez chwilę koniec lufy zataczał maleńkie kółka szukając celu. Wreszcie padł strzał. Rozległ się suchy trzask. Oczy denuncjanta otworzyły się szeroko z wyrazem bezgranicznego zdumienia. Osunął się najpierw na kolana, uderzając podbródkiem o krawędź stołu. Potem runął na ziemię. Wydał krótki, głęboki jęk, zakończony cichym rzężeniem.
Drzwi przyległego pokoju otworzyły się. Stanął w nich "Leiter"[12] z pistoletem gotowym do strzału.
- Was ist hier los?! [13]- zapytał.
- Rzucił się na mnie. Chciał mi wyrwać pistolet - odrzekł spokojnie Franz.
- Było Ich więcej?
- Nie. Tylko .on sam.
"Leiter" podszedł do zabitego. Czubkiem buta poruszył jego głowę.
- Ja, so hast du gekriegt[14].
Zwrócił się do Franza.
- Ja ci zawsze mówiłem że przed tymi psami trzeba się stale mieć na baczności.
- Ten, przypuszczam, był umysłowo chory. Głupstwa wygadywał.
- Nigdy nie wolno Ci na tym polegać.
Przełożony wsunął pistolet do kieszeni na piersiach, zapiął mundur i zdjął z wieszaka swój płaszcz deszczowy.
- Przygotuj meldunek. Gdy wrócę z obiadu to ci go podpiszę.
- Aha, jeszcze Jedno - zawołał już od drzwi. - Każ Hansowi, aby tego gościa, na wszelki wypadek, obszukał. Potem zawieźcie go na Kaczorówkę, na to okopisko żydowskie. Niech go tam ten nasz grabarz Abraham gdzie zakopie... Zanim nie przyjdzie dzleń, gdy samego grabarza trzeba będzie pogrzebać. Mahlzeit[15]. Zaśmiał się sądząc że mu się dowcip udał.
Można by to uważać za opowiadanie, gdyby nie okoliczność że wszystko co wyżej podałem jest prawdą. Prawdą czystą, pozbawioną jakichkolwiek zabarwień i zaokrągleń pisarskich. Najdrobniejsze nawet szczegóły zdarzenia przedstawiłem zgodnie z faktycznym ich przebiegiem, całkiem tak jak bym je odpisał z raportu policyjnego lub z aktów sądowych. Tak się złożyło że przed wojną znałem osobiście "gestapowca Franza". (Tak bohater zdarzenia sam siebie z goryczą nazywał). Znałem również zastrzelonego przez niego człowieka. Po wojnie żona Franza pisywała do nas. O popełnionym przez Niemca morderstwie wiedziałem od dawna, ale trudno mi było zajęć jakieś stanowisko w tej, pod względem etycznym dość złożonej, sprawie.
Opisałem ją dopiero dzisiaj[16], gdy mam pewność,  że ujawnienie jej nikomu już szkody nie przyniesie. Zabójca, "gestapowiec Franz" zmarł w listopadzie ub.r. na zawał serca. żydzi, byli lokatorzy tej brzeżańskiej nory, rozprószyli się po świecie I na pewno żaden z nich nie wie, komu właściwie swoje życie zawdzięcza. Całe zdarzenie pokryło się już grubą pajęczyną przeszłości i zapomnienia.
 
.....był to jedyny strzał, jaki Franek oddał w czasie tej podłej ..pracy biurowej", do której go podstępnie zwabiono" - pisze mi jego żona.  
"Do końca dni swoich miał ciężkie wyrzuty sumienia że zamordował człowieka bezbronnego. Nieraz próbowałam tłumaczyć mu że, zabijając denuncjanta, uratował w ten sposób życie tylu ludzi. Nie zgadzał się z tym. Potrząsał smutnie głową.. "Nie mogę się tym zasłaniać - mówił. W chwili, gdy z zimną krwią końcem pistoletu szukałem na jego ciele miejsca, w którym powinno być serce, nie myślałem o tamtych pariasach. Przed oczami stała mi tylko ta nieszczęsna, bezradna matka i ten jej chory, słaniaję.cy się na nogach, synek... Miał lat czternaście. Tak jak nasz biedny Janek".
………………………………………………………………………………………………………………………………………………………..
Przypisy 
(przypisyodnoszą się sytuacji administracyjno-politycznej na wschodnich kresach Polski wg stanu przed  16.07.1945 r.):
[1] Brzeżany – miasto powiatowe w województwie tarnopolskim (ziemie polskie do 1945 r.), położone ok. 75 km na płd.-wsch. od Lwowa;
[2] Leśniki – wieś granicząca od zachodu z Brzeżanami, przy drodze na Rohatyn;
[3] Złoczów – miasto powiatowe w województwie tarnopolskim, ważna stacja kolejowa na trasie Lwów – Tarnopol;
[4] Jaremcze - gmina wiejska w województwie stanisławowskim, ok. 20 km na południe od Delatyna, w paśmie Karpat Wschodnich (Gorgany) nad rzeką Prut;;
[5] P.K.U. -  Powiatowa Komenda Uzupełnień;
[6] Kościół Ewangelickiego Augsburskiego i Helweckiego Wyznania w Małopolsce prowadził dwa gimnazja humanistyczne, tj. we Lwowie i w Stanisławowie. We Lwowie przy ul. Jana Kochanowskiego (w latach 1885-1941) po wojnie ul. W. Majakowskiego (1950-1992), obecnie ulica Kostia Łewyckiego (nr 18);
[7] Państwowe II Gimnazjum Męskie im. Karola Szajnochy (ul. Podwale 2). W 1920 r. nastąpiła częściowa reorganizacja na typ humanistyczny. W latach 1820-1919 językiem nauczania był język niemiecki. Zakład mieścił się w budynku poklasztornym na Podwalu. Młodzież szkolna używała czapek-rogatywek koloru granatowego z żółtym otokiem;
[8]Winniki - wówczas miejscowość położona ok. 10 km na wschód od Lwowa przy drodze na Złoczów (i dalej na Tarnopol);
[9] niem.: PILNE;
[10]51 Pułk Piechoty Strzelców Kresowych wchodzący wówczas w skład garnizonu Brzeżany i stacjonujący na terenie tego miasta;
[11]wówczas wieś tuż za wschodnimi rogatkami Brzeżan;
[12]leiter - niem. „kierownik, przełożony. Przedrostek dodawany przed „leiter’ określa rangę w hierarchii służbowej (np. gau – niem. prowincja, okręg, województwo; gauleiter – odpowiednik wojewody, etc.);
[13] niem.: „co się tu dzieje?”;
[14]niem. - w sensie; zbytnia nienawiść wojenna;
[15] niem.: „smacznego!”;
[16] tj., ostatnie miesiące 1966 r.
 
Opublikowano: 17.08.2014 13:11.
Autor: unukalhai
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

Na ogół bawię się z losem w chowanego

Ostatnie notki

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • wittek 17, ty nieszczęśliwa ofiaro reform edukacyjnych, napisz skąd wiesz , że to są...
  • Ulryk Niemcy za każdego obywatela Polski, który zginął w II wojnie, podeślą nam jednego...
  • londoncity (18.08., 12:17) no i od Ukraińców (za Chmielnickiego), nie wspominając o...

Tematy w dziale Kultura