Wielka i niesamowita (zapewne, bo nie widziałem) ceremonia otwarcia igrzysk zimowych odbyła się bez adnych zakłóceń mimo śmierci saneczkarza na treningu przed ceremonią. Saneczkarza, powtórzę. W tym sporcie też giną jak widać. Wsystkie portale oczywiście z radością odnotowują na pierwszych miejscach niebywałą inagurację, jakiej jeszcze nie było, bo w hali czy coś tam, a Gruzini jakby z niesmakiem. Szczegolnie rodzina saneczkarza.
A wielcy notable siedzą sobie spokojnie, popijając drogiego szampana, bo przecież ceremonia otwarcia się udała, a to najważniejsze. Zaraz potem jest ceremonia zamknięcia. A że tor niezabezpieczony? E tam, dajcie spokój.
To mi przypomina rauty różnych fundacji, które to rauty sobie te fundacje organizują w podzięce za to, że pomogły tylu biednym dzieciom/głodującym/niepełnosprawnym, niepotrzebne skreślić. Siedzą sobie w morzu krewetek, raków, strusiego mięsa, szampana za średnią krajową za butelkę i dziękują sobie za pomoc. Potem kolorowe pisma relacjonują kto się w co ubrał, co miał na głowie i ile zjadł i wypił. Koszty takiego rautu zapewne są niemałe, no ale przecież w obliczu pomocy dzieciom/głodującym/niepełnosprawnym, niepotrzebne skreślić, to się nie liczy.
No i tak samo jest na tych ceremoniach otwarcia/zamknięcia. Prezydenty, premiery, celebryci, telewizja pokazuje, trzeba się wyrychtować. A że sportowiec ginie? Dajcie spokój, toż nie o sportowców tu idzie. Jak ktoś nie umie jeździć, to niech się nie pcha. W końcu sanki - to brzmi przerażająco, nieprawdaż?
Taki przekaz wydaje się pobrzmiewać po ceremonii otwarcia. Szczególnie w mediach. Smutne.




Komentarze
Pokaż komentarze (12)