Troszkę zamieszania narobiła ostatnio informacja o aresztowaniu nielegalnych tłumaczy napisów. W świetle obowiązującego prawa aresztowano ich słusznie (patrz: notka z dnia 19. 05. 2007 roku) . Czy jednak samo prawo i sposób korzystania z niego przez twórców, są optymalne?
Prawa autorskie... śliska kwestia. Podejście do niej w społeczeństwie jest bardzo ambiwalentne. Co więcej, zarówno zwolennicy jak i przeciwnicy prymatu własności intelektualnej nad zapotrzebowaniem społecznym na nią, mają bardzo mocne argumenty.
Nie ulega wątpliwości, że całkowite usunięcie pojęcia własności intelektualnej z kanonów prawa spowodowałoby natychmiastową zapaść nie tylko w dziedzinie nauki i kultury – twórcom i naukowcom zabrakłoby motywacji do tworzenia, wymyślania, odkrywania – lecz również gospodarczą, gdyż krwioobiegiem społeczeństwa informatycznego jest gospodarka oparta w dużej mierze na wartościach niematerialnych. Krótko mówiąc – własność intelektualna jest jednym z fundamentów współczesnego społeczeństwa.
Pytanie brzmi – czy rozciąganie ochrony prawami autorskimi na wszystkie aspekty wykorzystywania utworu rzeczywiście jest korzystne dla twórców i dystrybutorów WI? W szczególności problem dotyczy praw chroniących twórczość muzyczną i filmową – zostały one, lub zostaną w dającej się przewidzieć przyszłości, doprowadzone do absurdu. Analogiczna ochrona autorów słowa pisanego wyeliminowałaby biblioteki publiczne – korzystanie z nich stałoby się czynnością płatną kilka złotych za książkę dziennie. Podobne prawa zaś w przypadku patentów przemysłowych sprawiłyby, że np. wykorzystanie dowolnego materiału, wytworzonego na podstawie opatentowanej technologii, do budowy domu - wymagałoby pisemnej zgody właściciela patentu, a postawienie nowego obiektu na bazie starych materiałów – płacenia tantiem.
Czy zatem szczelne zamknięcie utworu pod kloszem komercji nie przyniesie na dłuższą metę szkody w postaci uniemożliwienia potencjalnemu odbiorcy kontaktu z dziełem, zwłaszcza w przypadku cen nieadekwatnych do poziomu zamożności społeczeństwa? Pomijam już tu szkody społeczne, bo te szczególnie trudno opisać i wycenić, w dodatku dla właścicieli praw autorskich są one zwykle drugorzędne. Jednak nawet zysk z utworów pojawi się dopiero, gdy znajdą się chętni do ich zakupu. O ile jeszcze promocja w postaci teledysków, zajawek, zwiastunów, tzw. piosenek tygodnia, pojawiających się na antenie radiowej i telewizyjnej, pozwala zapoznać się z najpopularniejszymi twórcami, utworami i trendami artystycznymi, o tyle aktywność niszowa w dziedzinie sztuki, po obwarowaniu gęstą siecią praw autorskich – więdnie, ponieważ odbiorca zmuszony jest w tym przypadku wydawać pieniądze kompletnie w ciemno – recenzje, pobieżna ocena dzieła w jakimś zatłoczonym sklepie nie rozwiązują problemu.
Czy zresztą zwiastuny filmowe, promocyjne teledyski i pisenki, recenzje, nawet komentarze fanowskie, są źródłem wiedzy wystarczającej, by wydać pewną (często niemałą) sumę na zakup oryginalnej kopii (samo pojęcie jest pewnym paradoksem) utworu? Twórcy i dystrybutorzy, przygotowując materiały reklamowe i promocyjne, koncentrują się na przedstawieniu w nich najciekawszych, najlepszych fragmentów utworu. Jest to naturalne, ale nieobiektywne. Recenzje i komentarze fanów dotyczą natomiast subiektywnych odczuć ich autorów. Sztuka bowiem ma przecież to do siebie, że opinie o niej mogą być diametralnie różne. Bez osobistego zapoznania się z dziełem artystycznym, właściwie niemożliwe jest określenie do niego swojego stosunku. Zatem stawianie sprawy na zasadzie „najpierw płać, potem sprawdź” zdaje mi się nieuczciwym wobec odbiorcy.
Kolejny problem to jakość techniczna i oprawa utworu - wydanie sporej kwoty na legalny towar powinno skutkować wysoką jakością kopii, pełną informacją na temat warunków przechowywania, czyszczenia i tp., brakiem elementów ograniczających możliwości jej odtwarzania (niektóre zabezpieczenia antypirackie), brakiem reklam, zamieszczaniem materiałów dodatkowych, estetyką opakowania. Skazywanie odbiorcy wyłącznie na jedynie legalny, komercyjny obieg, skutkuje swego rodzaju monopolem, przy którym wydawcy przestają się liczyć z wymaganiami publiczności. W tym aspekcie sprawy pojawia się zresztą bardzo dobry przykład, rozwiązujący wiele poruszonych problemów – gazetowe wersje filmów. Za niską cenę klient otrzymuje produkt z reklamami, w papierowej okładce, dość słaby pod względem opracowania technicznego... ale zachowujący jednak minimalne standardy, a przy tym legalny.
Wydaje się, że wszelkie inicjatywy dystrybutorów zmierzające w tym kierunku sa strzałem w dziesiątkę. Zamiast ścigać fanów oglądających i rozpowszechniających utwory nielegalnie, ale bez chęci zysku – co w mojej opinii jest walką z wiatrakami - może lepiej udostępnić kopie jakości akurat takiej, by odbiorca mógł wyrobić sobie zdanie o utworze. Pobierać za takie wydania, lub pliki symboliczne opłaty – kilka złotych za film, czy album. Reszty mogłoby dokonać promowanie mody na oryginały – przekonanie szerokich rzesz społeczeństwa, że posiadanie legalnej kopii w płyto-, filmo-, czy plikotece jest przejawem pozytywnego snobizmu i wyrobienia artystycznego, bo wybiera się produkt wysokiej jakości, skierowany do wymagającego odbiorcy. Oczywiście pod warunkiem, że faktycznie będzie on wysokiej jakości.
Podobne działania są już na szczęście podejmowane, choć w bardzo ograniczonej na razie skali. Nam, jako widzom, słuchaczom dzieł, lub dziełek, a nawet chałtur artystycznych do nas kierowanych, pozostaje utwierdzić autorów i dystrybutorów, w słuszności przecierania obranej ścieżki.
P.S. Oto nagle w sposób teoretycznie nielogiczny powstaje nowa linia podziałów na Salonie. Część prawicowców, programowo kładących nacisk na poszanowanie własności, broni piratów własności intelektualnej. Za przestrzeganiem prawa WI podnoszą się natomiast głosy lewicowców, programowo bliskich idei wspólnej własności - w praktyce realizowanej przez piratów!



Komentarze
Pokaż komentarze (6)