Przyjęło się, że koalicja SLDPSL upadła na skutek afer, z aferą Rywina na czele. Jest to jednak nieuprawniony skrót myślowy. Koalicja upadła dlatego, że w łonie Salonu doszło do konfliktu o 17,5 mln USD za korzystną ustawę. Ponieważ sprawy nie udało się załatwić po cichu media głównego nurtu, z Gazetą Wyborczą na czele, nagłośniły afery rządu Millera. Wiedza ta i fala nastrojów po śmierci Jana Pawła II spowodowały opowiedzenie się w 2005 r. olbrzymiej części społeczeństwa za hasłem IV RP.
Straty Salonu były wówczas bardzo ciężkie. Nie dość, że do władzy doszli niesterowalni Kaczyńscy, to na dodatek utracił faktyczny monopol w środkach masowego przekazu. Lekcja została odrobiona i – gdy po dwóch latach nadludzkim wysiłkiem udało się odsunąć PiS od władzy – błędów już nie powtórzono. Afery i zaniedbania POPSL-u były w mediach głównego nurtu bagatelizowane, w zamian za co rządzący (po początkowych wahaniach) zaczęli ochoczo spełniać wszystkie żądania Salonu. Tym zresztą chętniej, im większe było ryzyko, że Agora, Polsat i ITI przeniosą swoje poparcie na Olechowskiego i Piskorskiego. Wspieranie rządu oraz niszczenie Prezydenta i prawicowej opozycji doprowadziło do sytuacji, która wydawała się trwała. PO utrzymywała bezpieczną, wysoką przewagę nad PiS i, przy szczęśliwych wiatrach, w 2011 r. mogła osiągnąć pełnię samodzielnej władzy.
10 kwietnia 2010 r. zmienił tę sytuację diametralnie. Coraz powszechniejsze jest przekonanie, że – bez względu na bezpośrednie przyczyny – do katastrofy nie doszłoby, gdyby nie wieloletnie zaniedbania w dziedzinie bezpieczeństwa z jednej i polityka wizerunkowego niszczenia Prezydenta z drugiej strony. Medialna osłona nad rządem, mimo że trwa nadal, przestaje być skuteczna. Wiele osób przekonało się na własne oczy, jak wielka jest siła manipulacji mediów. I to bez względu na to, czy bliski im był medialny wizerunek Prezydenta przed, czy też po katastrofie.
Również zaniechania rządu po katastrofie są coraz bardziej wyraźne. Oddanie w pełni inicjatywy Rosji, to duży błąd Tuska. Zresztą ten mistrz kreowania wizerunku, w obecnej kryzysowej sytuacji zupełnie się pogubił. W Polsce nieufność wobec Rosji jest przecież tak duża, że choćby najbardziej uparte powtarzanie haseł o pojednaniu może być skuteczne jedynie wobec niewielkiej części społeczeństwa. Zwłaszcza, że zaniedbano nadzoru nad miejscem katastrofy, czego Polacy – czuli na punkcie szacunku dla zmarłych – łatwo nie zapomną.
Tragedia w Smoleńsku przyniosła więc rzadką szansę ograniczenia dominacji Salonu i salonowych pieszczoszków. Jak na razie PiS, mimo dotkliwych strat personalnych, zachowuje się w tej sytuacji bezbłędnie. Przekazy do twardego elektoratu są rzadkie i dość stonowane, tak żeby nie tworzyć mocnych punktów zaczepienia dla medialnej nagonki (nagonka oczywiście trwa, jednak w dużej części trafia w próżnię). Natomiast sama kampania jest prowadzona w umiarkowanym tonie przez ludzi, którzy mogą pozyskać wyborców niezdecydowanych i centrowych. Do rzesz ludzi niezainteresowanych na co dzień polityką kierowany jest ocieplony wizerunek J. Kaczyńskiego. Skłania się także do powrotu do PiS uciekinierów.
A stawka w tej grze jest niespodziewanie wysoka. W 2007 r. zaczęliśmy niebezpieczną politykę ocieplenia stosunków z Rosją (chcę wierzyć, że wynikało to wyłącznie z ignorancji i potrzeby wizerunkowego sukcesu). Zresetowanie stosunków z Rosją przez Obamę i odpuszczenie przez niego konkurencji z Rosją w dawnej radzieckiej strefie wpływów wytworzyło próżnię, którą próbuje wypełnić Rosja. Przed 10 kwietnia 2010 r. Rosja rozgrywała polski rząd przeciwko niewygodnemu dla siebie Prezydentowi. Natomiast po tej dacie rozpoczęła wyraźne wciąganie nas do swojej strefy wpływów. Jeżeli nie spróbujemy teraz zatrzymać tego procesu lub choćby go spowolnić, to za niedługi czas możemy osiągnąć ukraińskie tempo wpadania w objęcia Rosji.
Komentarze
Pokaż komentarze (2)