Poziom emocji wokół katastrofy smoleńskiej wzrósł w ostatnich tygodniach drastycznie. Ma to swoje dobre strony, bo dzięki temu sprawa powróciła do głównego nurtu przekazu medialnego. Jednak z drugiej strony obecna atmosfera politycznej nawalanki uniemożliwia rzeczową analizę. Postaram się więc o niej zapomnieć i podzielę się kilkoma dyletanckimi przemyśleniami.
Cobybyłogdybizm
Dopóki nie znamy przyczyn katastrofy wszelkie rozważania pod tytułem „co by było gdyby” są pozbawione sensu. Jedni mówią „nie byłoby katastrofy, gdyby były wspólne obchody”, inni „samolot by się nie rozbił, gdyby lot nie był opóźniony”. Może tak, a może nie. Tego nie da się już zweryfikować. Po ustaleniu przyczyn katastrofy można będzie się zastanawiać, w jakim stopniu dane zdarzenie zwiększyło prawdopodobieństwo jej wystąpienia. Jednak nawet to nie wystarczy do mówienia o czyjejś winie. Chyba że wykażemy, że podejmując określone działania dana osoba powinna była co najmniej przewidywać ich skutek – ryzyko katastrofy.
Dopóki nie okaże się, że przyczyną katastrofy była awaria samolotu, nie ma również sensu pomstowanie na brak decyzji o zakupie nowych. W tym kontekście ciekawe są natomiast wypowiedzi Czempińskiego. Kilkukrotnie słyszałem jak mówił, że TU-154 M bez problemu wylądowałby we mgle, gdyby był wyposażony w Enhanced Vision System. Rzeczywiście robi to wrażenie. Jeżeli zamontowanie i uruchomienie tego urządzenia na PL101 było możliwe, to osoby, które tego zaniedbały, powinny ponieść co najmniej odpowiedzialność służbową. W końcu nie było w Polsce ważniejszego samolotu.
Presja
Zdarza się czasem, że samolot rejsowy, który ma wylądować dajmy na to we Wrocławiu, ze względu na pogodę ląduje w Warszawie. Pasażerowie mają wtedy przed sobą perspektywę wielogodzinnej jazdy autobusem i komplikacji w życiu zawodowym i prywatnym. Gdyby mogli, to wywarliby na pilotów presję aż miło, co wcale nie znaczy, że chcą umierać. Po prostu uważają, że procedury bezpieczeństwa są przesadzone. I dają wyraz swojemu rozdrażnieniu zachowując się opryskliwie wobec stewardes.
Pasażerowie samolotów VIP-owskich są w innej sytuacji. Oni mają możliwość wywarcia presji i sądzę, że dość często z niej korzystają (podobnie jak często opóźniają loty). Myślę, że wielu naszych premierów, prezydentów, ministrów itp. mogłoby wiele o tym opowiedzieć, choć po katastrofie smoleńskiej będą raczej milczeć. Pojawiły się zresztą pogłoski, że już po Smoleńsku jeden z ministrów zmusił pilotów do lądowania na lotnisku, na którym nie było kontroli lotów.
Rzecz w tym, że piloci VIP-owskich samolotów powinni przechodzić szkolenia nie ulegania presji. Konieczne jest również stworzenie procedur gwarantujących im nietykalność w takich sytuacjach. Tyle tylko, że w Polsce procedury rzadko bywają skuteczne.
Na marginesie dodam, że jeżeli na kilkadziesiąt sekund przed katastrofą mając za plecami gen. Błasika pilot rzeczywiście wypowiedział zdanie, które we wtorek przeciekło do TVN24, to świadczy raczej o tym, że ze strony swojego dowódcy presji nie czuł. W przeciwnym wypadku nie pozwoliłby sobie na taką wypowiedź w jego obecności.
Wojskowi piloci
Mam wrażenie, że wojskowi piloci mają luźne podejście to procedur i przepisów. Myślę, że uważają się za lotniczą elitę, latającą „nawet na drzwiach od stodoły”. Pewnie chwalą się między sobą co śmielszymi wyczynami i naśmiewają się z przesadnej ostrożności pilotów cywilnych. Co więcej być może takie praktyki są tolerowane przez ich szefów (obecność gen. Błasika w kabinie?). Tyle tylko, że czarna seria katastrof w wojskowym lotnictwie świadczy o tym, że szczególne umiejętności wojskowych pilotów to mit. Za to wiele jest chyba prawdy w opiniach o ich niewłaściwym szkoleniu.
O podejściu wojskowych pilotów do przepisów świadczą rozmowy pomiędzy pilotami Jaka i Tupolewa. Piloci Jaka najpierw wylądowali prawdopodobnie wbrew wiążącym ich procedurom, a potem informując kolegów że jest „p…a” i warunki poniżej minimalnych dodali, że „jak najbardziej możecie spróbować.” Podobne standardy panują chyba również w rosyjskim lotnictwie wojskowym. Świadczą o tym dwa nieudane podejścia Iła – 76 oraz pytanie kontrolera lotów, czy piloci TU – 154 M lądowali już na wojskowym lotnisku.
Co się stało?
Biorąc pod uwagę wszystkie informacje, z którymi miałem okazję się zapoznać, ufając, że istnieje racjonalna metoda usunięcia sprzeczności w materiałach dowodowych, a także nie wierząc szczególnie w rzetelność przekazanych przez Rosjan nagrań i stenogramów, na swój użytek stworzyłem teorię, która na ten moment wydaje mi się najbardziej prawdopodobna:
1. Piloci mieli świadomość wagi misji. Żyli w Polsce i obserwowali trwającą od lutego nawalankę w trójkącie Putin – Tusk – Kaczyński. Wiedzieli, że znaczące opóźnienie, a może nawet uniemożliwienie uroczystości w Katyniu, spowoduje rechot i eskalację konfliktu. Być może nie chcieli przykładać do tego ręki, a może po prostu zależało im, żeby uroczystości się odbyły. Nie wykluczam także, że wywierano na nich presję, choć nie zakładam, żeby ktokolwiek chciał lądować za cenę życia. Ocena ryzyka ostatecznie należała więc do pilotów.
Dodam jeszcze, że piloci wiedzieli też, że armia jest w rękach PO. Nie mieli więc powodu obawiać się konsekwencji służbowych ze strony Prezydenta.
2. Piloci Jaka przekazali informację, że podstawa chmur jest na wysokości 50 m. Jednocześnie wieża dała pozwolenie do zejścia do 50 m. Piloci uznali widocznie, że w tych warunkach może się udać. Nie wykluczone zresztą, że robili takie rzeczy już wcześniej. Zdecydowali się zejść na 50 m mając nadzieję, że ujrzą tam pas startowy. Niestety prawdopodobnie nawigator popełnił błąd i kontrolował wysokość na wysokościomierzu radiowym.
3. Niewłaściwe naprowadzanie samolotu przez kontrolerów spowodowało, że na wysokości 50 m piloci nie zobaczyli pasa startowego, ale wznoszącą się szybko w górę ścianę jaru. I już nie udało się im przed nią uciec.
Niewłaściwe naprowadzanie mogło wynikać z błędów kontrolerów, ale mogło też być celowe (za tą hipotezą przemawiają dziwne losy kontrolerów po katastrofie oraz obecność na wwieży tajemniczego trzeciego, który chwilę po katastrofie mówił pilotowi Jaka, że Tupolew odleciał). Niekoniecznie musiało chodzić o spowodowanie katastrofy. Może po prostu chcieli uniemożliwić lądowanie. Byłaby to logiczna kontynuacja katyńskiej polityki Putina wobec polskich władz. Trzeba jednak podkreślić, że nawet jeżeli spowodowanie katastrofy nie było celem kontrolerów, to świadome niewłaściwe naprowadzanie samolotu byłoby niedopuszczalnym igraniem ludzkim życiem.
4. Wielu internautów obeznanych z naukami ścisłymi obliczyło na podstawie stenogramów, że w ostatniej fazie lotu samolot bardzo dziwnie się zachowywał. Zmieniała się prędkość pozioma oraz pionowa. Nie można więc wykluczyć awarii. Wiemy, że Tu – 154 M uległ awarii już po remoncie na Haiti. Wiemy też, że na kilkadziesiąt godzin przed katastrofą miał zderzenie z dużym ptakiem. Z drugiej jednak strony te dziwne zmiany mogą świadczyć o nierzetelności stenogramów.
Takie są moje przemyślenia o katastrofie. Bez emocji, choć nie na chłodno (dziś to niemożliwe). Dodam tylko, że w pełni zgadzam się z Kaczyńskim, iż to co działo się później i trwa nadal z wyjaśnianiem przyczyn to wielki skandal. Ale o tym już wielokrotnie pisałem.


Komentarze
Pokaż komentarze (27)