Defetyk Defetyk
262
BLOG

O rozumieniu demokracji w Polsce słów kilka

Defetyk Defetyk Polityka Obserwuj notkę 2

Moje nigdy niespełnione ambicje badawcze pozostawiły pewne przyzwyczajenie. Otóż staram się czasem dociekać istoty rzeczy. Są to oczywiście próby całkowicie amatorskie, nie poparte żadnym warsztatem pojęciowym i badawczym. Jedyne czym dysponuję, to tych kilka już dość dawno przeczytanych  książek i pobieżne śledzenie bieżących wydarzeń.

Ostatnio pochyliłem się nad demokracją. Interesowało mnie przy tym nie tyle uchwycenie istoty tego zjawiska, jest mi ona bowiem z grubsza znana. Zafrapował mnie natomiast sposób rozumienia demokracji w dominującym w naszym kraju nurcie poglądów.
 
Wszyscy chyba pamiętamy, że w świetle tych poglądów latach 2005 – 2007 mieliśmy do czynienia z głębokim i permanentnym kryzysem demokracji. Istniejący wówczas stan określano często jako „pełzający zamach stanu”. Jest to o tyle dziwne, że ów zamach stanu przypisywano ludziom będącym wówczas u władzy, co kłóci się nieco z dominującym w innych krajach rozumieniem tego pojęcia. Nie jest to jednak jedyny w naszych dziejach przykład demonstrowania odrębności w stosunku do otaczających nas państw.
 
Jak pamiętamy do dobrego tonu należała wówczas walka o demokrację. Arsenał stosowanych środków był szeroki i imponujący. Dla celów niniejszych rozważań wskażę jedynie kilka przykładów: wystąpienia w Parlamencie Europejskim kwestionujące jakość polskiej demokracji, demonstracyjne sprzeciwianie się uchwalonemu prawu lustracyjnemu, odsyłanie orderów lub odmowa ich przyjęcia, wiece w obronie demokracji, nielegalne demonstracje pod kancelarią premiera połączone z okupacją pomieszczeń rządowych, prowokowanie zdarzeń politycznych przez dziennikarzy, inspirowanie nieprzychylnych Polsce publikacji w krajach ościennych, aprobowanie haseł w stylu „Giertych do wora, wór do jeziora”, gloryfikowanie łapówkarzy, którymi zainteresowały się organy ścigania, czy też ignorowanie przepisów prawa chroniących przed zniewagą konstytucyjne organy państwa (przypomnijmy, że chodziło o słowa takie, jak „cham”, „dureń”, czy też „s…n”).
 
W roku 2007 doszło do istotnej jakościowej zmiany. Otóż zagrożenie demokracji uległo wtedy znacznemu zawężeniu. Zagnieździło się ono wówczas w kilku instytucjach, wśród których najważniejszy był pałac prezydencki, ale nie bez znaczenia pozostawały także inne, takie jak IPN, CBA, NBP, czy RPO. Jak być może pamiętamy, terminem „zamach na demokrację” określano wówczas takie zjawiska, jak na przykład próby wykonywania kompetencji przez prezydenta, wydawanie książek niezgodnych z wiodącymi poglądami, czy też śledzenie przez CBA polityków obozu rządzącego załatwiających coś dla szemranych typów i ich rodzin albo ustawiających przetargi pod nieistniejącego kontrahenta.
 
Aż do 2010 sytuacja była o tyle dynamiczna, iż czasem udawało się przeciągnąć na stronę demokracji niektóre wrogie jej instytucje (np. CBA). Niemniej ostateczny kres tej przykrej sytuacji przyniosła dopiero katastrofa smoleńska (obecnie znana raczej jako „wypadek prezydenckiego samolotu”) i wybory prezydenckie, które nastąpiły w jej rezultacie.
 
Wydawałoby się, że w ten sposób zagrożenia dla demokracji zostały ostatecznie pogrzebane. Jednak jest to wrażenie błędne. Zagnieździły się one bowiem obecnie w części opozycji parlamentarnej, przy czym wydaje się, że  demokracja jest obecnie zagrożona bardziej, niż w okresie 2007 – kwiecień 2010 r. Stan obecnego zagrożenia dla demokracji można porównać raczej z latami 2005 – 2007. Jego najważniejsze przejawy to: organizowanie nielegalnych i legalnych demonstracji pod kancelarią prezydencką, wysyłanie do ambasadorów i euro deputowanych lub publikowanie w internecie artykułów zawierających poglądy na politykę międzynarodową niezgodnych z linią MSZ, rezygnowanie z przynależności do kapituł przyznających ordery, twierdzenie, że prezydent został wybrany przez pomyłkę i odmawianie podania mu ręki, organizowanie zespołów parlamentarnych, a przede wszystkim twierdzenie, że katastrofa smoleńska (obecnie znana raczej jako „wypadek prezydenckiego samolotu”) mogła mieć przyczyny inne, niż błąd pilotów działających pod presją wywieraną bezpośrednio lub pośrednio przez prezydenta.
 
Początkowo wydawało się, że antydemokratyczny charakter części opozycji zagrażającej demokracji wynika z jej jakości (raczej Kluzik – Rostkowska, Poncyliusz i Migalski, niż Kaczyński, Ziobro i Kurski). Obecnie jednak coraz częściej w dominującym nurcie pojawia się pogląd, iż zagrożenie dla demokracji spowodowane jest samym istnieniem tej opozycji, a także popierającego ją elektoratu. Zdarzają się również postulaty likwidacji tych zagrażających demokracji zjawisk, jako koniecznego warunku jej uzdrowienia.
 
Ten krótki rys historyczny byłby zapewne pozbawiony jakiejkolwiek wartości, gdybym nie zakończył go próbą uchwycenia istoty rzeczy. Otóż zaryzykuję definicję, iż demokracja według dominującego w Polsce nurtu poglądów jest to taki stan rzeczy w kraju, w którym spełnione są wszystkie następujące warunki:
 
- większościowym partnerem w koalicji rządzącej jest PO (albo jedna z jej poprzedniczek) lub SLD (albo jedna z jej poprzedniczek);
 
- funkcję prezydenta sprawuje Kwaśniewski albo Komorowski;
 
- elektorat PiS (albo jednej z jego poprzedniczek) nie przekracza 5% społeczeństwa.

 

Warto zauważyć, że niespełnienie choćby jednego z tych warunków powoduje stan zagrożenia demokracji, przy czym zagrożenie to jest tym groźniejsze, im więcej warunków pozostaje  niespełnionych.

Defetyk
O mnie Defetyk

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Polityka