Siedzę na bardzo fascynującym wykładzie poruszającym temat prasy katolickiej, której podobno, według zaangażowanego w prowadzenie monologu (niczym oglądanie obrad sejmu) wykładowcę, nie możemy mylić z "kościołową" (cokolwiek ta kategoria oznacza).
Mam wrażenie, że swoje oczekiwania co do poziomu i ciekawości prowadzonych zajęć, które miałem przed rozpoczęciem studiów, muszę poważnie zweryfikować, jak nie odstawić do lamusa.
Czas, który spędzamy (studenci) na uczelniach jest mega nudny i polega na "odbimbaniu". Na palcach ręki stolarza można policzyć wykładowców z powołania, z należytym polotem, a przede wszystkich z chęcią przekazania wiedzy i pasji. Z reguły są to ludzie o nietęgich minach, wyglądający jak trzy dni przed śmiercią, a ich głównym zajęciem jest przerzucanie kolejnych slajdów i "przepychanie" studentów na kolejny semestr nauki.
Nie można się dziwić, że samego pojęcia "uniwersytet" nie kojarzymy już z taką dostojnością jak niegdyś, skoro zaczyna działać jak maszyna do produkcji ludzi, bez należytych i sprecyzowanych umiejętności (a po to chyba są studia wyższe?), ale z wieloma tytułami naukowymi.
Nie idzie to w dobrym kierunku, bo zaczyna rozszerzać się zjawisko ludzi naukowo utytułowanych, których podczas zakupów w hipermarketach spotykamy rozkładających towar na półki.
Może rząd powinien wziąć pod lupę szkolnictwo wyższe, a nie ograniczać licealistom zakres dostępnej w szkole edukacji o historii Ziemi Ojczystej?


Komentarze
Pokaż komentarze (2)